Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Kuluarowe wieści ze Zjazdu wg Włodka Szczerbiaka

2005/06/21 22:26:47


Nieoficjalne sprawozdanie ze Zjazdu.

     Toruń, w którym odbył się właśnie VI Krajowy Zjazd Lekarzy Weterynarii powitał delegatów z całej Polski raczej skromnie. W mieście brak informacji o Zjeździe, nawet na drzwiach auli Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, gdzie toczyły się obrady zabrakło jakichkolwiek informacji, co za zgromadzenie odbywa się w tym miejscu. Najwyraźniej organizatorzy zdali się na zmysł geograficzny lekarzy. Trochę jednak zaskoczyło mnie to, w porównaniu z krzykliwymi reklamami rozmaitych sympozjów naukowych.
     Dla mnie Zjazd zaczął się już w czwartek, kiedy kolejno przybywali delegaci. Normalni lekarze zostali zakwaterowani w „Filmarze”, natomiast delegaci specjalni zamieszkali w innym miejscu. Zanim zmęczone podróżą towarzystwo rozpakowało się, nadeszła godzina duchów i zaledwie niedobitki obradowały przy hotelowej fontannie. Reszta spała snem delegata, lub dogrywała scenariusze pierwszego dnia Zjazdu. Tych „podkomisji” było kilka, ich spotkania były nie całkiem niejawne, ale mimo wszystko były przeznaczone dla wtajemniczonych.
     Na obrady dotarłem dopiero w piątek po obiedzie, gdy uporałem się ze zgłoszeniami. Zakończyła się gala medalowa i Zjazd zabrał się do pracy. Posiedzenia plenarne odbywały się na Sali zdolnej pomieścić znacznie, znacznie więcej, niż nieco ponad dwustu delegatów obecnych na sali. Wystawców leków, książek było tylu, że licząc na palcach jednej ręki, jeszcze miałem zapas. Dobrze, że przynajmniej „Filmar” zapewnił napoje i drobne przegryzki.
     Towarzystwo snuło się tu i ówdzie oddając krótkim pogaduszkom. Każdy zamknięty w sobie, nikt nikomu nie powie, jak będzie głosować. Raz, bo to wyłącznie jego sprawa, dwa - czemu płoszyć ewentualnego przeciwnika, trzy - a po co ktoś ma wiedzieć jak głosowałem, gdy mój kandydat nie przejdzie? Atmosfera drętwa, czasami tylko bardziej zaprzyjaźnione grupki pozwalają sobie na żywszą dyskusję.
     - Na kogo głosujesz? - Na swojego kandydata!
     - Czyli?
     - No przecież ci mówię!
     Pierwsza przerwa w obradach nastąpiła prawie zaraz po rozpoczęciu posiedzenia. Do foyer wylegli prawie wszyscy delegaci. Podnieceni, ożywieni. Nagle zaburzony został porządek zebrania. Program ułożony prawie co do minuty, a tu nagle taki zgryz!
     - Teraz pojadą po papier i drukarkę, bo w programie nie było tajnych wyborów przewodniczącego prezydium.
     - A co wy tu Włodek planujecie? Czemu zostały zgłoszone tajne wybory na przewodniczącego Prezydium? Zwykle były jawne. – zapytał Olek.
     - Zapewni to większą wiarygodność, ośmieli delegatów do szczerszego wyrażania poglądów.
     - Ale czas, czas, zmarnujemy mnóstwo czasu! Kartki do głosowania, kolejki do urn. Rozumiem przy wyborach do Rady, ale teraz? Ciekawy jestem, czy do rana stąd wyjdziemy! – wtrącił się delegat bez plakietki.
     - Nie jest w zasadzie istotne, kto poprowadzi zebranie. Ale czemu ma to robić ktoś zgłoszony przez stronnictwo Prezesa? Mamy demokrację, może poprowadzić każdy inny kandydat, prawda?
     - I Deptuła i Mastalerek są działaczami Izby, co za różnica?
     - No właśnie! Żadna różnica, prawda? Może mają nieco inne poglądy, ale niech się stanie wola ludu! Delegaci, Rzymianie! Wybierajcie, albowiem będziecie wybierani!
     - To nie ma żadnego sensu Włodek! Marnowanie czasu! Wystarczyło głosować jawnie, przez podniesienie mandatów!
     - O czym mówimy? Delegaci chcieli inaczej, Edziu.
     - To jakiś owczy pęd! Bez sensu, w ten sposób odjedziemy nic nie uchwaliwszy!
     - Edek! Wracaj na salę głosować. Są już gotowe karty do głosowania. Winiecki jak zwykle szybciutko się z tym upora. Jest niezwykle sprawny organizacyjnie!
     Szum w foyer szybko ucichł i Prezes zarządził głosowanie. Na scenę wywoływane były kolejno delegacje Izb Okręgowych, wyczytywano nazwiska i delegaci z mandatem w jednej ręce, a z kartą w drugiej dokonywali aktu głosowania. Potrwało to nieco i została ogłoszona przerwa na liczenie głosów.
     - Kto wygra? Deptuła? On ma przygotowane prowadzenie zjazdu, sporą praktykę w tej pracy, prawie fachowiec. A Mastalerek? Widzieliście, jak się garbił przy mikrofonie? Może sobie nie poradzić, jest nieprzygotowany do prowadzenia tak dużego zgromadzenia. – zastanawiał się Andrzej.
     - Zobaczymy, na razie komisja organizacyjna liczy głosy.
     - Czy to znaczy, że Prezes może mieć jakieś kłopoty z wyborami? Ma przecież ugruntowaną pozycję w większości Izb!
     - Więc czemu się martwisz Andrzej? Jak ma wygrać to wygra!
     - A co wtedy Stowarzyszenie?
     - Myślisz Andrzej, że nie poradzi sobie? Prezes zawsze podkreślał swoją szorstką męską przyjaźń do nas!
     - Zastanawia minie co innego. Stowarzyszenie jest młode, a dzisiejsza Izba to fachowcy od tego, co robią. Mają doświadczenie, znają wszystkie dróżki, jakie się tylko da wydeptać w Warszawie.
     - To prawda. Stowarzyszenie pociesza się wyłącznie tym, że obecni członkowie Rady Krajowej też kiedyś zaczynali, a na pewno i oni znajdą się w składzie nowej Rady. O to się Andrzeju nie martw!
     - Członkowie Stowarzyszenia często nie potrafią się zachować wobec ministrów. Robią czasami wrażenie jak to się mówi „nieociosanych diamentów”.
     - Bardzo ładnie to zechciałeś ująć, ale te brylanty w Izbie jakoś nie umiały przebić się z potrzebami naszych lecznic! Pamiętasz Wałęsę, jak toporne były jego maniery, jak toporne pozostały? Ale gość był szczery i robił to, czego ludzie od niego oczekiwali. Za granicą ma nadal duże uznanie, mimo że w kraju przestał być prorokiem.
     - Nie widzę tego Włodek, nie widzę! Jesteśmy lekarzami, wypada reprezentować pewien poziom wobec rządu, mediów.
     - Wypada, ale moim zdaniem jeszcze bardziej wypada, żeby nie dać sobie jeździć po głowie.
     - Idziemy na salę! Zaraz podadzą wyniki!
     Tajne wybory wygrał Marek Mastalerek. Po ogłoszeniu wyniku Prezes, najwyraźniej zdezorientowany i zawiedziony zszedł z widowni, zeszli też wraz ze swoimi papierami członkowie komisji liczącej głosy. Opustoszały stoły, zniknęła nawet woda dla prelegentów. A może jej wcale nie było? Scena niezbyt zapełniona – nagle wyludniła się zupełnie. Zero ludzi! Marek, wśród nieco rachitycznych oklasków, samotny podszedł do stołu prezydialnego, pogrzebał przy mikrofonie i rozkładając broszurę z materiałami zjazdowymi odszukał odpowiednią pozycję.
     - Kolejny punkt to wybór wiceprzewodniczących i sekretarzy Zjazdu, a później komisji mandatowej, uchwał i wniosków. Proszę o kandydatury na wiceprzewodniczących!
     I zebranie potoczyło się dalej, aż do dwudziestej, kiedy panie sprzątaczki wygoniły nas z auli. Natychmiast podjechały autobusy i aula UMK w Toruniu opustoszała.
     - Widziałeś Włodek ten numer, kiedy Winiecki zażądał skrupulatnego liczenia wszystkich głosów na sali? Nie tylko tych przeciw i wstrzymujących się? Ależ to przyhamowało obrady, prawda? – zapytał Olek.
     - Szedł na wyczekanie, chciał maksymalnie opóźnić przebieg zebrania. Może liczył na totalne zniechęcenie do osób rekomendowanych przez Stowarzyszenie. Wygląda, jakby miał nadzieję, że bałagan na Sali spowoduje, że poproszą go o zaprowadzenie porządku w obradach.
     - Najlepszy był jednak ten gościu, co złożył kontrwniosek formalny. Powiedział, że wcześniej prezes przegłosował „głosowanie większością optyczną” i późniejszym liczeniem głosów na tak, w oparciu o listę obecności.
     - Prezes tylko kręcił głową w pierwszym rzędzie, ale już nie protestował! – wtrącił się Krzysztof.
     - To było niesamowite! Dał się zastrzelić własną bronią! Trzeba mu jednak przyznać, że od tamtej pory zachowywał się poprawnie. Owszem, zgłaszał uwagi, ale były one całkiem na miejscu.
     - Nikt nie twierdzi, że nie jest inteligentny. Jest prawdziwie godnym przeciwnikiem. Niestety, przeciwnikiem. Możliwe, że poczuł poważne zagrożenie dla swojego stanowiska. Przewodniczący zebrania, który nie jest zwolennikiem prezesa? To niebezpieczeństwo! Jutro wybory prezesa, rady, rzecznika i sądu. Damy radę?
     - A wiecie, w rzędzie obok, podczas głosowania jeden taki co chwila krzyczał – uwaga, wiocha głosuje!
     - Wiesz który, Lechu?
     - Wiem, wiem, miał plakietkę z nazwiskiem.
     - Pewnie zwolennik Prezesa z jakiegoś Inspektoratu, z co najmniej trzytysięcznej metropolii! Nasz kolega od czystej roboty! Sympatycznie przywraca nas na łono przyrody! Do pługa! Gdzie do pańskiego stołu brudasy!
     - Ja się cieszę Krzysztof, że mogłem zetknąć się z tak wysoką kulturą osobistą, a może publiczną pracownika Inspekcji! Myślę, że nie będę dowiadywał się o nazwisko. Wystarczy zasada! Jedziemy nad Wisłę?
     Deszcz właśnie przestał padać, chodniki natychmiast wyschły, a bulwar w Toruniu jest piękny. Może nawet szczególnie piękny w nocy, kiedy mury zamku są podświetlone reflektorami.
     - Nie zabierzemy się wszyscy! – zaoponował Kaziu.
     - Zabierzemy, zabierzemy. Ty Kaziu, jako jedyny z Inspekcji, w ramach pokuty siądziesz sobie na wiaderku z Carbotoxem w bagażniku! Gładką pupcię mogą odciski ozdobić, nie wczuwaj się więc zbytnio w rolę!
     - O! Jeżeli tak, to jedziemy! A Ojciec Jerzy jedzie z nami? Z owieczkami?
     - A jak zabierzecie, to z przyjemnością!
     Barka zacumowana przy wiślanej przystani służy do picia piwa i podziwiania murów Starówki. Woda okazała się być wysoka, Lech był skłonny twierdzić, że moczy mu łydki gdy tak sobie siedzi przy stoliku. Inna sprawa, że Lechu mieszkał w akademiku z ogrodniczkami. Stąd u niego skłonność do przesadyzmu, sztandarowej czynności ogrodników. Ciepła noc, lekkie powiewy wiaterku i kłębiące się wokół burt wiry. Chwilami głośno pluskała wyskakująca spod wody, zbyt krótko umocowana boja.
     - I co, Kaziu? Na kogo zagłosujesz?
     - Na swojego kandydata! Wara ci Włodek od moich kandydatów!
     - Kaziczku! Rozumiem, że gdybyś głosował na Tadeusza, byś się przyznał, prawda?
     - To moja sprawa!
     - Oczywiście, oczywiście! Ale mimo to masz nasze poparcie za rozsądek i otwartość z jaką wypowiadałeś poglądy na forum.
     - Dobrze się tu pije piwo, prawda Krzysiu? – zagadnął Olek zdmuchując pianę.
     - Dobrze, - wzrok Krzysia krążył po cegłach wież.
     - Gdzie pracujesz? Inspekcja?
     - Olek! Toż Krzysztof prowadzi jedno z największych prywatnych laboratoriów! Nic o tym nie wiesz?
     - A co, Włodek ty wiesz o wszystkich, gdzie pracują?
     - O Krzysiu powinieneś wiedzieć!
     - I co będzie juto? – zapytał Kaziu.
     - Zagłosujemy na naszego kandydata – odpowiedział Lech wymownie akcentując zgłoski.
     - I sądzisz, że ten wasz kandydat wygra?
     - Taką mamy nadzieję. Kaziu, a wasz?
     Kaziu zrobił z torebki od „Chrunchipsów” zgrabną popielniczkę i zaczął wytrząsać popiół.
     - Miał Jakubowski w swojej Izbie problemy z rozliczeniem składki do Izby Krajowej. Sprawa jest w sądzie. Poradzi sobie z prowadzeniem Krajówki?
     - Poradzi sobie, zresztą popieramy go dlatego, że on popiera nas, a nie z powodu tych problemów.
     - Pamiętasz Olek, jak razem byliśmy w Warszawie protestować pod ministerstwem, to nie przyszedł Prezes, a Tadeusz był! Pamiętasz te czarne listy, telefony do powiatu z województwa o nasze nazwiska?
     - Bo, Włodek przyjaciół poznaje się w biedzie!
     - Czy zastanowiliście się nad swoją decyzją? Jesteście przekonani, że jest właściwa? Trzeba zawsze pamiętać, o racji drugiej strony, być otwartym także na jej punkt widzenia.
     - Ojciec spojrzy na Krzysia, jak kręci szklanicą, aż mu się latarnie odbijają. To nie jest tak, że nie rozumiemy racji prezesa. Ba! Właściwie to nie potrafimy nawet udowodnić, że prezes nie trzyma naszej strony. Jest lekarzem powiatowym, urzędnikiem z krwi i kości. Jak już zorganizuje zebranie to tak sprawnie i fachowo zapełni czas ważnymi sprawami, że nigdy nie udaje się mu wtrącić naszych racji. W sierpniu, jak były te protesty zorganizowaliśmy zebranie kolegów z kilku powiatów. Prowadził je wtedy Jarek. Spisaliśmy nasze wnioski i Jarek na Okręgówce dał je szefowi. Ten włożył kartkę do teczki i sprawa się zakończyła. Powiedział, że nie? Poparł? Zaproponował korekty? Schował do teczki i koniec sprawy. Chłopaki z poprzedniej Rady w tym roku już nie startowali, bo nie w sposób jest z kimś takim współpracować! Ja próbuję. Kochajmy się, ale wyłącznie na moich warunkach, wasze problemy schowam do teczki, jak będę musiał, to wyciągnę tą kartkę, ale chyba nie będzie po temu okazji.
     - Ojcze, w materiałach zjazdowych gro miejsca zajmuje opis działań mających na celu poprawę sytuacji lekarzy wolnej praktyki. Ale to nie cała prawda. Prezes robił dla nas wyłącznie to, do czego został zmuszony. Wręcz wtedy, jak miał nóż na gardle. Jest urzędnikiem państwowym. Chyba to powoduje, że w momencie kiedy trzeba tupnąć, bo przepisy dążą w niewłaściwą stronę, utrudniają pracę – on znajduje ustawy i rozporządzenia, które jego zdaniem czynią wprowadzenie jakichkolwiek zmian wręcz niemożliwymi. Mam wrażenie, że jest nimi zaślepiony. Przepisy są dla ludzi, mają im ułatwiać życie.
     - Dobre prawo, to takie, co wynika z prawa naturalnego.
     - Tak jest, Ojcze! Ale gąszcz przepisów jest taki, że dalsze tworzenie dobrego prawa działa niczym tarnina na sweter. Czasem trzeba taki krzaczek potraktować piłą, toporkiem, albo nawet i ogniem. Tego zwykle nie widzą ci, co codziennie muszą się opierać na paragrafach, prawda Kaziu?
     - Co? – zgasił papierosa – Ja, jako osoba urzędowa muszę prowadzić postępowanie wyłącznie w oparciu o przepisy. Człowiek szarpie się i szarpie, a często niepotrzebnie. Sam Włodek wiesz jak to jest!
     - Szukasz z uporem maniaka dróg wyjścia, a coraz głębiej grzęźniesz w tarninie.
     - Wracając do działań Stowarzyszenia z ubiegłego roku – widziałeś ile można było załatwić, gdy zaistniała wola karczowania krzaków? Niestety robota utknęła, protest się załamał i nadal jesteśmy uwięzieni a tym gąszczu.
     - Może teraz uda się coś zmienić, przy zmianie rządu – wtrącił Olek – warto wprowadzić uchwały zobowiązujące Izbę do podjęcia kroków w tym kierunku.
     - Wszystko dobrze, ale takie rzeczy da się załatwić tylko wtedy, gdy działania Rady będą miały poparcie jej członków. Niestety z dotychczasowych doświadczeń czarno to widzę.
     - Obecna Rada twierdzi, że Izba nie jest związkiem zawodowym, nasze chłopaki mówią, że Izba stanowi swego rodzaju namiastkę związku, ma także dbać o swoich członków. I Tadeusz Jakubowski będzie to realizował! Może nie zawsze składnie i układnie, jak Winiecki, lecz – takie układne działania najwyraźniej nic nie dają. Żeby upomnieć się o swoje, trzeba czasem powiedzieć – nie!
     - Dobra chłopaki, idziemy spać, jest już jutro!

     Dzień wyborów Prezesa i Rady okazał się jakiś żywszy mimo napięcia wyraźnie czającego się wśród delegatów. Więcej rozmów, jakby nieco bardziej otwartych i jednocześnie próby sondowania, co się dzieje. Najwyraźniej pojawiło się zagrożenie dla kandydatury Bartosza Winieckiego, ale i teraz niektórzy nie zdawali sobie sprawy jak duże.
     - O! Włodek, widziałem cię wczoraj, ale jakoś nie udało się nam pogadać – podszedł Rysiu Dul, kolega z roku, jeszcze w Lublinie.
     - Cześć! Kandydujesz?
     - E, może do rady. Teraz nadeszły takie czasy, że powinienem się nieco wycofać z weterynarii. Lecznicę mam wyszykowaną jak się należy, czeka kiedy tylko zięć ukończy studia.
     - A ty Rysiu? Nie mów, że emerytura!
     - Skąd, Włodku! Kończy się kadencja sejmu i marzy mi się wystartowanie w wyborach. Jako poseł mógłbym cośkolwiek zdziałać dla weterynarii. Pytanie tylko, jak to pójdzie.
     - Nawet nie pytam z jakiej partii startujesz. Ważne, że obiecujesz pamiętać o weterynarii. A wiesz, że będę to sprawdzał? Jak wygrasz, pokręcę się, żeby wiedzieć czy nam pomagasz!
     - Tylko mi nie rujnuj kariery! Wolałbym mieć ciebie w swoim sztabie wyborczym niż po drugiej stronie lustra! Ale z innej beczki, chcę żebyś poznał Krzysztofa Strawę, tyle jadu na twój temat sączył, że aż nie mogłem się opanować. Przecież nigdy taki nie byłeś, znam cię jako równego gościa!
     - Najwyraźniej ten twój kumpel, Rysiu podkładał się mi i to bezinteresownie. A to aż korci. Ty też byś nie wytrzymał, gdyby ci tłumaczyć w jaki sposób robić kampanię przedwyborczą, co?
     - Oj, nie żartuj! – zaśmiał się – ja uważnie słucham swoich doradców.
     - Ale swoje zdanie masz?
     - Znasz Andrzeja Lisowskiego? Stoi właśnie z Krzysztofem, podejdźmy!
     - Witam adwersarza- ukłoniliśmy się z Krzysztofem.
     - Witam Andrzej i gratuluję ci dobrej roboty na stanowisku skarbnika Izby. Wyciągnąłeś kasę z długów i bardzo umiejętnie manewrowałeś kontami w bankach. Ponadto jestem pełen podziwu dla twoich umiejętności ekonomicznych. Te ekstrapolacje odnośnie gęstości zatrudnienia, próby przekonania kolegów do zasady 80/20, chodziło ci o prawo Pareta?
     - A z jakiej racji mi tak kadzisz? Masz do mnie jakiś interes? Czy zabezpieczasz sobie plecy na wypadek klęski?
     - Robię to bezinteresownie, żeby dodać ci zapału do dalszej pracy w Izbie. Mam nadzieję, że startujesz do Rady?
     - A co, będziesz na mnie głosował?
     - Ja nie jestem delegatem, ale jeżeli tylko zostaną wolne kratki, to zaproponuję kolegom zaznaczyć właśnie ciebie.
     - Przynajmniej jesteś szczery. A co sądzisz o szansach Prezesa?
     - Przygotował starannie sprawozdanie. Zaakcentował właściwe z punktu widzenia większości delegatów momenty. Zagranie ze strony prezydium o tym, że nie ma sensu czytać sprawozdań zawartych w materiałach zjazdowych – odebrało mu wielu wdzięcznych słuchaczy, którzy mogli uwierzyć w wielki wysiłek Rady włożony w ratowanie interesów finansowych lekarzy terenowych. Ci, co przeczytali, może i uwierzą, że był to zasadniczy kierunek pracy Izby. Ci, co nie przeczytali i tak wiedzą swoje.
     - Czyli?
     - Będzie miał co najmniej trudną przeprawę z Jakubowskim.
     - Bartosz lepiej mówi, jest bardziej uporządkowany. Doskonale to było widać podczas przemówień programowych. – wtrącił jeden taki z plakietką zasłoniętą przez klapę.
     - Niekoniecznie ładne słowa przyciągną zwolenników. Tu są sami starzy wyjadacze. Sami lekarze z brzuszkami, co? Oni tak łatwo nie pójdą na lep słodkich słów. To, że tak sprawnie zostały przyznane absolutoria dla Rady, Rzecznika i Sądu, wcale nie znaczy, że głosujący akceptują te sprawozdania. Moim zdaniem chcą mieć to szybko z głowy. Jak Winiecki w swoim przemówieniu powoływał się na wysoką punktację za przyznaniem rozgrzeszania Radzie – chyba nawet sam nie wierzył, że chodzi tu o prawdziwe rozliczenie z pracy. Lekarze w dużej mierze chcieli mieć to z głowy bez zbędnego bicia piany. Nikt nie planował nie udzielania absolutorium! Co by to dało?
     - Mówisz, że absolutoria zostały przegłosowane dla świętego spokoju? – wtrącił Andrzej.
     Spojrzałem na Andrzeja spode łba – A ty inaczej sądzisz? – Andrzej zaśmiał się, i okręcił wokół osi, żeby uniknąć odpowiedzi.
     - Prezes ma jednak zdecydowaną przewagę za profesjonalizm, doświadczenie, kontakty w kraju i zagranicą – wtrącił się ten z krzywą plakietką.
     - Nic ci nie mówi gremialne odrzucenie przez delegatów próby głosowania nad zatwierdzeniem Kodeksu Etyki i Deontologii? Koniecznie za uchwaleniem tego kodeksu przemawiał któryś z naukowców, że jego studenci bez tego żyć nie mogą! A poprawki zostały tam wprowadzone na chybcika i wcale nie po myśli najbardziej zainteresowanych tym kodeksem.
     - To tylko Kodeks, może i rzeczywiście nie czas teraz na uchwalanie go, zresztą nie zdążyłem go nawet przeczytać. – bronił swojego zdania mój interlokutor.
     - A nic ci nie mówi głosowanie na przewodniczącego Zjazdu? Na wiceprzewodniczących i sekretarzy? Tam też wygrało stronnictwo Stowarzyszenia!
     - Ale oni nie będą rządzić. Oni tylko prowadzą Zjazd! Władzę ma prezes, Rada. A tu może być całkiem inny wynik!
     - Zaraz zobaczymy, jak wypadło głosowanie. Wołają na salę.
     Wygrał zdecydowanie Tadeusz Jakubowski. Potem nastąpiły przygotowania do glosowania składu Rady, zastępców Rzecznika, sądu. Harmider zrobił się co niemiara, więc prezydium udzieliło głosu dyskutantom. Głównym tematem okazały się wyznaczenia i podatki. Było tam i moje przemówienie, wygłaszane przez Lecha. W sumie dyskusja służyła do zabicia czasu, mało kto przysłuchiwał się prelegentom. Najważniejsze były wybory.
     - Słyszałeś Włodek, jak zripostował moją zapowiedź, że przeczytam twój tekst pod którym podpisuje się Izba Opolska, Stowarzyszenie, a także część Kujawsko- Pomorskiej?
     - Nie słyszałem.
     - Wstał ktoś z waszej Izby i stwierdził, że ten tekst nie jest opinią Izby Kuj-Pom.
     - Może nie usłyszał, jak mówiłeś, że jest to opinia tylko części Izby? Ale to, że kilku delegatów z mojej Izby się nie zgadza ze mną, było jasne nie od dziś.
     - Chyba raczej chciał dać wyraz antypatii do ciebie.
     - Wolę pamiętać gratulacje, jakie nam przekazał profesor Pomorski po twoim wystąpieniu. To było bardzo przyjemne, prawda Lechu?
     - Podwójnie zaś przyjemne, że profesor jest z nami.
     - Dobra była scena, jak prezesi podawali sobie ręce. Stanęli przed sobą, zapięli marynarki, chwilę patrzyli na siebie i wolno, kontrolując, czy przypadkiem jeden drugiego nie wyprzedza – podali sobie ręce.
     - Jest Ojciec Jerzy! Ksiądz towarzyszy nam od początku obrad! Jak to wygląda dla obserwatora patrzącego nie tyle z zewnątrz, co z góry na owieczki swoje?
     - Widzisz Włodku, że jednak po ziemi wraz z wami stąpam? Nie naigrywaj się tak ze swojego kapelana! – zaśmiał się Ojciec Brusiło.
     - Jak więc wyglądają te nasze przyziemne sprawy? Połapać się pewnie trudno – kto i z kim?
     - Nie mi jest wnikać kto z kim. Zastanawiam się, jak o wiele łatwiejsze byłoby życie, gdyby ludzie mieli więcej szacunku do siebie. To nie jest tak, że różnica poglądów powstaje na skutek pełnienia różnych funkcji. Ludzie zapominają pomyśleć, czego oczekuje druga strona. Zawsze można się zrozumieć.
     - To prawda, Ojcze lecz często dochodzą tu i inne uczucia. Pojawia się zawiść, gniew. Gdy sytuacja trwa latami dochodzi do rzeczy nieodwracalnych.
     - Stąd, Lechu konieczność użycia miecza, niczym Aleksander Macedoński wobec supełka?
     - Można to i tak ująć.
     - Wyniki wyborów do Rady, zastępców rzecznika, sędziów będą prawdopodobnie dopiero jutro. Markowi Mastalerkowi udało się nadgonić stracony czas dzięki rezygnacji z czytania sprawozdań, a komisje policzą głosy przez noc. Jedziemy na kolację!

     Uczciwie mówiąc w niedzielę, po mszy podczas której prałat z kościółka Matki Boskiej Zwycięskiej w towarzystwie naszego Kapelana, ojca Brusiły poprosił o modlitwę za Zjazd – urwałem się. Zostało odczytanie wyników wyborów, przegłosowanie uchwał. Ja musiałem coś załatwić w domu.
     - Julek, kiedy zamierzacie dotrzeć do Namysłowa tym rzęchem? Lechu mówił, że nigdy nie przekraczasz sześćdziesiątki, bo kamień z chłodnicy ci odpada.
     - Włodku, Lechu przesadza z przyzwyczajenia. Czasami jedzie nawet osiemdziesiątką, spokojna głowa! – wtrącił Krzysiu Rudziński.
     - Siadajcie na werandzie, łyknijcie nieco płynów wieloelektrolitowych. Absolutnie przysługują po takim maratonie. Jak uchwały? Przegłosowane jak należy?
     Piotrek lekko skinął głową. Julek uśmiechnął się od ucha do ucha.
     - Pierwszy krok mamy za sobą. Nie jesteśmy już czarnymi owcami weterynarii. Ale cała droga jeszcze przed nami. Teraz wszystko zależy od poparcia chłopaków. Uchwały są po naszej myśli. One mają to do siebie, że zobowiązują wszystkich lekarzy do ich realizacji. Czy wszyscy to zrozumieją? Teraz nie występujemy z samymi apelami, uchwały zobowiązują członków Izby do określonych działań.
     - Mówisz Julek, że droga otwarta, a pozostaje wydobyć z nas wytrwałość i samozaparcie, żeby kroczyć czasami i pod wiatr?
     - Uchwałami Izba nic nie wygra. Tylko postawa jej członków, zrozumienie dla tego, co chcemy osiągnąć pozwoli na pokierowanie naszym losem. – zauważył Piotrek.
     - Czyli pierwszy krok? Reszta w rękach zainteresowanych przyszłością weterynarii. Czy podołamy? Wypada zapytać, jak onegdaj zrobił to pewien wielki wódz „– Pomożecie?”.

– Włodzimierz Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.