Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Interpretacja " wg Włodka Szczerbiaka

2005/11/22 22:12:26


Interpretacja*)…

Spoko, spoko! Szanowna Publiczności! Wyrok Sądu Administracyjnego został wydany taki, a nie inny wyłącznie dlatego, że nasza administracja zrobiła błąd proceduralny. Ot zapomnieli, że najpierw trzeba dać chłopakom szansę na odwołanie, a dopiero później ich wylać z roboty. Zważcie, że Sąd nie wgłębiał się w zasadność naszego protestu (protestu tych trzech kolegów). Niezależnie od przyczyny ich wylania z roboty by wygrali. Nawet popełniając totalne bezeceństwa byliby w porządku wobec prawa, bo któryś Inspektorat wykazał się totalną niekompetencją w przestrzeganiu terminów.

Sąd stwierdził różne dociągnięcia i niedociągnięcia, rozpatrywał zarzut zaprzestania wykonywania obowiązków, ale nasi koledzy wygrali. Wygrali, bo Inspektorat nie poczekał na upłynięcie terminu składania odwołań. Podejrzewam, że o tym haczyku nasi koledzy dowiedzieli się dopiero od prawnika. Ta nasza radość jest więc dość próżna. Wyrok sądu – brzmi – przywrócić stan poprzedni. A gdzie kasa za rok bezrobocia? Mogą się ci trzej lekarze dalej sądzić, podejrzewam, że nawet wygrają. Pytanie – kto Im zapłaci za czas bezrobocia? Zgadza się – my, z naszych to podatków dostaną zadośćuczynienie. Powiedzcie Państwo, proszę – z czego się mamy tu cieszyć?

Meritum sprawy nie zostało ruszone. Sąd, dla porządku administracyjnego cofnął w wadliwy sposób wydaną decyzję i koniec! Gdzie problem bzdur w umowie zlecenia, i wzajemnie sobie przeczących przepisów? Ten wyrok jest jedną z jaskółek, ale nic, nic nie mówi o tym co nas najmocniej boli!

Zawrzało na stronie głównej „Medicusa”, wre gorąca dyskusja na forum dyskusyjnym tejże strony. Coraz częściej pojawiają się wypowiedzi, żeby zacząć egzekwować prawo. A z prawem to jest tak, że kiedy chodzi o drobiazgi – niema sprawy. Proszę spojrzeć na rejestrację lecznic. Tu będą karani wyłącznie lekarze terenowi i to z całą surowością prawa. Nie zarejestrował się? Leki – stop, zlecenia stop! Pojawiły się interpretacje, jak mają się nazywać nasze zakłady pracy. Przerabiam pieczątki, zmieniam szyldy, dobrze, że jednocześnie zmieniają się numery telefonów, mogę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Prawdę mówiąc nie są to najistotniejsze dla istnienia weterynarii sprawy. Ważniejsze są apteki, zlikwidowanie obwoźnej sprzedaży leków. Ważne są wyznaczenia. I tu całe to nasze prawo nie działa. Czemu tak jest? Może rzeczywiście trzeba odgórnej uchwały Rady Krajowej w sprawie wszczęcia postępowania wobec tych, co naruszyli Uchwałę?

Skąd się wzięła panika tych, co nie zarejestrowali jeszcze swoich zakładów pracy w Izbie? Krótka piłka – wyznaczenia – wyłącznie zarejestrowanym, leki z hurtowni – tylko zarejestrowanym. Nikt nie patrzy na bzdurność przepisu o zakładaniu gabinetu przez lekarza wyłącznie badającego w rzeźni. Stetoskop, lampę bakteriobójczą – mieć musi. Te przepisy będą zrealizowane! To chyba tak samo z samochodem – trzeba go zarejestrować, opłacić OC, a później – jak się uda.

Wydawało by się, że tylko kiedy przepisy dotyczą wyłącznie lekarzy terenowych – piłka jest taka krótka. Ale nie, Inspektorzy respektują wyłącznie przepisy ministerialne. Prawo stanowione przez naszą Izbę, jeżeli nie idą w ślad za nim przepisy w postaci ustaw lub rozporządzeń – leży. Wniosek – Izba musi konstruować uchwały i cały Kodeks, aby miał on mocne oparcie w Ustawach i Rozporządzeniach. Wtedy, tak jak z kwestią niepłacenia składek za członkowstwo Izby – ściągną je komornicy Urzędu Skarbowego. Jesteśmy tak małymi podmiotami gospodarczymi, że zainkasowanie tych drobnych sum będzie dla komorników rozkoszą w ich trudzie ściągania haraczy z koncernów.

Leży też i to na obie łopatki prawo farmaceutyczne. Z jednej strony chcielibyśmy wyłącznie stosować leki, a drugiej strony tolerujemy handlarzy detalicznych śmiejących się w kułak z naszych skrupułów. Oburzamy się na kontrole naszych aptek, bo te sprowadzają na nas kłopoty. Kontrole pewnie i byśmy tolerowali, ba nawet walczylibyśmy o ich większą częstotliwość, gdyby zaowocowały ukróceniem handlu lekami. Niestety kontrola odnosi się wyłącznie do realizacji zagadnień administracyjnych, A kwestia nielegalnego obrotu lekami pozostaje nie tknięta. I to jest przyczyną scysji z lekarzami kontrolującymi apteki. Po co nam takie kontrole? Co one nam dają? Nic! Same problemy! A to coś źle zaksięgowane, nieprawidłowe półki, czy oświetlenie. Te leki stoją w naszych aptekach króciutko. Często nawet nie zdążą się zakurzyć, nie mówiąc o utracie ważności na skutek trzymania w temperaturze o kilka stopni innej, niż w receptariuszu. Tych leków używam do leczenia. Zwierzęta o dziwo zazwyczaj zdrowieją! Czemu ktoś, kto nie leczy jest lepszy? Bo ma porządek w dokumentacji? Bo sprzeda cały karton zanim go rozpakuje? Czemu tylu lekarzy było podanych przez Inspektorów do sądu za nieprawidłowości w prowadzeniu aptek i czemu sądy uznały te nieprawidłowości za mało szkodliwe społecznie?

To co, proszę Koleżeństwa? Zlecamy Radzie Krajowej, żeby skierowała do Rzeczników wniosek w sprawie niezrealizowania Uchwały Zjazdu? Może zrobimy wstępną ankietę w tej materii? Andrzej, pogadaj z naszym cyfrowcem, niech przerobi tą ankietę z pierwszej strony Medicusa na ankietę o wyciągnięciu sankcji. Nie będzie to do końca trzymało, bo może się komuś przytrafić „głosowanie na dwie ręce”, ale jakiś ogląd sytuacji da. Z tymi wynikami wybierzemy się do Tadeusza Jakubowskiego.

Włodek Szczerbiak

*) gdyby ktoś chciał wiedzieć, czemu dałem taki tytuł – zapraszam do przeczytania sprawozdania z uroczystości kulturalnej w Ciechocinku. Tytuł tego sprawozdania brzmi:

Co to jest „interpretacja”?

     Do naszego miasta nadeszło Święto. Nadjechał Chór... Gdyby ten konferansjer w teatrze miał wadę wymowy aż tak rozwiniętą jak u pani Gronkiewicz – Waltz, lub pana Majia – Jokita to zapowiedź, że oto wystąpi Chór Męski zabrzmiałaby inaczej...
     Na scenę weszli panowie. Mężczyźni na schwał może jeden trochę większy, drugi minimalnie mniejszy, ale bardzo spokojni, poważni i skupieni... Wiadomo, to nie jakaś tam nowoczesna radosna twórczość gdzie, artyści żeby aby wydobyć z siebie dźwięk muszą wpierw podskoczyć. To był prawdziwy chór! Artyści!!!
     Ustawili się półkolem, w milczeniu, wszyscy w czerwonych muszkach, odświętnie uczesani, podgoleni... W rękach trzymali ściągi, żeby nadto nie podpadało – oprawione w eleganckie, wiśniowe, kartonowe oprawy. Stanęli panowie i czekają niby nie zerkając za kulisy. Publiczność zamilkła, nawet szelestu papierków nie słychać. I wtedy wchodzi pani dyrygent.
     Zdecydowany krok, ostre spojrzenie, chłopaki przybierają postawę zasadniczą, a ona nic, tak ma być, ot standard taki! Potem pani dyrygent robi krok dobrej woli w stronę publiczności, lekko kłania się. Brawa, zdawkowe, jak to zawsze na początku, więc pani dyrygent energicznie odwraca się do swoich ludzi.
     Oklaski cichną i początkowo nieruchoma kobieta unosi w górę ręce i zastyga. Przez mężczyzn niby prąd przeszedł – jak jeden mąż otwierają usta. Najpierw nie było słychać nic, ale zaczęły filować światła. Infradźwięki!!! Później do słuchaczy dotarł głos. Zrazu cichy i spokojny, stopniowo wypełniający przestrzeń. Początkowo chór śpiewał niczym jeden mąż, dokładnie w takt ruchów dyrygentki. Panowie śpiewają równiutko, każde słowo oddzielnie, buźki szeroko otwarte, aż migdałki widać, żadnych niedomówień. A jak już usta zamknęli, to echo jeszcze grało…
     Zwyczajnie zaczęli, od „Szła dzieweczka”. Ja też czasem to śpiewam z Mikusiem i szwagrem, gdy już się rozgrzejemy, ale teraz to doskonale widać nasze amatorstwo... Bo u nas jest tak, że najpierw śpiewa Mikuś, a my ze szwagrem ciągniemy za nim. Jak już przypomnimy sobie dalsze słowa – nadganiamy Andrzeja, a czasem to i nawet wyprzedzamy. Śpiewamy rozmaicie, jeden głośniej, drugi ciszej, a chwilami szwagier, albo i ja wymyślimy jakieś nowe słowa... Nazywa się to – interpretacją. A ten chór śpiewał zupełnie bez interpretacji, dokładniutko jak w kajecie...
     Z czasem, gdy się rozśpiewali, nabrali pewności, a pani szefowa się ich nie czepiała, zaczęli robić dziwne numery. Niby to zgodnie śpiewają, a tu z jednej strony chóru zaczyna się coś zmieniać. Początkowo myślałem, że chłopaki zbuntowali się babce i zaczynają interpretować. Patrzę, czy ta się nie wkurzy. Nie! Ba, nawet im podpowiada: wy, tam z lewej cicho i spokojnie i pokazuje niżej, niżej prawie do ziemi, a chłopaki zwolna milkną. Jednocześnie daje znaki tym po prawej, że mogą sobie poswawolić, popuścić na cały regulator. I faceci się cieszą, uderzają w coraz głośniejsze akordy.
     Przez chwilę znowu zdawało mi się, że będą interpretować, ale nie! Kobitka krótko spojrzała na tych po środku, co się nieco obijali i dała im lewą ręką znak do góry, a prawą opuściła w dół natychmiast wyciszając tamtych rozrabiaków po bokach. Od razu zorientowałem się, czemu jej tak słuchają. Zwyczajnie babka ma dokładną kontrolę nad nimi! Brykacie? Dobrze, jeszcze chwilkę, a teraz dajcie i tamtym pośpiewać, cicho sza! Świeczka – ogarek! Ci po lewej zdawałoby się, zapomniani, pogubili słowa, bo popadli w jakieś mruczando, ale nie! Kobitka na wszystko ma oko. Lewą rączką – pass i prawa w górę! Tamtych z lewa – jakby zatkało, a rozrabiacy z prawej zaczęli śpiewać do wtóru tym ze środka! To się nazywa podzielność uwagi! Faceci – od razu widać, że już poważni tacy, odchowani, a jedzą obcej babie z rączki! I chyba to właśnie jest to mistrzostwo, ta wielka Sztuka! Za to są te nagrody!!! Teraz niby ludzie tego nie uznają, ale wyraźnie widać, że coś w tym jest!
     Oj dobrze, że nie widzę tu Ulki, bo gdyby zobaczyła Wiesia, jak słucha tej małolaty w czerwonej kiecy, a w domu to nie pozwala nic sobie powiedzieć – zastanowiłaby się poważnie...
     Później śpiewał solista z towarzyszeniem fortepianu. Ej, ten to sobie używał! Od razu widać było, że wolny człowiek! Zresztą konferansjer wcześniej zapowiedział, że pan tenor niby dobrze wspomina lata swojego śpiewania w chórze pani dyrygent... W wyrobione oko wpadało, że facet jest przyzwyczajony do zespołowego śpiewania – przytrzymywał się fortepianu... Ale, jak on tak sobie śpiewał wolny jak ptak, oj widać było, że gość jest na nowym etapie życia, wyzwolony... Mikrofon? Iii, po co? A jak oddech mu się kończył to dyskretnie tupnął nogą i – dalej śpiewał... To był zwyczajnie – Tenor, a nie jakiś „wokalista”!
     Potem nastąpił mały dysonans, bo konferansjer kazał śpiewać temu tenorowi z towarzyszeniem i fortepianu i chóru. No to i stanęli razem, potem przyszła pani dyrygent, odwróciła się do chóru i – pianista zaczął grać. Sam, bez znaku pani dyrygent! Widziałem u niej na plecach to drgnienie, zupełnie, jakby poszło jej oczko w rajstopach... Lekko się wstrząsnęła, ale kulturalnie, chwilowo przeszła nad tym do porządku dziennego, nie przy ludziach…
     Tenor zaśpiewał i to tak, że choć potem chór próbował go zakrzyczeć, to im pani dyrygent nie dała, niech sobie śpiewa sam, jak taki wyzwolony! Wy jesteście moim zespołem, moim chórem!!! A w chórze dyscyplina ma być! Odpuścili facetowi i robili wyłącznie za tło...
     Wreszcie skończyli!!! A ona wzięła najpierw popatrzyła uważnie, czy wszyscy mają zamknięte buzie i równo stoją i dopiero wtedy odwróciła się do publiczności. Chwilę stała nieruchomo i wodziła wzrokiem po zgnuśniałych słuchaczach siedzących w wyściełanych fotelach. Robiła to tak z przyzwyczajenia, a wyraźnie było widać, że odruchowo sprawdza, co z tymi tam dałoby się zrobić...
     Dopiero wtedy uśmiechnęła się łagodnie, najwyraźniej tylko do kobiet na widowni i leciutko ukłoniła!
     Brawa! Brawa! Szał! Najbardziej to klaskały kobiety! Takie mistrzostwo! Te drobne paluszki, a tak sprytne, tak umiejące! Uch, pewnie wszystkie panie zapiszą się do niej na szkolenie, nie, żeby zaraz do chóru, bez przesady...
     Jak publiczność sobie trochę odpoczęła i poklaskała – pani dyrygent ponownie odwróciła się do swoich chłopaków. Lekko podniosła wzrok i w chór jakby piorun strzelił! Wydłużyli się, brzuszki wciągnęli pod żebra i – zamarli w bezruchu. Kolejna pieśń była po łacinie...
     Te nasze nowoczesne zespoły jak śpiewają w obcym języku – to słów można się domyślić tylko czytając libretto, jeżeli takowe istnieje...
     A tu? Nie! Nic z tych rzeczy! Zaczęli śpiewać po łacinie i była to łacina klasyczna, nie ta codzienna, co to ją śpiewają rapowe zespoły. A ta dykcja, ta dykcja – z miejsca widać, że poważny zespół! Mało, że słychać słowa, a i poszczególne litery można zobaczyć! Do każdej literki inny układ ust, a cały chór jednakowo... Ech!
     I dopiero teraz, gdy tak śpiewali „Paternoster” dostrzegłem głęboki profesjonalizm pani dyrygent! Wspomniałem wcześniej, że występowała w czerwonej, tradycyjnej, długiej do samej ziemi sukni, z małym ale. Takim lekkim ukłonem w kierunku nowej mody ze strony pani dyrygent było dyskretne wcięcie w spódnicy, zwane wietnamskim. A było zlokalizowane nie tak, jak zwykle to wietnamskie kobiety robią – z przodu, czy z boku, lecz z tyłu... Tak, przecież stała ona głównie tyłem do publiczności... Swoich śpiewaków, wiadomo – kokietować nie musiała... Inna sprawa, że wtedy, gdy kłaniała się publiczności... Cały chór zamierał... Wpatrzony gdzieś w dal, bez słowa, tylko grdykami ruszali...
     A publiczność klaskała i klaskała, aż w końcu i chłopaki z chóru zaczęli się też kłaniać, wpatrzeni w dal... A pani dyrygent uprzejmie, owszem pozwoliła im na trochę radości. Tak, możecie się trochę pokłonić, ale patrzcie – tylko do tego miejsca! I koniec! Tamci, niech sobie poklaszczą, a moi chórzyści mają pamiętać, kto tu rządzi! Dość! Wyprostować się! Tak, dobrze, teraz za kulisy! Lekkie kółeczko samą dłonią, ot – małym paluszkiem i rosłe chłopy rządkiem, z głowami wpuszczonymi w ramiona znikają ze sceny. Pani dyrygent dla porządku spojrzała, czy jakieś śmieci po nich nie zostały i spokojniutko, z podniesioną głową ruszyła za swoim stadkiem. Publiczność szaleje, a ona doskonale wie, o co tu chodzi, ten lekki uśmieszek, jej specjalnie nie zależy ot, perfekcjonistka...

– znajomemu chórzyście i nie tylko,
w podzięce za wielce kształcący wieczór
– wlos@data.pl – pewien meloman z drewnianym uchem.

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.