Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"wyalienowanie?" - pyta Włodek Szczerbiak

2005/11/30 23:00:22


Wyalienowanie?

Bywa, że pada deszcz, gołymi gałęziami targa porywisty wiatr. Barowa pogoda, właśnie ona skłania do takich myśli, bo życie jest trywialne. Ginie rozdział między bytem i niebytem, brudem i czystością, z potem na skroniach przeplata się śmiech pusty. Dla jednych to dzień powszedni, dla innych egzotyka, surrealizm.
To, co opisałem stanowi typowy przypadek „męki reportera”, bełkot przeznaczony do kosza. Istotna jest wyłącznie misja. W sumie miałem wywalić te bzdury, sam nie wiem, czemu tak nie zrobiłem. Nie polecam tej lektury. Chyba, że ktoś naprawdę musi...

Onegdaj udało mi się kupić chińskie mokasyny. Tanie, sympatyczne w dotyku i nawet ładne. Cóż za wspaniałe obuwie! Czujesz się w nich jak w papciach. Używam ich tylko do „czystych” wyjazdów, kiedy nie będę leczyć. Ubranie wyjściowe, takie do chodzenia między ludźmi, bo w tym terenowym wywołuję odruchy nietolerancji kulturowej.

Paradowałem sobie elegancki i czysty po „Geancie”, żona i syn do wózka dosypywali zakupy. Pełen luz, piątek godzina dwudziesta pierwsza, jutro wolne! Och, czasami chce się żyć!

- Doktor? Tu Rynkowski! – zabrzęczał telefon komórkowy przy pasku – Jałówce rodnica wypadła!
- Zaraz, zaraz, ale jestem z drugiej strony Torunia, na zakupach – spokojnie spławiam gościa.
- To bardzo niedobrze, niech pan mi natychmiast przyjedzie!
- Zajmie mi to przynajmniej pół do godziny, a może i godzinę!
- A czemu tak długo? Nie może się pan pośpieszyć?
- Szybciej się nie da, niech pan poszuka innego lekarza!
- No dobra, niech pan już przyjedzie, byle szybko! Minęło już pół godziny!

I co tu zrobić z tak pięknie rozpoczętym wieczorem? W samochodzie odebrałem jeszcze cztery telefony od Rynkowskiego. Najgorsi to są klienci, którzy coś czytali, albo słyszeli. Sądzą, że wiedzą wszystko, ba lepiej od lekarza!
- Gdzie pan jest? Cały czas czekam! Za ile pan będzie? Ona mi tu zaraz zdechnie!
- Leży?
- Nie, stoi.
- To nie jest tak źle, niech pan czeka dalej.
Po drodze wyrzuciłem z samochodu rodzinę z zakupami. W Ciechocinku złapałem za zestaw terenowy, dorzuciłem dla pewności kilka medykamentów.

- Gdzie pan jest? Jak jest pan potrzebny, to nie można się pana doprosić!
- Woda zagrzana? Prześcieradła naszykowane? – udało mi się przejąć inicjatywę.
- Zaraz będą!
- Niech pan się rusza, panie Rynkowski! Panie Rynkowski! Nie ma czasu!

Wysiadając zorientowałem się, że przyjechałem zdecydowanie za szybko. Mogłem się przynajmniej przebrać. Mokasyny zapadły się w błoto, brudna maź dostała się do środka i komfort cywilizacyjny zaczęli brać diabli. Jałówka zdążyła się położyć, oczywiście nie upilnowali, i prześcieradła leżały na słomianych balotach zamiast pod macicą. Macica w fekaliach.
- Woda! Proszę o wodę!
Jedno wiadro, drugie, sytuacja deczko przejrzała.
- Sprzątnijcie brud wokół, nie uszkodzić mi macicy! Jak ją przedziurawicie, to zdechnie! Co robią te krowy obok? Proszę zabrać je precz! Już, już, już! Niech któraś stanie na macicy i będzie po robocie! – Krowy stały gęsto obok siebie, ocierały się bokami. Za gęsto! To te oszczędności budowlane. Trzy krowy, a dwa stanowiska.

Rynkowski podpierał lewym okiem ścianę. Rano chlapnął sobie wapnem, teraz cała gałka była zaczerwieniona i opuchnięta. Rynkowska, spanikowana biegała kłusem wzdłuż stanowisk, ze wszystkich sił starała się być przydatna. Do pomocy dostałem dwóch synów, studentów i studentkę w gościach. Wszystko rolny, zootechnika i takie tam.
- Czemu nie zabierzecie tych krów obok? Przeszkadzają mi!
- Nigdzie nie ma miejsca doktorze, odsuniemy je na boki!
- Doktorze, szybciej, szybciej, minęło półtorej godziny, a ona może po wypadnięciu żyć tylko godzinę! Tak pisało w poradniku! – popędzał mnie spod ściany gospodarz. Oko musiało mu nieźle dawać do wiwatu, bo ani na chwilę nie odrywał głowy od zimnej ściany.

Podałem „Polocainę”, „Oxytocynę” (pamiętając o rozpyleniu jej w niewielkich ilościach wokół, bo to podobno wzmaga tolerancję międzyludzką). Marynarkę, sweterek profilaktycznie zostawiłem w samochodzie. Podwinąłem rękawy flanelowej koszuli i zabrałem się do dzieła. Będąc doświadczonym fachowcem doskonałe wiedziałem, że najlepiej poczekać, aż zadziałają leki. Razem z tą panienką, tą zootechniczką z drugiego roku przystąpiłem do pracy. Najpierw oddzieliłem resztki łożyska, prześcieradło pod macicę, woda, woda, woda. O mokasynach mogłem zapomnieć, ale i spodnie zaczęły nabierać barw maskujących. Można zaczynać repozycję. Zaraz toto pójdzie! Ale nie, co włożę kawałek macicy , to jałówka dostaje bóli i wypycha! Ta Polocaina zwyczajnie nie działa!
- O, Łuuu! – zaryczał nagle jeden ze studentów przydeptany przez sąsiednią krasulę i zaczął tańczyć kankana na jednej nodze. Wypadek przy pracy. Noga durniowi nie odpadnie, a na drugi raz będzie mnie przynajmniej słuchał!
- Mówiłem, zabrać? Zabrać mi je stąd zaraz! – zacząłem się wydzierać, żeby przekrzyczeć jęki symulanta. Ten z rolnego najwyraźniej raptus, jak ojciec. Pokicał na jednej nodze gdzieś na drugi koniec obory i zaczął wkładać pięści do oczu. Najwyraźniej stosował akupresurę. Pani Rykowska ze starszym, pogoniła krowy. Te, jak poczuły, że nie przelewki – przeskoczyły żłób i spokojnie stanęły po drugiej stronie, w korytarzu paszowym. Ot, jak jest potrzeba, to wszystko da się zrobić.

Z nowymi siłami, szczęśliwy z uzyskania pola do manewrów. Pcham, pcham, pcham, aż noga mi się omsknęła. A niby ta posadzka była już nieco doprowadzona do kultury dwoma wiadrami wody. Nieco. Spodnie od tyłu zostały suche, ale niestety dostała flanelka, na razie na brzuchu.

Ręce do kubła, żeby obmyć z krwi i innych rzeczy i znowu pcham. Zrezygnowałem z marzeń o uratowaniu ubrania. Twarda, terenowa rzeczywistość, życia nie oszukasz. Wygodnie, jak u siebie zaparłem się o krawędź korytarza gnojowego i pcham, pcham. Ja do krowy, a krowa w drugą stronę. Gdy udaje mi się wepchnąć kawałek macicy, ta małpa wypycha ją z siebie. Doszło do tego, że dawałem radę utrzymywać macicę w krowie nawet podczas parć, ale w przerwach nie miałem już sił żeby wpychać kolejne partie do środka.

- Pomóżcie! Trzeba popchać!
Rynkowski szurając okiem po ścianie osunął się w dół, następny z głowy. Rynkowska znowu pobiegła czegoś szukać, rękami tak jakoś dziwnie kręciła, ale nic pomóc nie chciała. Student przestał machać rękami, ale dalej kicał. Ten drugi zaczął gorliwie trzymać kolejną krowę w rzędzie, taki zajęty, że strach! Miejsce mi robi, łaskawca. Została dziewczyna w golfie, spodniach.
- Pomoże pani?
- Tak.

Razem poszło nam lepiej. Pchałem, pchałem i z niejaką satysfakcją patrzyłem na dziewczynę, jak stopniowo nabiera barw podłoża. Udał się jej ten pobyt w gościnie, udał. Ten sweterek, jakiś taki higroskopijny. Pchamy, pchamy, zupełnie jak dziad rzepkę, bo znowu nic! Czuję, że coraz bardziej utożsamiam się z przyrodą, ba z jej tylną stroną… Dziewczyna ociera mi sponiewieraną fekaliami twarz. Brudną łapą oczywiście! Nie czas sadzić róże, kiedy płonie las!

- Odwróćcie mi tą krowę tyłem do koryta. Łbem w dół, do korytarza gnojowego!
- Nie! Zaprotestował z ziemi słabym głosem Rykowski. Wyraźnie symulował, jakby był taki słaby to by leżał, a on cały czas jakoś trzymał tego ślipa na ścianie.
- Przesuwać mi, ale już! Czas, panie Rynkowski, czas ucieka! – zaapelowałem do jego wiedzy podręcznikowej.

Skutecznie! Zasadzili się do rogów i ogona. Poszło! Z dziewczyną pilnowaliśmy, żeby nieco już oczyszczona macica nie wypadła nam z wiadra. Zadowolony, że stanęło na moim, że zyskałem godziwe warunki do zabiegu – położyłem się na ziemi, zaparłem nogami o żłób. Dziewczyna ofiarnie rzuciła się obok. Pchamy, pchamy, pchamy, przerwa. Pod górkę tej małpie trudniej się było mi sprzeciwiać, popchaliśmy jeszcze trochę i – wskoczyła! Cała wskoczyła do jamy brzusznej. Wsunąłem w ślad za nią rękę, aż po pachę, żeby przenicować ten worek na właściwą stronę. Najgorsze za nami! Parcia przestały być takie straszne, ale na wszelki wypadek trzeba było czasowo zamknąć pochwę.

- Ty, zootechniczka, trzymaj ręce w, no tam, gdzie trzymasz, ja zaszywam! Jak powiedziałem, tak chciałem zrobić… Igłotrzymacz, „Amfil” z igłą, nożyczki i strzykawka z igłą jeden koma osiem. Zaszywam. Łatwo to powiedzieć. Najpierw trzeba złapać igłę igłotrzymaczem, a rączki mi się trzęsą z wysiłku, że hej. Amplituda drgań coś tak koło dwóch centymetrów! Tak to jeszcze nie miałem! Niby stary fachura, a dałem się przerobić tej krowinie! Zabieg jak dla eksperta prosty, łatwy i przyjemny, no może czasami… Właśnie był ten „czasami”! Trzeba tylko założyć szwy materacowe na wargi sromowe i po robocie.

Ja wiedziałem, że igła atraumatyczna jest prawdziwą jednorazówką. Ale żeby wytrzymała tylko jeden szew? Przesada. Dobrze, że weterynaria ma opracowane procedury na taką okoliczność. Przebijam się przez powłoki igłą do zastrzyków osadzoną na strzykawce. Jak tylko igła wyjdzie z drugiej strony – wkładam w dziurkę nić i wyciągam razem z igłą. Powiedziałem wkładam nić w dziurkę? Przejęzyczenie. Ręce nadal mi latają, choć amplituda stopniowo maleje. Pomaga mi Basia, zootechniczka, co ręce z, no z krowy wyjęła. We dwójkę idzie nam dobrze. W końcu zaszyte! Mućka może się nadymać do woli, nie wyrzuci!

Pomogłem Basi oczyścić sweterek, golfik taki, wiecie Państwo. A to dlatego, że w niektórych miejscach oprócz standardowego brudu, odcisnęły się moje dłonie… Kiedy ja to zdążyłem? Proszę, proszę, nawet sam nie zauważyłem… Rynkowscy na liniach papilarnych się nie wyznają, ale dobrze, że rodzinka w ferworze świadczenia pomocy weterynaryjnej nic nie zauważyła. Mówiłem Państwu, że raptusy to takie?

Antybiotyk, kroplówka. Ja trzymam igłę w żyle, panna Basia – służy za stojak do lekarstw.
- Panie Rynkowski, mam tu coś dla pana na oko, dobry lek.
- O, a co? – ożywił się i oderwał od ściany gospodarz.
- Normalnie daje się to zwierzętom, musi silnie działać. Najwyraźniej panu by się coś takiego przydało – kuszę.
- O, o, bo już byłem u okulistki, ale jej leki nie działają!
- Moje zadziałają!
- To dawaj pan.
- Zaraz, zaraz, muszę uprzedzić o karencji i…
- Panie, co mi tam karencja! Boli jak diabli! A na kotlety nie dam się przerobić!
- Jest jeden mały skutek uboczny, artefakt taki…
- Eee, a co to takiego?
- Pani Rynkowska, ścierpi pani, jak mąż za jałówkami zacznie się oglądać?
- Nieeee!!!

Flanelkę wrzuciłem do bagażnika, nie zdecydowałem się na zdjęcie podkoszulki i spodni, w czerwone i brązowe łaty. Ręce czerwone od skrzepów. Sweterka nie zakładałem, niech przynajmniej coś czystego przywiozę do domu. Sztywny, uważając na tapicerkę ruszyłem do Torunia. Na Stawkach mnie zhaltowali. Za chyżość pewnie. Siedzę za kierownicą, ręce na kole, zapaliłem światło w kabinie i czekam na gliniarza. Opuszcza się szybka.
- Posterunkowy Kaźmierczak, dokumenty proszę. Zaraz, zaraz, a jak pan wygląda? To krew?
- Nie moja, krowy.
Policjant odskoczył od okienka, widzę jak ręka wędruje mu na kaburę. Nie ruszam się. Pełna współpraca. Pewnie posterunkowemu medal się marzy, gwałciciela, mordercę schwytał, albo daj Panie Boże zastrzelił! Podbiega drugi.
- A, pan doktor! A gdzie to pan balował?
- U Rynkowskiego, krowa miała problemy.
- A, u Rynkowskiego? Wiem, wiem. Niech pan jedzie, ja młodego popilnuję.

Dobrze mieć znajomości… Nawet nie patrzyłem co on mu tam klaruje. Dałem po zaworach i do domu… Kąpiel w różanym szamponie, łachy do pralki, smród do wentylatora. Jedynie mokasynków mi szkoda, tyle czasu utrzymałem je w dziewiczym stanie… Trochę im kąpiel pomogła, ale podczas suszenia ździebko się zdeformowały.

Klika dni później przyszło mi jechać do Warszawy. Ot jaśnie pan z prowincji udaje się do stolicy na zwiad. Wskoczyłem obowiązkowo w mokasynki moje, dziewicze prawie, no może ociupinkę zdeformowane. Garnitur od szwagra pożyczyłem. Ten sam, w którym on przed laty miał przyjemność obcować z panem Kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego. Znaczy, zupełnie urzędowy taki garnitur. Droga, jak droga, chlapa, zimno. Ale w Warszawie to się naprawdę narobiło! Najpierw wysiadł mi GPS, jazda na azymut też nie szła, w końcu na światłach mapa zsunęła mi się na podłogę. Poruta! Nie ze starym terenowcem takie numery! Ja siedziby Rady Krajowej nie znajdę? Ja? Zdecydowałem się zastosować sprawdzoną metodę survivalową. Aerozolkiem jeszcze raz przeleciałem pod paszkami. Dociskam krawat do grdyki, cyk awaryjne i wyskakuję zasięgnąć języka.

- Przepraszam pana, gdzie państwo trzymacie ulicę Koszykową?
Zwróćcie drodzy czytelnicy uwagę, jak przebiegle nie zapytałem o Przyjaciół. Przyjaciół? W Warszawie?
Losowo wybrany obywatel popatrzył na mnie, na trąbiące zza mojej „limuzyny” samochody. Przyjął na wszelki wypadek postawę zasadniczą i zaczął w stylu reportażowym:
- Więc z Koszykową, to my mamy problemy, ba składa się z dwóch części…
Zauważcie Państwo! Tylko rozpocząłem interview z szarym obywatelem i natychmiast wyłapuję, że są jakieś kłopoty, niedomagania. Ma się te lekarskie zacięcie do robienia dobrych wywiadów, no ale ja tu nie o swojej doskonałości zawodowej miałem opowiadać. Inna sprawa, że tak przyjemniej człowiekowi na duszy się robi, gdy o tym pomyśli.

Aleja Przyjaciół jest taka nieszczególnie reprezentacyjna. Liczy sobie może z dziesięć numerów. A znaleźć siedzibę naszej Rady, to potrafią jedynie fachowcy. Są to albo tacy jak ja, co umieją na podstawie pasemka ropy zdiagnozować chorobę, albo tacy inni, co w oparciu u wzajemnie sobie przeczące przepisy dochodzą do właściwych rozwiązań. Szczerze mówiąc to najpierw szukałem takiej tablicy, jak w Ustawie o zawodzie lekarza weterynarii – 64/64cm, z zielonym ptaszkiem i żmijką. Ale – nic! Przedefilowałem w marynareczce do końca i z powrotem całą Aleję. I dalej nic! W nogi zaczyna mi być zimno, mokasynki są dobre do samochodu, przy minus pięciu stopniach, człowiek każdą płytkę chodnikową wyczuwa… Już, już miałem złapać za telefon, skorygować dane, ale dojrzałem. Tak! Przy wejściu, tam pod jedynką jest taki w mosiądzu chyba rzeźbiony znak. Zupełnie, jak ten regulaminowy, ale i wymiary i kolorek stanowią jakąś artystyczną wariację, wizję na temat naszego firmowego oznakowania.

Wejście na klatkę schodową, jak to w miastach, zamknięte. Domofon działa, Warszawa, wiadomo!
- Jestem umówiony z doktorem Mastalerkiem – mówię do ściany.
- Tak, wiem, proszę wejść.
I cisza. Cisza trwała tyle czasu, co na wtarcie butów. Potem zabrzęczał elektromagnes. W holu jest nieco drzwi. Wszystkie bez klamek, jakby ktoś chciał się chwalić, że klamkę pocałował – to kłamie! A może trafiłem do domu bez klamek? Na jednych z drzwi zobaczyłem taką wtopioną w otoczenie tabliczkę, że tu się mieści Rada Krajowa Izby Lekarsko – Weterynaryjnej. Tu też nie da się pocałować klamki. Dzwonić trzeba. Zadzwoniłem. Procedura się powtórzyła. Dostałem czas na wytarcie butów i gościnne odezwał się brzęczyk. Wchodzę do korytarzyka wyłożonego wykładziną pseudodywanową. Podchodzi do mnie pani.
- Dzień dobry. Doktor Mastalerek jest? – w pierwszej chwili pomyślałem, że albo zabiłem tej pani klina, albo Marek wyszedł, a może też i drzwi nie te. Pani, w takim cywilnym ubraniu – popatrzyła uważnie, tak się teraz, w epoce terrorystów patrzy na każdego obcego. Najpierw sprawdziła, czy wyczyściłem buty. Bez słowa przeszła do porządku dziennego nad nieznacznymi objawami krzywicy w mokasynach. Sprawdziła, czy mam pozapinane guziki w szwagra garniturze, czy krawat podciągnięty, a na końcu, czy zdjąłem czapkę. Co by nie mówić, poczułem się bezpiecznie, tutaj byle kogo, tak z ulicy nie wpuszczą…
- Pan dyrektor rozmawia w tej chwili przez telefon.
- Mogę zaczekać?
- Tak, proszę – kobieta poczuła się może nieco niezręcznie proponując mi do siedzenia dywan w korytarzu. Obejrzałem się i wpadłem na pomysł ratujący Izbę od kompromitacji – lekarz na lekarza ma czekać? Oj, to nie po Lubelskiej Akademii takie numery!
- A może niech mi pani powie, jak tu można zaparkować. Postawiłem samochód, a na tabliczce pisze, że parking płatny.
- Wszędzie są parkomaty.
- Zaraz wrócę.

Do stolicy wybrałem się z kasiorą jak się patrzy. Ta pani w Izbie nie potrafiła mi rozmienić pięćdziesiątaka. Musiałem pokombinować na Koszykowej. Sklepów tu nawet na lekarstwo, fryzjer przez okno pomachał, że nie, ta baba, co na fotelu siedzi jeszcze mu nie zapłaciła. Dalej jakaś piśmanteria. Wchodzę, demonstruję pieniądz. Ale bystrą kobitkę tam mieli, no mówię! Natychmiast zwietrzyła prowincję.
- Rozmienić nie mam, ale jak pan kupi zeszycik, da radę.
Nie dyskutowałem, niech nadal sobie myślą, że ci z prowincji są tacy zamożni. Swoją drogą, co będę się od samego początku kłócił? Pociecha, w Warszawie nawet o dwunastej mają jeszcze problemy z rozmienianiem. W Ciechocinku kłopoty są tylko do dziesiątej, później jakoś leci. Wiadomo, prowincja!

Poszedłem w końcu szukać tego parkomatu. Z tym parkowaniem to jest tak. Gdy u siebie, w Ciechocinku chcę stanąć – zachęcają mnie do tego wszyscy sklepikarze i inny drobny biznes. Goszcząc mój samochód może się klienta doczekają? W Toruniu, na przykład podczas zebrania Izby parkowanie też darmowe. Ba nawet jest strażnik, co przez całą dobę ma oko na parking, żeby chuligani pojemników na śmieci nie wywracali. W centrum natomiast trzeba płacić. Ale ileż to radości człowiek sprawia inkasentowi! Podejdzie, zagada, podziękuje, w rączkę z pieniążkiem chuchnie, paragonik za szybę jeszcze wetknie. A w Warszawie? Podchodzisz jak ten pajac do słupka. Dajesz mu pieniądze. Wciskasz, na siłę! Ten chwilę się zastanowi, czy jednak musi się tobą zajmować i ewentualnie wydrukuje bilecik. Ten bilecik jest tak zmyślnie umieszczony, w takim okienku, że chcąc go wydrzeć trzeba się słupkowi pokłonić i wydłubać papierek z otworka wydalniczego!

Powiedziałbym, mają specyficzne podejście do ludzi. Nic, nic, rozumiem Stolica, wiek maszyn, elektroniki. Człowiek stanowi zaledwie białkową domieszkę do procedur. Pobędzie człowiek wśród tych szpanerów i do siebie zaraz wracać chce. Hen, gdzie woda czysta, trawa zielona, a policjanci dzień dobry mówią. Ale do roboty. Izba ponownie gościnnie zaprasza mnie w podwoje. Pani, już nie tak dokładnie zmierzyła mnie od stóp do głów i wpuściła. Zacząłem się, tak od siebie zastanawiać, a nóż widelec gdzieś ta słoma mi wyłazi, ale chyba niemożliwe, cały się przebrałem!

Drodzy czytelnicy! Dyrektor biura naszej Izby jest bardzo skromnym człowiekiem. Zaraz opiszę, czemu. Więc ten korytarzyk, później drzwi do sekretariatu. Pokój spory, trochę mniejszy niż standardowa sala operacyjna dla dużych zwierząt. Komputery, trzy monitory ciekłokrystaliczne i jakieś tam jeszcze badziewie, szafy, papierów do oporu. Dwie panie siedzą i obsługują biurka. Obok wejście do gabinetu dyrektora. Jest nieco większy od budki telefonicznej, ale bez popadania w euforię. Biurko też zawalone papierami, dwa krzesła i zaraz za oparciami ściany. Potem zajrzałem jeszcze do kanciapy, gdzie Marek sobie śpi, gdy zasiedzi się w robocie. Dyżurka taka. Jestem dość biegły w sprawie wyposażenia pomieszczeń. Ten pokój to mogli zrobić tylko tak: najpierw postawili kozetkę, potem wymurowali ściany. Okien w sypialni jest tyle, co w okręcie podwodnym. Rzut okiem na te pomieszczenie wyjaśnił mi, czemu doktor Jakubowski zatrudniając dyrektora zażądał zaświadczenia lekarskiego w temacie klaustrofobii…

Gdybym był złośliwszy niż normalnie – bym napisał, jak po kilkugodzinnej drodze przysychał mi język do podniebienia. Ale nie napiszę, bo przyjeżdżając następnym razem do Warszawy mógłbym nie z opędzić się od propozycji wypicia herbatki. Usiadłem z Markiem w gabinecie i zaczęliśmy rozmawiać. Okazuje się, że Izbowa delegacja właśnie wróciła z Brukseli, gdzie przebywali na zaproszenie naszych europarlamentarzystów. Fajno, że Parlament stawia dojazd, ale resztę panowie delegacja musieli niestety płacić z własnych kieszeni. Załatwili coś? A i owszem, z tym, że moim zdaniem z politykami trzeba ostrożnie. Poczekajmy na namacalne efekty. Nie chwal dnia zanim wyłączysz służbowy telefon!

Tak po prawdzie to przyjechałem do Warszawy, żeby uzgodnić dostęp do informacji. Rzecz w tym, że gdyby podawać na stronie internetowej świeżutkie, niczym bułeczki wiadomości o działaniach Rady – może zwiększyłoby to jej wiarygodność wśród członków. Rada ma nowy skład. Nikt nie wie, jak będzie działała. Wymyśliliśmy sobie, że mógłbym zabezpieczyć niejaką jawność jej pracy. Nie odbyłoby się to niekiedy bez sardonicznego uśmiechu. Ale mówi się, coś za coś… Doskonale wywiązuje się z pracy pan doktor Krzemiński pisząc sprawozdania z pracy Rady, niestety jakieś tam zawiłe czynniki powodują opóźnienie dwu i trzymiesięczne w przekazywaniu tych wiadomości. Myślę, że mógłbym tak na gorąco, nieco po łebkach przekazywać, co się dzieje. Później doktor Krzemiński i inni członkowie Rady by przekazywali swoje oficjalne stanowiska, skorygowali moje błędy i wypaczenia.

Inna sprawa, proszę zauważyć – ta Izba jest żywotnie zainteresowana głosami z terenu! Tego wcześniej się nie spostrzegało! Strony internetowe będą powodowały przejrzystość „głosu ludu”. Będzie wiadomo, jakie są oczekiwania, co jest robione źle.

W zasadzie jest pięknie. Niczym doktor Janik – kij w mrowisko, tak i ja łyżkę dziegciu wleję do beczki. Strona internetowa Izby jest odwiedzana mniej licznie niż strona Medicusa. Takie przyzwyczajenie w Narodzie, wyniesione z poprzednich lat. Z tego wynika, że donośniejszy byłby głos z Medicusa. Ale. Ale, jak Rada mnie zaprosi na swoje zebranie, jak mi zrefunduje dojazd – to chyba wypada napisać tekst na jej stronie. Tak z przyzwyczajenia bym wolał pisać na stronach Medicusa…

Co więc mamy zrobić? Czy macie Państwo jakieś propozycje? Proszę o komentarze, one pozwolą na wypracowanie konkretnej opcji.

- Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.