Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Relacja z Krajówki" Włodka Szczerbiakak

2005/12/17 22:23:30


Struktura kryształu.

     Siedzę w KFC i kończę poniewierane na ostro skrzydełka. Za oknem majaczy grudzień. Widzę niewyraźnie, bo szklana tafla jest przesłonięta wielkim plakatem informującym, że właśnie spożywam stuprocentowo bezpiecznego kurczaka. Aż tak bezpieczny jest on dzięki pieczołowitemu nadzorowi weterynaryjnemu. Wsuwają ludziska te kurczaki indywidualnie i zespołowo. Babka koło wieszaka ma na tacy zaledwie kilka kostek. Skośnooki obywatel z entuzjazmem przekłada pół kurnika z tacki na tackę.
     Żują i z radością spoglądają na plakaty, jak bezpieczne są te ich kurczęta. Żeby tylko wiedzieli, jaką część tej stuprocentowo pewnej inwestycji kulinarnej stanowi bezpieczeństwo. Licząc, że taki delikwent zainwestował w bezpieczne danie ze dwanaście złotych, to na weterynaryjną ochronę przed straszliwą grypą wydał ciut mniej niż pół grosza. Ale w sumie, co go to obchodzi? On jest przekonany, że sporo, niech stracę, a pojem sobie. Szczegóły go nie interesują. Przekładając na kulinaria – bezpieczeństwo żywności stanowi równowartość okruszka panierki, co spadł na podłogę paniusi w czerwonym golfie, tej z paznokciami jak u tygrysa. Żeby to oni wiedzieli ile ich wartuje*) to bezpieczeństwo, pewnie by się przerzucili na sałatki… Uśredniony obywatel wie, że stać go na weterynarię. Pytanie: – Na jaką weterynarię go stać?

     Dwudniowa nasiadówka Rady Krajowej Izby Lekarsko – Weterynaryjnej bynajmniej nie dotyczyła zdrowia kurczaków. Owszem była mowa i o monitoringu, lecz w bardziej prozaicznym aspekcie. Tym, co podobnie jak ja jeszcze nigdy nie byli na takim zebraniu wyjaśniam, że odbywało się ono przy suto zastawionym stole. Na każdego przypadało po pączku i szklance kawy lub herbaty – do wyboru. Atmosfera spotkania pozbawiona jakiejś sztywności, ale mówić o braku porządku, to gruba przesada. Bardzo rzadko dochodziło do przekrzykiwania się dyskutantów, jakie widzimy w dyskusjach telewizyjnych.

     Zaczęło się od małego zgrzytu. Jeden z członków Rady zasugerował niemożność przyjęcia protokołu poprzedniego zebrania wobec nie przedstawienia wszystkich jego stron. Sprawa na szczęście się natychmiast wyjaśniła. Brakujące strony znajdowały się na szczęście we właśnie rozdawanych materiałach zjazdowych. Wspominam o tym drobnym incydencie, żeby podkreślić, że na Sali znalazły się też osoby potrafiące zdecydowanie punktować nawet najmniejsze błędy formalne.

     Na pierwszy ogień poszły odwołania. Chodziło o nie zarejestrowanie zakładów leczniczych mających w tytule różne kategorie, na przykład jednocześnie „gabinet” i „klinika”. O Radę Krajową oparła się też sprawa gabinetu mieszczącego się na zapleczu sklepu zoologicznego. Sklep został oznaczony jako poczekalnia, brak sterylizatora, niewłaściwe grzejniki i przechowywanie dokumentacji. Rada Krajowa w tych wypadkach praktycznie jednogłośnie poparła decyzje Rad Okręgowych. Wniosek – nie jest tolerowany nadmierny indywidualizm w stosunku do przepisów.

     Nowelizacja ustawy o zakładach leczniczych nie wejdzie. Jest za późno, trzeba się pędem rejestrować, do końca mijającego roku.
     Oczywiście rozgorzała dyskusja na te tematy. Ostra dyskusja. Padły między innymi pytania: – czemu nie można nazwać dowolnie własnego zakładu. Odpowiedź prosta: nie podlegamy Ustawie o swobodzie działalności gospodarczej. Jesteśmy zawodem regulowanym opartym o specjalne prawa. Czy to dobrze, czy źle? Co to takiego ten zawód zaufania społecznego? Tak do końca jeszcze nie wiadomo, ale jesteśmy razem z lekarzami medycyny, stomatologii, pielęgniarkami i paru jeszcze „elitami” zaliczeni do tego klubu.
     Pojawiają się wprawdzie głosy o „odszczekaniu” tego stanu, niemniej sprawa zabrnęła bardzo, bardzo głęboko. Mamy Izbę, swoje sądownictwo, własny Kodeks. Z jednej strony to zniewala. Z drugiej – zabezpiecza przed wejściem do zawodu „ludzi z ulicy”. Żeby zmieścić się w widełkach prawnych – trzeba spełnić parę istotnych warunków, niemożliwych dla osób z zewnątrz. Zawód regulowany to nie sklep, lub warsztat ślusarski, gdzie wystarczy „złota rączka”. Prawo gwarantuje, że usługi weterynaryjne będą wykonywali wyłącznie lekarze weterynarii posiadający stosowne uprawnienia i zakłady lecznicze oparte na określonym schemacie.

     Nowy budżet dla Inspekcji. Została wprowadzona poprawka do Ustawy budżetowej. Rada Ministrów ją zatwierdziła. Czy przejdzie? Minister Dorn wniósł o sto milionów dla Policji i są ostre dyskusje. Czy weterynaria jest dość ważna? Zobaczymy, prawdopodobnie w końcu stycznia. Brak autopoprawki o podwyżce płac w Inspekcji.

     Program zebrania przewidywał specjalne punkty poświęcone na konkretne zagadnienia. Były one kolejno realizowane, aż do wyczerpania programu. Jednak dyskusja w ciągu tego maratonu stale zahaczała o te same tematy. Niby punkt wyczerpany, czasem i przegłosowany, a okazywało się, że ktoś ma coś do dodania. Ot na tej samej zasadzie, co egzamin u tego starego profesora, którego konikiem była dżdżownica: Słoń? Słoń, panie profesorze to zwierzę, co ma trąbę, która niesamowicie przypomina dżdżownicę!
     Dyscyplina? Dyscyplina była, ale jak odmówić wypowiedzenia poglądów komuś, kto reprezentuje nie samego siebie, lecz przynajmniej kilkuset lekarzy? Zamknąć takiemu dziób? Elementarny szacunek nie pozwala.
     Patrząc na notatki widzę, jak ta dyskusja krąży i krąży, wracają w nowym aspekcie zagadnienia omówione wcześniej, pojawiają się nowe informacje. Kiedyś sądziłem, że to, o czym piszemy na stronach „Medicusa” stanowi jakieś novum dla Rady. Wygląda, że nie jest tak źle. Owszem są i informacje nowe, źle że czasami anonimowe, niemniej o tych rzeczach też się rozmawia. Z jakim efektem? Rozmaicie. Czasami informacje trzeba sprawdzić, czasami jest to niemożliwe. Sami informatorzy potrafią o to zadbać, żeby były nie do zweryfikowania. Przytrafia się, niestety dość często i nieznajomość prawa.

     Prezydium przedstawiło zgłoszenia z kilku województw o represjonowaniu lekarzy za odmowę monitoringu. Problem w tym, że to są sprawy często trudne do udowodnienia, niekiedy zaistniałe praktycznie w cztery oczy. Prace nad tym zagadnieniem będą jednak kontynuowane.

     Zdaniem Andrzeja Lisowskiego mija właśnie piętnasta rocznica prac legislacyjnych nad badaniem zwierząt rzeźnych i mięsa, a problemy zdają się wyłącznie narastać. Wiadomo jest jedno. Badanie zwierząt rzeźnych i mięsa, zdaniem jednego z sądów wojewódzkich stanowi ewidentnie usługę weterynaryjną. Nasze prawo nie opiera się wprawdzie na precedensach sądowych, niemniej tego typu wyrok stanowi poważną bazę odniesienia do kolejnych spraw.
     Temat – rzeka. Interesuje lekarzy pracujących w inspekcji i prywatnych. Silne powiązania, dyskutują bezpośrednio zainteresowani i tacy, co chcą zaistnieć, a czasem jakieś dobre dusze z genialnymi pomysłami.
     Ciągnięcie obrusa raz w jedną, drugi raz w przeciwną stronę. Umocowania prawne dają władzę Inspekcji. Prawna konieczność rejestracji gabinetów dla lekarzy wyłącznie badających mięso budzi niechęć wielu praktykujących to zajęcie. Zamysłem Izby było jednak zapewnienie pozostania tej działalności w sferze usług weterynaryjnych właśnie poprzez zobligowanie do posiadania gabinetu.

     W ostatnich latach zostało podjętych wiele kroków prawnych godzących w nasz zawód, jeśli chodzi o tą działkę. Kod PKD dotyczący usług weterynaryjnych nie obejmuje dziś badania mięsa. Badanie jest rozliczane na podstawie osobistej umowy o dzieło, nie można rozliczać się poprzez zakład leczniczy. Początkowo myślałem, że Izba obstaje przy koncepcji gabinetu niezbędnego do tej działalności, żeby zapewnić tą działkę lekarzom prywatnie praktykującym.
     Teraz w sumie nic nie wiadomo. Prawo stanowi o rejestracji zakładu leczniczego w wypadku badania mięsa, są jednak głosy sprzeciwiające się takiemu rozwiązaniu. Jest pomysł na wprowadzenie zmian w ustawie tak, żeby zakład leczniczy dla lekarza badającego mięso przystosować do jego rzeczywistych potrzeb. Co z tego wyjdzie? Izba między innymi podjęła pomysł o zaproponowaniu trzech form rozliczeń z Inspekcją, szczegóły na stronie Izby. Co zrobimy? Zależy to od nas. Musimy się dogadać.
     Zebranie tak naprawdę nie rozstrzygnęło w tej sprawie. Temat pozostał. Opinie ścierały się, aż drzazgi leciały. Każdy dyskutant miał własną koncepcję, każdy czuł się namaszczony do zaproponowania rozwiązania. Jak dobrze, że organizatorzy, (ze względów ekonomicznych oczywiście) nie przewidzieli obrusów na stole obrad. Na pewno nie wytrzymałyby szarpaniny w różne strony. Postulaty, wnioski, stanowiska, a temat nadal otwarty. Ci, co są maniakami prawa mają własny punkt widzenia, inaczej podchodzą do tematu lekarze stojący na drugim końcu huśtawki, wcale tak drastycznie nie postrzegając przepisów. Są i opcje pośrednie, z obu stron. Co z tego wyjdzie? Nikt nic nie wie. Czeski film.

     Taka kołdra szarpana we wszystkie rogi łóżka. Szarpią ci spod kołdry, szarpią złośliwi przechodnie, swoją opinię o kołdrze ma i troskliwa babcia. Co z tego wychodzi? Kołdra może spaść, może się zwinąć w rulonik, kłębek, zawisnąć na baldachimie, może być podciągnięta do poduszki, w dół, lewo prawo i mogą być rozmaite inne kombinacje nie wykluczając podarcia jej na połowy czy strzępy. Kto zwycięża? Najsilniejszy merytorycznie? Fizycznie? Ten z policjantem za plecami? Warchoł jakiś? Pewnie w końcu sprzątaczka!

     Przysłuchując się i przyglądając obradom widzę, że na zebraniach panuje całkowita swoboda wypowiedzi. Podoba mi się, że nikt nikogo się nie boi, nikt się nie obraza, każdy jest wysłuchiwany. I co z tego? Jakie są wnioski? Oj, żeby się Państwo nie zdziwili.
     Przypomina mi to prawdy objawione w „Psychologii tłumu” Gustawa Le Bon (nota bene – lek. med.). Gość mówi, że tłum zwykle porusza się w uśrednionym kierunku. Efemerydy w postaci przywódców chwilowo akceptowanych mogą zmieniać ten kierunek na dobre i na złe. Gwiazdy szybko gasną, są ściągane z piedestału. Tłum dalej rusza po wypadkowej jego aspiracji, Wolność, wolność! Oj trudna to rzecz, ta wolność. Jak Media Markt – nie dla idiotów. Ale czy lepiej nam było bez wolności?

     Najwyraźniej przesunęli gdzieś dalej Dworzec Centralny. Jeszcze kilka lat temu bym swobodnie zdążył na pociąg! Rozpiąłem kurtkę, marynarkę, a ciągle jest mi gorąco. Z ust buchają kłaczki pary. Po kupieniu biletu, siłą rzeczy zapoznaję się z treścią rozmaitych plakatów, oglądam wystawy kiosków z czasopismami komputerowymi, „świerszczykami” i dziwne myśli krążą mi po głowie.
     Ot, taki program komputerowy. Tworzenie zaczyna się od ustalenia priorytetów, co on ma dać. Później trzeba wymyślić narzędzia do ich spełnienia. Kolejnym, którymś tam krokiem jest pisanie właściwego programu. Setki i tysiące linii, miliony znaków poleceń. Jak to to już jest napisane próbuje się – czy działa (najlepiej wypróbowywać poszczególne fragmenty).
     Zbija się taką układankę do kupy i jako wersję beta oddaje do testowania. Na programistów sypią się gromy, ze to i tamto nie działa, a w innym miejscu pojawiły się jakieś bzdury. Z czasem pojawiają się poprawki błędy znikają, program zaczyna działać poprawnie. Wtedy produkt idzie do dystrybucji. Użytkownicy stwierdzają, że chcieliby jeszcze tamto czy owamto. Programiści doklejają łatki. Komputer sobie z tym radzi, ale funkcjonuje coraz wolniej. Mija czas. Struktura programu nie jest kompatybilna ze strukturą komputera. Program rośnie o nowe łatki, fajerwerki i procesor zaczyna mieć coraz poważniejsze problemy. Jest przegrzany. Program się zawiesza.
     Konkurencja tworzy nowy, rewelacyjny produkt! Genialny, zrobiony od początku, oparty o całkiem nowe rozwiązania, dostosowany do architektury najnowocześniejszych komputerów!

     Został wytypowany zespół Izby do prac nad Rządowym projektem reformy Inspekcji weterynaryjnej. Jest zespół do spraw Kształcenia Ustawicznego lekarzy weterynarii. Na Ukrainie jest szesnaście wydziałów weterynaryjnych produkują rocznie 120 – 250 lekarzy. Ci są bez pracy. Czekają na otwarcie granic, są gotowi robić wszystko, nawet za grosze. Ewentualnie pomoże im w tym brak przymusu posiadania zakładów leczniczych. Czy jesteśmy aż tak otwarci na pomoc przy wyznaczeniach? Ostro na Ukrainie tłumaczą naszą literaturę, artykuły z czasopism, uczą się. Prawdopodobnie padnie sprawa finansowania ośrodka w Wiśle. Projektowany jest powrót do badań przed wyprowadzeniem zwierząt z gospodarstw. Kodeks Deontologii – projekt będzie przedstawiony na Zjeździe Nadzwyczajnym, prawdopodobnie jesienią 2007r.

     Na weterynarię zostało zrzucone odium w postaci przepisów unijnych. Dyrektywy, przekładane na Ustawy i Rozporządzenia zaległy w biurkach. Inspektorzy próbują je jakoś pospalać, uporządkować, prywatni kopią ściany. Nikt nie ukrywa, że na naszym zawodzie spoczął główny ciężar dostosowania Polskiego rolnictwa do potrzeb UE. Za tym ciężarem nie poszły jednak środki na realizację.

     Pociąg wreszcie ruszył. Błądząc oczyma za przesuwającymi się światełkami wracam do kolejnego z przewijających się cały czas tematów. Słynna Uchwała numer dziesięć Zjazdu, ta o monitoringu. Jedna opcja twierdzi, że ten protest to kpiny, pusty śmiech. Zostało wykonane osiemdziesiąt koma siedem procent planu budżetowego, więcej niż w poprzednich latach! Gdzie ten protest? Jedno z województw wykonało nawet sto siedemnaście procent normy! Przodownicy! Druga opcja twierdzi i nie bez racji, jak się okazuje, że ten plan był na bieżąco modyfikowany. Tu nie robią? Dobrze, przesuniemy do innego powiatu.
     Zmuszanie do wykonywania badań? Inspekcja miała zaplanowany do wykonania określony budżet, z którego musiała się wywiązać. Niektórzy lekarze wojewódzcy przesunęli ten obowiązek na powiatowych, przekazując im pieniądze. Ci – gnębili lekarzy prywatnej praktyki. Różnymi sposobami, najczęściej psychologicznie.
     Są tacy, co pokazują na liczby i mówią i co zrobiliście? Co to za protest? Są i tacy, co mówią: patrzcie na Rozporządzenie! A gdzie podpis? – mówią drudzy – Taki wywijas pod literkami! Część lekarzy mówi, że najpierw jest się lekarzem, później inspektorem, część uważa dokładnie inaczej. Co z tego, ze są odpowiednie przepisy? Przepisy, kiedy trzeba są traktowane wybiórczo, są interpretowane.

     A Targowica? Czy powstanie od nowa stowarzyszenie lekarzy państwowych? Wszak już istnieje Związek Zawodowy o podobnych celach? Właśnie w Białymstoku obradują, vice prezes Zdzisław Jabłoński poinformował Izbę o tym spotkaniu. Stanowisko Izby? Brak, zobaczymy, co się z tego wykluje. Przypuszczam, że Izba nie pozwoli sobie na numery z zawieszaniem członkowstwa, niepłaceniem składek.
     Lekarze z Inspekcji zarzucają niewłaściwą, krzywdzącą ich strukturę członkowstwa w Radzie. Powołują się, że jest ich ponad ¼ lekarzy przynależnych do Izby. Ale policzyli też lekarzy wyznaczonych. W inspekcji zatrudnionych jest bodajże około 1500 lekarzy. Stanowi to trochę ponad dziesięć procent płacących składki. W radzie Krajowej, podczas ostatnich obrad było jedenastu lekarzy państwowych i dwunastu prywatnych. Gro czasu obrad poświęca się Inspekcji. Tam jest najwięcej przepisów do realizacji.

     Kongregacja Nauki i Wiary. Nadchodzą rewolucyjne zmiany w nauczaniu przedmiotu. Koniec z Interną, Chirurgią, Diagnostyką. Będą choroby psów o kotów, świń, bydła. Studia pięć lat, jeden z ostatnich semestrów to staż – powiedzmy lecznicowy.
     Kodeks Etyki i Deontologii – to pryszcz. Mówi się o Kodeksie Dobrej Praktyki Weterynaryjnej. Coś jak HACCP w rzeźniach. Wytypowanie i nadzór punktów krytycznych, trzeba będzie chodzić na szkolenia, zdawać egzaminy, zapisywać to w specjalnych protokołach, robić pomiary. Nas prawdopodobnie nie będą już uczyć mycia rąk, a samej weterynarii. Byłoby tego coś ze dwieście godzin na pięć lat. Wychodzi to coś około jednego weekendu w Instytucie. Chwilowo nic nie mówi się o kosztach, rozumiem – znowu wzrośnie „koszt użycia zakładu leczniczego”. Przekazuję to „po łebkach”, są to pierwsze, niemniej już latające jaskółki.
     Dziś, gdy usiłuję przekazać rolnikowi coś o BVD – MD, albo PRRS ten najczęściej wodzi wzrokiem za jaskółkami. Ale w momencie, kiedy w rozmaitych poradnikach do karmienia świń, czy kur (metodą gospodarczą, w zarejestrowanej mieszalni pasz) piszą o immunostymulacji, selekcji klonalnej – wypada coś o tym wiedzieć. Nie umiem wyrokować, czy zawęzi to krąg dopuszczonych do zawodu, ograniczy handel lekami. Obawiam się, że nie. Tu musi też popracować Izba. Wszak nowoczesne firmy farmaceutyczne chcą uwolnić spod naszej kurateli jak najwięcej leków przeznaczyć do wolnej sprzedaży.

     Dualizm światopoglądowy? Skoro w dyskusji o weterynarii padł ten filozoficzno – teologiczny termin – ja użyłbym innego – politeizm! A swoją drogą, do nadawania kierunków działania są lepsze mniejsze zespoły. Narada w dużym gronie niewiele daje. Łatwiej i szybciej dojść do porozumienia, gdy są już przygotowane propozycje, przed spotkaniem przekazuje się je zainteresowanym. Walne zebranie podejmuje tylko ostateczne decyzje. Mniej dyskutantów, stanowisk różniących się niekiedy drobniutkimi szczegółami. Ale tak się chyba nie da. Każdy ma własne pomysły, chce je osobiście przekazać innym, zobaczyć jak go podziwiają, szanują…

     Oczywiście, nie napisałem o wszystkim. Będą komunikaty, oświadczenia, stanowiska, artykuły. Razem powinno to dać jakiś pogląd o pracach nad jutrem weterynarii.

     Opłatek. Oficjalne zapewnienie, że będzie podpisane Rozporządzenie o wynagrodzeniach. Stawia to w innym świetle nasze dotychczasowe dyskusje. Ucina najrozmaitsze spekulacje. Protest odwołany. Ruszamy do pracy choćby dziś. W tym roku za stare stawki, od stycznia po nowemu.

     Kryształowa sieć stanowi precyzyjną strukturę. Za najpiękniejszą uchodzi diament. Dzięki postępom krystalografii możliwa jest identyfikacja poszczególnych elementów, wszelkich odchyleń. Przy pomocy tej nauki można zidentyfikować wirusa, rozpoznać gatunek mięsa. Bo wiadomo, czy jakiś element nie zmienił swojego położenia. Za taką precyzyjną strukturę kiedyś, kiedyś uważałem prawo. Dziś, o lata starszy – widzę prawo już nie jako diament, lecz w postaci placka plasteliny, który każdy ugniata na własną modłę. Im silniej jest gnieciony tym cieplejszy, elastyczniejszy, łatwiejszy do obróbki. Koniec końców zaczyna przypominać śmierdzącą, dziurawą skarpetę. Tym optymistycznym akcentem kończąc zapraszam do dyskusji.

*) mówiąc językiem z powieści Włodzimierza Kłaczyńskiego – lekarza weterynarii, który właśnie wydał pięcioksiąg „Miejsce”.

- Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.