Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Coś z Gogola" Włodka Szczerbiakak

2005/12/30 00:44:39


Szumią jodły na gór szczycie,
Szumią sobie w dal !
I młodemu smutne życie,
Gdy ma w sercu żal...

Ot, myśli niczym u Jontka opanowały mnie ostatnimi czasy. Wpływ miał zarówno przebieg ostatniego zebrania „Krajówki”, jak i internetowa dyskusja wokół poruszonych tematów. Dziś na dworze szaleje śmieszna zadymka, samochody kryje biały kożuch. Kierowcy zwalniają do marnych dwudziestu na godzinę. Poznikali, jak ręką odjął szaleńcy, co wyduszają ze śmigłych maszyn pełną moc bez poszanowania dla znaków na ziemi i niebie. Mołojcy jadą wóz za wozem z przerażeniem patrząc na nielicznych wyprzedzających ich kierowców. Biała kurzawka doprowadziła do samoistnego podziału na tych, co rzeczywiście umieją jeździć i tych, co się jedynie popisują mocą maszyn.

Długo zastanawiałem się, czy napisać, co tak naprawdę myślę o tym zebraniu w Warszawie i dopiero pod wpływem wywiadu przeprowadzonego dla „Przeglądu” przez Przemysława Szubartowicza ze Stanisławem Lemem doszedłem do wniosku, że iluzoryczna to satysfakcja patrzyć jak błądzą inni. Z drugiej strony – co z tego, że widzę coś inaczej, gdy cała reszta może mieć mnie za wariata?

Nie byli Państwo w Warszawie podczas pamiętnego zebrania, nie znacie szczegółów, powodów mojego minorowego nastroju w przedświątecznym czasie. Prosiliście o ustalenia, o podanie kierunków działań. Niestety, nie umiałem i nadal nie umiem, mimo opublikowania stanowisk Rady, podać żadnych podstaw, żadnych naprawdę wiążących decyzji istotnych dla naszego zawodu tam podjętych. Czemu? Bo takie zwyczajnie nie zapadły! Do momentu, kiedy Rada, idąc za Uchwałą Zjazdu miała za nadrzędny cel zdobycie większych pieniędzy za monitoring TBC – szło do przodu. Jednak, gdy został rozszerzony front działań o wprowadzenie zmian w Ustawie o zawodzie, o rejestracji, o formie umów, zadaniach i budżecie Inspekcji – rzecz utknęła wśród sporów. To Polska właśnie! Kiedy jest jeden, dwa wyraźne cele i grupka osób zdecydowanych je osiągnąć – zwyciężamy. Gdy opadną bitewne nastroje, kiedy przychodzi do zwykłej pracy – każdy ma coś do powiedzenia, każdy jest ważny i każdy sądzi coś innego. Zanika solidarność, zaczyna się darcie pierza, bicie piany.

Drwal ścinając jodłę na górskiej grani używa topora. Sprzęt ten ma to do siebie, że potrzebuje zarówno ostrza, jak i obucha. Ostrze rozcina tkanki, a pomaga mu w tym inercja obucha. Gdyby uderzać w pień samym obuchem – można sobie robić to do samej śmierci. Samo ostrze też niezbyt się nada. Bywa, że ostrze się stępi, topór głębiej w pień nie wchodzi. Stosuje się wtedy kliny. W klin wystarczy uderzać obuchem. Tak samo jest ze wszelkimi zmianami. Najpierw idzie kilku, a za nimi reszta. Gdy zabraknie któregoś elementu – nic się nie zdziała. Czy nasza korporacja nie znalazła się w sytuacji, kiedy stępiło się ostrze, kiedy trzeba użyć klinów i przywalić w nie obuchem?

Czyżbyśmy i my przypadkiem nie próbowali walić wyłącznie obuchem? Bez klinów, bez ostrza? Czy utarczki na słowne argumenty nie stępiły naszych działań?

Podobno mądry Niemiec powiedział, że mówienie o nich, że są narodem jest błędem, bo tak naprawdę Niemcy to system, perfekcyjny. Mówienie natomiast o Polsce, o naszej korporacji, jako o systemie jest raczej nie na miejscu. Idąc do boju, prowadzeni przez mądrego wodza – zwyciężamy. Odkładając szabelki – giniemy zjedzeni przez mrówki, choćby i te co, przemycają leki. Robota zamiera, brakuje uderzenia obuchem. Niby jest taka zasada, że teraz można mówić źle o politykach, o tych u władzy, a nigdy o społeczeństwie. Niewątpliwie podkładam się mówiąc źle o obojgu. Dokopię i sobie, też nie jestem bez winy. Ot, niby chcę szerokiej dyskusji na Forum, a ucinam anonimowych dyskutantów twierdząc, że chcę patrzyć komuś w twarz.

Czy przypadkiem znowu nie będzie potrzebna krucjata kilku zawodników z niewyparzonymi gębami? A jak znowu nikt więcej się nie ruszy? Autor „Solaris’a” powiedział prawie weterynaryjnym żargonem: „naród jak koń, któremu ktoś przystawił kaktus pod ogon, zacznie wierzgać”. Może się tak stać. A wtedy nasz naród jest rzeczywiście dobry, jak dobrze wierzgnie to zwycięża, nie zawsze mądrze, ale zwycięża.

Czyżbym uprawiał apoteozę dyktatury? Mam nadzieję, że jedynie ostrzegam przed takim rozwiązaniem. Nie nasza to „racja stanu” stać na baczność i trzymać dwa palce u daszka. Stać nas na spokojne uporanie się z tematem. Było – nie było, jesteśmy grupą ludzi posiadającą iloraz umożliwiający zrozumienie, co za choroby dręczą zwierzęta, istoty było lub nie – przemawiające ludzkim głosem tylko raz w roku, jak podobno to robi teściowa mojego szwagra. Czy potrzebne są swary? Czy to aby konstruktywna metoda?

Będę dalej relacjonował zamysły Rady (chyba, że mnie wywalą ze swoich spotkań, ale to pachnie cenzurą, która podobno u nas już nie występuje). Mam nadzieję, że naświetlając ideę tych działań wpłynę na ich lepsze zrozumienie wśród nas.

Po tak zachęcającym podsumowaniu naszych umiejętności rządzenia weterynarią przejdę do milszych sercu tematów. Co wynika z dyskusji na Forum i w Radzie? Wbiliśmy topór w pień i teraz każdy chce inaczej! Zacznę od rejestracji zakładów leczniczych. Trzeba pomyśleć, jaki jest cel tego rozwiązania prawnego. Moim zdaniem zamysłem wiodącym jest spowodowanie, że usługi weterynaryjne będą świadczyć wyłącznie ci, którzy z tego żyją, którzy oddają temu zawodowi całą swoją pracę. Nie chodziło o jakiekolwiek utrudnianie pracy lekarzy, wszelkie utrudnienia stanowią wyłącznie „mniejsze zło”, artefakt. Jak wyjaśnić konieczność posiadania gabinetu przez lekarza wyłącznie badającego mięso? Ot, rozmawiałem w komentarzach do któregoś artykułu przez kilka dni z przemiłą panią „księgową”. Pisaliśmy o przepisach, o tym jak są omijane, jak będziemy je dalej omijać. Pozwolę sobie tu zacytować fragment ostatniej wypowiedzi tej Pani.

„Lekarz wet. emeryt, rencista musiałby zawrzeć umowę o pracę z innym podmiotem na np 1/20 etatu i z wynagrodzeniem np. 50 zł. Wówczas u nas podlega ubezpieczeniu społecznemu dobrowolnie - czyli nie podlega, bo nie mamy na to kasy. Ale jest możliwość. My dostarczamy lekarzom wet. Bovi i przyrządy do pobierania krwi. Natomiast nie może być wykonywać obserwacji psa w siedzibie lecznicy - gdyż takowej nie prowadzi. Może badać też mięso. U nas jest to tak praktykowane. Ale podkreślam dotyczy to tylko emeryta, rencisty i musi posiadać z innym pracodawcą umowę o pracę ( nie musi to być najniższe wynagrodzenie - tak jak w przypadku innych zleceniobiorców nie będących emerytami rencistami). Jak się Państwo domyślacie są to na ogół fikcyjne umowy o pracę z wynagrodzeniem 50 zł.”

Czy taka sytuacja dotyczy aby wyłącznie emerytów i rencistów? Czy za rok, lub dwa nie zaistnieje możliwość, że na miejsce emeryta przybędzie zagraniczny drab jakiś i korupcjogennym szeptem zaproponuje Powiatowemu – „ja ci dać pół, a ty mi dać wyznaczenie”? Wiem, wiem, podobno żaden powiatowy nie zgodzi się na takie rozwiązanie! A oto i inna sytuacja – przyjaciel zatrudni sobie w zakładzie leczniczym kilku powiedzmy zagramanicznych kumpli, na podobnych zasadach, jak w cytacie. I co? Tu nie pomoże nawet brak zakładu leczniczego! Przynajmniej ja tak rozumiem sens istnienia ustawy o zakładach. Jest w niej mnóstwo błędów i nasza to wina, ale proszę, niech nikt mi nie mówi, że mamy z niej zrezygnować w całości, albo w tej jej części, gdzie jest mowa o powiązaniu posiadania zakładu leczniczego z otrzymaniem wyznaczenia!

Nie handryczmy się aż wióry lecą o nazwy zakładów, ich wyposażenie. To z czasem da się naprawić! Nie o to tu chodzi! Ot pójdzie sobie przysłowiowa baba do „Kliniki” i będzie opowiadała, że w „Kilnice” to weterynarz jej powiedział coś tam. I co z tego, że „Klinika”? Konowałami i to śmiesznymi będziemy zawsze, kiedy forma przeważy nad treścią. Ja też się wkurzam na konieczność posiadania aparatury umożliwiającej podawanie tlenu w przychodni lekarza specjalisty zajmującego się wyłącznie rozrodem bydła. Ale czy ta firma koniecznie musi się nazywać „Przychodnia”, albo „Klinika”? Dla osoby idącej po raz pierwszy do lekarza weterynarii nazwa zakładu może i ma jakieś znaczenie, ale my nie żyjemy z tych, co przyszli pierwszy raz, a ze stałych klientów. Ci – doskonale wiedzą, że nie takie ważne to, co napisane nad drzwiami, ale – kogo spotkają w środku!

Mamy niby zakaz reklamy. Na szczęście w naszym zawodzie ogromnym powodzeniem cieszy się jej znakomita forma – „szeptana”, jedna z najcenniejszych! Tu nie pomoże najszykowniejsza nawet nazwa zakładu. Tu liczy się wyłącznie dobry personel, sprzęt. W swoim zadufaniu śmiem sądzić, że wyraziłem się jasno.

Co możemy zrobić z tak miło rozpoczętym tematem wyznaczeń? Chyba już nic. Za późno! Nadszedł nowy rok budżetowy. Zostaje mieć nadzieję, że pomoc zejdzie z gwiazd. Pomoc w rodzaju odważnego Rozporządzenia, które uratuje weterynarię, a jego autorowi zapewni „pięć minut” na naszych stronach korporacyjnych, a może i w sercu niektórych z nas… Inna rzecz – jakie ma być to Rozporządzenie, aby usatysfakcjonowało wszystkich – tego nie wiedzą nawet najstarsi górale. Czy autor nie zostanie przez którąś grupę interesów przybity za narządy prokreacyjne do drzwi stodoły?

Zacząłem od opery, a będzie i o teatrze. Byłem sobie w takim amatorskim teatrzyku, na sztuce znakomicie zrealizowanej też przez amatorów zrzeszonych w „Teatrze Ludzi Upartych”. Wystawiane były „Oświadczyny” Gogola. Rzecz jest w tym, że do ojca panny „młodej” przychodzi kawaler i zaczyna zaloty. Najpierw wyjaśnili sobie – kto jest kim, a za chwilę pokłócili się o spłachetek pola. Co temat, to powód do swarów. Po wręcz cudem uspokojonej dyskusji nasi bohaterowie próbują poruszać tak zwane tematy bezpieczne. Zaczyna się niby od pogody, a schodzi na polowanie. Powstaje kwestia, czy lepszy jest „Zabij”, czy „Zagraj”. Ale skoro nadrzędnym celem wizyty są zaręczyny i ten problem daje się chwilowo zagłaskać. Zwycięstwo! Ślub będzie. Ojciec panny „młodej” w ostatnich słowach życzy sobie i młodym, żeby po tak szczęśliwie zawartych zaręczynach – dalej żyli w rodzinnym szczęściu, jak i teraz to umieli. Ot, pomyślne rokowanie!

Czy, do jasnej cholery wszystko musi mi przypominać weterynarię? Koniec, jadę w góry!

- Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.