Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Znowu miałem wizję!

2006/02/06 01:03:01


Znowu miałem wizję!

Jakaś dobra dusza podrzuciła mi fragment Dziennika Urzędowego Unii Europejskiej, tego z przepisami na temat umiejętności lekarzy urzędowych. Moim zdaniem ta książka powinna być trzymana w zamknięciu, razem z lekami psychotropowymi.

- Fuga między płytkami podłogowymi jest przynajmniej szara. – kołatało mi się w głowie niczym perpetuum mobile. – Szkoda, że nie kazałem jej pomalować na szaro, kiedy zmieniali te płytki. Na krawędzi pola widzenia widziałem jeszcze dolne części nogi od stolika operacyjnego. Nie pierwszej już czystości, poznaczone żrącymi chemikaliami. Ta nóżka aż prosiła się o porządne oszlifowanie. A pozostałe? E, ech! Jeszcze nogi od biurka z brązowo okleinowanej płyty paździerzowej. Najwyraźniej zaczynały się rozszczepiać wzdłuż przekroju. Bliżej podłogi pęknięcie większe, z głęboko powpychanym brudem, a wyżej przechodzące we właściwie całkiem porządną ściankę. Jakże wyraźny ślad ściery od podłogi. Zwykle czarnawy od naniesionego do gabinetu błota, choć czasami noszący i ślady popalonej środkami odkażającymi krwi i innych fluidów pochodzących z ciał zwierząt.
Samokrytycznie ogarniałem coraz szerszy horyzont. Koło pojemnika na odpadki medyczne poniewierają się otwarte puszki od Kitekat’a. Stopniowo podnosiłem wzrok na wykafelkowane ściany. Tu fugi miały już prawidłowo dobrany kolor. Na ciemnoniebieskim tle nawet skrzepy ginęły niczym komandosi ubrani w stroje maskujące. Oczywiście, sprzątaczka po łebkach powycierała te kafelki, tylko tam, gdzie najbardziej wpadały w oko. W cieniu szafki z lekami, za stolikiem z narzędziami na płytkach dosyć wyraźnie była zaznaczona granica, jaką pani Gosia wyznaczyła sobie do obrobku za moje pieniądze. Tak w sumie trudno kobietę winić, komu za takie ochłapy by się chciało włazić pod stoły i codziennie zdrapywać brud. Inna sprawa przed świętami. Wtedy aż śmierdzi od chloru i innych żrących paskudztw. Jak dziś… Czy wtedy jest czyściej, zdrowiej? Może nieco inaczej pachnie. Tym psom, kotom, świnkom i świniakom, które zaznały potrzeby zetknięcia się z moim stolikiem jest to bez znaczenia. No, może bardziej się boją czystych kafelków, bo wtedy tak mocno capi „Domestosem”, że oskrzela i oskrzeliki popadają w stan absolutnego wzbudzenia. Ich epokami rozwijane funkcje odpornościowe, ich oporność stają przed poważną próbą. Klinicznie objawiało się to zwykle kichaniem, a nawet kaszlem. Niemniej klienci czemuś tam uznawali taki stan prawie zawsze za objaw szczególnej dbałości o higienę i dobrostan leczonych zwierząt. Nic, że z oczu ciurkiem lecą łzy. Liczy się czystość, walka z drobnoustrojami. Najlepiej, jeśli na chwilę przed otworzeniem gabinetu włączę lampę bakteriobójczą. Ultrafioletowe promieniowanie doprowadza do jonizacji powietrza, pojawia się charakterystyczny zapach ozonu. To dopiero szczyt higieny!
Dziś zdecydowanie nie miałem bodźca do pracy. Gabinet, poczekalnia ze sklepem zdecydowanie nie trzymały standardów pomieszczenia trwale osadzonego na gruncie. Ta płynność ich ruchu skłaniała raczej do myśli o spokojnej, długiej fali oceanicznej. W lewo, w prawo, w przód, w lewo. Jaka to różnorodność i nieprzewidywalność istnieje w tej przyrodzie. Jak trudno obliczyć kolejny ruch ściany, żeby człowieka nie tryknęła w łeb! A jeszcze te drzwi! Ich ruch absolutnie nieskorelowany z amplitudą chwiejby ścian. I ta podłoga, ciągle wybiegająca człowiekowi na spotkanie.
I ten łomot, dudnienie w głowie niczym w zbiorniku na gaz. Ów charakterystyczny, a przeraźliwie nieprzyjemny łoskot. Że to człowiek musi się tak męczyć! Ostrożnie przyjąłem pozycję absolutnie dziś niezgodną z moimi przekonaniami i pilnując, żeby podłoga nie odczepiła się od butów poczłapałem do stolika. Dobrze, że leżały tu mało używane strzykawki. Znalazłem czystą igłę i naciągnąłem Biowetalginy. Oj! Dobre lekarstwo rzadko jest smaczne, a ten roztwór pyralginy o formule starej jak świat zawsze miał zawsze szczególny wpływ na moją mimikę. Te dwa mililitry pod język i prawie szybki trucht do umywalki, żeby rozcieńczyć to szkaradztwo wodą. W chemicznie wysterylizowanym żołądku, jak mój dziś - farmaceutyk z niewielką domieszką „aqua kranova” natychmiast został zaabsorbowany do krwi. Patrząc w lustro widziałem, jak facetowi zza szybki oczęta stopniowo się otwierają na świat. Powoli znikają czerwone żyłki z białkówki. Najważniejsze jednak, że i lustro się uspokoiło, przestało grozić spadnięciem z haków.
W buźku, jak w trampku, chuch też pewnie nieszczególny, ale absolutnie sterylny. Tak na 70%. Much tu na dole ani na lekarstwo, bo jakby nie zginęły do mojego oddechu – niewątpliwie wykończyłaby je przesadna sterylność pomieszczenia. Czułem się absolutnie sterylny, poruszałem się po nadsterylnym pomieszczeniu. Tylko ten łeb, co chwilami zdawał się wzlatywać ponad sufit, żeby moment później zawadzać o którąś z nadbiegających ścian…
- Cześć Grażyna! Już przyjechałaś? Tak wcześnie?
- Normalnie, jak zawsze. – Grażyna pachniała świeżością poranka i rześka niczym ptaszek kręciła się za ladą recepcji. Chwilami to sam się zastanawiam, czy zdrowsza jest taka absolutna sterylność, jak w moim wykonaniu, czy lepiej, jak Grażyna nie przykładać przesadnej uwagi do aseptyki. Co jest zdrowsze? Ale prawda, nauka mówi o drobnoustrojach, które my zwalczamy na wszelkie dopuszczalne sposoby. Ja się tym zawodowo zajmuję. Dla zawodu wszystko! Z tego ostatecznie jem chleb!
- Co na dworze?
- A słoneczko świeci, ptaszki śpiewają. Warto wyjść, pooddychać świeżym powietrzem!
- Nie! Żadnego świergolenia! A najgorsze to świeże powietrze na zdezynfekowaną chemicznie tchawicę i przełyk. Mało, że etanol, to i roztwór kwasu żołądkowego. Jeżeli tak odkażone narządy wystawię na działanie warunków atmosferycznych – może dojść do wielu nieprzewidzianych rzeczy. Poczekam, aż moje tkanki zaadoptują się do brutalnej rzeczywistości poranka. Zawsze wskazana jest śluza sanitarna, podstawowa zasada epizoocjologiczna. Cała grucha pełna, cała grucha pusta. Niedobrze, że kibelek zrobiłem na pięterku. Tam są schody i liczne niebezpieczeństwa przewidziane przez Kodeks Dobrej Praktyki Weterynaryjnej związane z pokonywaniem tej dość trudnej przeszkody terenowej. Ale dla muszącego i HACCP nie jest wystarczającą przeszkodą. Ważne, że w końcu cała grucha jest pusta. Z czasem będzie ją można zasiedlać.
Zajazgotała drukarka kasy fiskalnej, stuknęła szuflada. Najwyraźniej Grażyna zrobiła pierwszy dziś obrót. Sam już nie wiem, czemu dziś mnie mdli na widok Whiskasa i Pedigree. Psie ciasteczka kojarzą mi się raczej dobrze. Głodu przynajmniej nie czuję, ale woda z tego kranu w gabinecie leci tak wolno, że nie nadąża za szybkością z jaką ją połykam.
- Iść po zsiadłe mleko? – neutralnym głosem pyta Grażyna.
- Nie, zaraz będzie dobrze.
- Znowu żłopałeś to lekarstwo dla koni?
- Dobre lekarstwo.
- Ohydne! Tego się nie da pić!
- To nie pij! Twoja głowa, twój problem! A, a moja to mój…
- No!
- Ty Grażyna się mi nie odszczekuj! Młoda jesteś, życia nie znasz!
- Akurat! Idź lepiej na górę, kimnij na kozetce. Jak będziesz potrzebny, przyjdę po ciebie.
- Może i masz rację. Tak będzie chyba dobrze.

W pokoju zabiegowym za biurkiem rozsiadł się jakiś starszy facet. Kapelusz, elegancki płaszcz, aktówka wypchana do niemożliwości.
- Pan jest właścicielem tego obiektu? – stonowanym, spokojnym głosem zwrócił się do mnie.
- Tak.
- Proszę, oto moje upoważnienie, legitymacja, odznaka służbowa. Będzie pan uprzejmy potwierdzić zaznajomienie się z ich treścią.
Ręce mi drżą tym razem chyba z ekspresji, w jaką popadł mój ośrodkowy układ nerwowy. Układ wegetatywny także się wykazuje. Czuję jak się czerwienię i zaczynam pocić. Trzymam w ręku dokumenty, ale jakoś nic nie rozumiem z tego, co tam napisali. Książeczka, blaszka i stempelki mnóstwo rozmaitych czerwonych stempelków. I okrągłe i kwadratowe. Niektóre to nawet tylko z samą obwódką, a w środku jakieś podpisy. Bardzo urzędowe dokumenty. Potrzymałem, potrzymałem tak nie za długo i nie za krótko, żeby nie sugerować, że czytam a i nie denerwować, że nie patrzę na urzędową wagę misji, z jaką przybył inspektor.
- Tak, dziękuję. Czym mogę panu inspektorowi służyć?
- Proszę się wylegitymować.
Zawsze noszę portfel w tej samej kieszeni. Na szczęście i teraz tam jest. Wyjmuję najpierw długopisy, później bloczek z wizytówkami i rozcapierzam portfel.
- Proszę.
Inspektor spokojnie ogląda książeczkę. Popatrzył na ośle rogi, popękaną okładkę nie pierwszej już świeżości. Otworzył, sprawdził, czy są wszystkie kartki. Dopiero wówczas sięgnął po swoją teczkę.
- Pozwoli pan, że zeskakuję sobie pierwsze strony tego dokumentu – obrócił mój dowód dwoma palcami, jakby najwyżej zużyty bilet miesięczny.
- Proszę, proszę postępować dalej zgodnie z procedurą.
Facet zamarł. Spojrzał na mnie z dołu, ale tak, jakbym miał opluty pulower. Było to niemożliwe, bo Agnieszka by nie pozwoliła zejść ze schodów w takim wdzianku. Zresztą Grażyna też nic mi nie mówiła. Więc śmiało popatrzyłem mu w oczy. Po kręgosłupie ciekł mi mokry strumyczek.
- Gdzie mogę rozłożyć sprzęt?
- Może w pokoju biurowym, na górze?
- Będzie pan uprzejmy zaprowadzić.
Laptop, skaner, drukarka. Widać sporo używane, bo zamiast polegać na ich akumulatorach podłączył zasilanie zewnętrzne z teczki.
- Może skorzysta pan inspektor z zasilania sieciowego?
- Dziękuję, jestem samowystarczalny.
- Kawa, herbata?
- Najwyżej gorąca woda – odpowiedział wyjmując torebkę z własną herbatą i cukrem.
Zanim pozbierałem się z zagotowaniem wody miałem zeskanowany dowód. - Poproszę dokumentację zakładu.
- Służę uprzejmie. Proszę kolejno podawać, jakie interesują pana dokumenty.
I zaczęło się.
- Jak wygląda z tą instalacją różnicowo prądową? W dokumentacji jest informacja, że została zaadoptowana do istniejącej sieci. Mogę ją sprawdzić?
- Proszę.
Wyciągnął aparacik i stwierdził po chwili, że oporność jest prawidłowa, a czas zwłoki w granicach przewidzianych instrukcją. Następnie wsadził gwóźdź do kontaktu i zgasło światło. Tak być powinno, ale ciekawy byłem, czy test potwierdził teoretyczne parametry. Na pierwszy rzut oka gościem nie zatrzęsło, nawet włosy mu się nie uniosły.
- Czas zwłoki przetestowany, proszę włączyć bezpieczniki.
- Prawidłowy?
- To pan nie sprawdza? – załatwił mnie moim własnym pytaniem.
- Y… tak, sprawdzam.
- Więc proszę mnie tu nie kontrolować! Mój sprzęt odpowiada warunkom technicznym, posiada aktualny atest. Pokazać go panu? – dodał z niejaką zjadliwością.
- Skoro nie ma pan uwag, znaczy, że wynik pańskiego testu jest zgodny z tymi, które ja przeprowadzam tu rutynowo.
- Ma pan dokumentację?
- Nie obowiązuje – strzeliłem na oślep.
- Zgadza się, ale zawsze lepiej pilnować dokumentów.
- Szaf szkoda…
Popatrzył spode łba takim dziwnym wzrokiem, jakby mi coś chciał powiedzieć, ale odpuścił sobie.
- Teraz zmierzymy światłość i świetlistość.
- Lumeny i Kandele?
- To nie zna pan parametrów obowiązujących w pomieszczeniach służbowych?
- Nie sądziłem, że będzie pan to kontrolował.
- Kontrola jest wyrywkowa, ale obejmuje szeroki zakres tematyczny.
- Pan ma aż tak szerokie uprawnienia?
- Oczywiście, jestem przecież inspektorem weterynaryjnym. W mojej gestii leżą wszelkie kwestie związane z bezpieczeństwem żywnościowym kraju.
- To niesamowicie obszerny materiał. Niemożliwe, żeby jeden człowiek mógł go opanować w stopniu uprawniającym aż do kontrolowania innych. To komuś takiemu, jak ja by się nie pomieściło w głowie.
Spojrzał ni to z przyganą, ni to wyniośle.
- Schody w pana pomieszczeniu nie spełniają normatywu. Proszę teraz przedstawić mi pracowników do badania klinicznego.
- Co? Co? O, tu są wyniki badań okresowych, czy nie wystarczą?
- Nie jestem przesadnie dociekliwy. O tu, ten pracownik powinien iść na jonoforezę, wiedział pan o tym?
- Tak. Chodził na zabiegi, nawet dwie serie.
- Najwyraźniej powinien je kontynuować. Proszę teraz pokazać mi dokumentację związaną z przemieszczaniem środków żywienia zwierząt w pańskiej firmie.
Zeszycik był cieniutki, ale był. Inspektor obejrzał go niczym mój dowód osobisty i przekartkował.
- Niezbyt to rozbudowana dokumentacja. Wie pan doskonale, że sama instrukcja sporządzenia takiego sprawozdania liczy sobie trzy tomy?
- Wiem, ale ta działalność nie stanowi podstawy mojej pracy, jest tylko ubocznym zajęciem, niezbyt zresztą rozbudowanym.
- Nie jestem, jak pan widzi nadmiernie dociekliwy, w protokole wpiszę, że ma pan ten projekt, bo on rzeczywiście jest, proszę go jednak uzupełnić przy najbliższej okazji.
- Do-dobrze. Dziękuję, panu inspektorowi za subtelne podejście do zagadnienia.
- No wie pan, ktoś w końcu musi tu pracować. Jakbyśmy tak wszystkich ucinali, nie starczyłoby nam ludzi.
- Rozumiem – odpowiedziałem na wszelki wypadek.
- Jak się u pana przedstawia zagadnienie o nazwie - technologia informacyjna i komunikacyjna w powiązaniu z działaniami weterynaryjnymi na rzecz zdrowia publicznego? Rozdział IV a punkt 1/o 854/2004
- Mam do tego zagadnienia zewsząd pozytywny stosunek, panie inspektorze.
- A może mi pan powiedzieć, jakiego kodowania używa pan do przesyłania informacji?
- Y,y,y posługuję się kodowaniem fabrycznie zaimplementowanym w systemie – przypomniał mi się taki pierwszoklaśny żargonowy tekścik.
- Znakomicie, bo widzi pan, niektórzy lekarze przypadkowo, bądź celowo zmieniają kodowanie, co prowadzi do rozmaitych nieporozumień i przekłamań w przekazie.
- Pan Inspektor potrafi naprawić takie błędy?
- Oczywiście, mimo, że jestem od kontrolowania, potrafię sobie poradzić i z takimi problemami. Powinniśmy się posługiwać kodowaniem Windows 850. Proszę mi teraz powiedzieć, czy może miał pan jakieś kłopoty ze stosowaniem tabel przestawnych w arkuszu kalkulacyjnym?
- Y… Nie…
- To dobrze. Na szczęście lekarze weterynarii rzadko posługują się tabelami przestawnymi, niemniej stanowią one ciekawą łamigłówkę programistyczną.
- Taaa.
- Może teraz porozmawiamy sobie, tak jak lekarz z lekarzem o dynamice rozszerzania się infekcji w populacji zwierząt. Rozdział IV a punkt 1/j 854/2004
- Czy chce pan mówić o tym a aspekcie teorii chaosu?
- Teoria chaosu. Zyk. Teoria chaosu. Zyk.
Inspektor zaczął się dziwnie kiwać na fotelu. Kręcił głową we wszystkie strony i co chwilę słyszałem brzęczenie. Zaciął się czy co?
- Panie inspektorze, co się stało?
- Nic się nie stało. Bad sektor. Bad sektor.
- Bad - co? A, BSE!
- Ma pan dziury w mózgu? Zwyrodnienie gąbczaste?
- Nie dziura. Bad sektor. Bad sektor. Pamięć dyskowa. Kompromitacja. Przegrzanie procesora.
- Może pana zresetować? Mam tu stary elektrosedator, powinien jeszcze działać. Słyszałem, że cyborgi lubią te zabiegi!
- Elektrosedator? Pan ma elektrosedator? Poproszę o dwa elektrowstrząsy. Koniec kontroli. Koniec kontroli. Elektrody były skorodowane. Podłączyłem je przez pastę elektrodową. Nastawiłem podstawowy przebieg, a później wzmocniłem. W gościa wstąpił nowy duch.
- Dziękuję, już lepiej. Może ma pan dostęp do dysków typu Caviar? Taki mi właśnie zaczął lecieć…
- To w Inspekcji nie macie serwisu?
- Nie, to zabronione. ISO 3000! Sprzęt zakładają nam jednorazowo po przyjęciu do pracy. W ramach stażu jedziemy do kliniki w Polanicy, gdzie wszczepiają procesor, podłączają do płyty i instalują dane. Dopuszczalne jest wyłącznie wgrywanie nowego upgrade’u. Wszelka manipulacja jest zakazana.
- Tylko jeden procesor?
- Tak, wiem, wiem, od roku są instalowane wersje dwuprocesorowe, ale jak pan widzi ja jadę na starym hardware, czasem się tylko podłapię nowszy soft.
- Pan da ten dysk, zaraz sprawdzę do chkdiskiem, spróbuję odzyskać badsektory. Później przegram panu dane na dysk z mojego starego komputera, Powinien chodzić jak nowy. Jest mało używany.

W rogach sufitu cherlawe pajęczyny. Pęknięcia na szwach płyt gipsowo – kartonowych. Wokół szczelin gips jest wyraźnie ciemniejszy. To dopiero pierwsze malowanie – tłumaczę sobie. Po drugim będzie lepiej, pęknięcia się zaszpachluje i sufit uzyska jednolitą powierzchnię…
- Wstawaj, wstawaj! Przyjechał!
- Kto?
- Ten inspektor, co mówiłeś, że przyjdzie!
- Jaki inspektor?
- Na kontrolę!
- A, a rzeczywiście. Miał być. I co robi?
- Rozgląda się na dole, sprawdza kontakty.
- Dobra, wstaję. Idź do niego. Zaraz zejdę.
Czemu w takich ciężkich dniach tak odczuwa się wagę mózgu? Może żołądek jest całkiem pusty i zostaje zachwiana homeostaza organizmu? Inna sprawa, że coś musi się też dziać z poziomem cytokin. Zupełnie jak przy hiperimmunizacji. Żołądek pusty, jelitka skręcone w sznureczki, a człowiek ani myśli o zakąsce. Po krwi grasują przeciwciała w nieco zmienionym środowisku i człowiek tylko myśli o łyku maślanki. Żadne tam psie ciasteczka, precz z puszkami! Macam jamę ustną szczoteczką z jakąś pastą. Staram się wydobyć z rozstępów międzyzębowych jak najwięcej osadzonego tam zapachu odkażalnika na bazie etanolu. Dwa prawie równe przysiady i symulując rześki trucht zbiegam po schodach.

- Miło mi pana powitać doktorze! Jako przedstawiciel Służby Cywilnej chciałem panu oświadczyć, że został pan wyróżniony. Został pan wytypowany. Szef Służby proponuje panu pracę u nas, oczywiście po krótkim stażu w Polanicy – gość mówił nieomalże samymi wielkimi literami, a mimo to pobladłem ze strachu.
- Za co? Za co? Dziękuję, czuję się wyróżniony, ale nie sądzę, żebym umiał sprostać warunkom, jakie wobec inspektorów weterynaryjnych stawia Służba…
- Poradzi Pan sobie, poradzi, zresztą pomożemy.
Inspektor przycisnął klawisz w telefonie komórkowym i do gabinetu wpadli stażyści w zielonych strojach przeciwepizootycznych.
- Pan doktor pozwoli do ambulansu.

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.