Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Włodek Szczerbiak o Walnym Zebraniu

2006/02/08 01:21:55


I co?

W Namysłowie ubiegłej niedzieli odbyło się zebranie sprawozdawczo – wyborcze „Medicusa” Osobiście spóźniłem się na spotkanie około półtorej godziny, więc nie będę referował kto odszedł, kto wszedł.
Gdy przyjechałem właśnie zaczynała się część przeznaczona na dyskusję. W zebraniu wzięli udział goście, pani Maria Boratyn-Laudańska, Zastępca Dyrektora Departamentu
Bezpieczeństwa Żywności i Weterynarii, pan Krzysztof Jażdżewski, Główny Lekarz Weterynarii, członkowie Prezydium Rady Krajowej naszej Izby z panem Tadeuszem Jakubowskim, Prezesem Izby. Oczywiście, oprócz członków Stowarzyszenia, którzy zjechali się do opolskiego miasteczka. Uprawnionych do głosu było około siedemdziesięciu osób ( sądzę to po numerze mojego mandatu ).

Kto wywołał wilka z lasu – trudno powiedzieć, ale praktycznie cała dyskusja zamknęła się wokół jednego tematu. Mowa też była o odchodzeniu lekarzy z weterynarii, o błędach w rozporządzeniach o rejestracji, kontroli zakładów leczniczych dla zwierząt, lecz to były tematy marginalne.
Tematem przewodnim stały się kontrole IRZ. W zasadzie myślałem, że temat został przedyskutowany na stronach internetowych i to w dodatku bez większego zainteresowania. Okazuje się, że nie, dyskusja dopiero się zaczyna…

Ad rem! System Identyfikacji i Rejestracji Zwierząt ma podobno na celu:

- ujednolicenie identyfikacji zwierząt,
- kontrolę przemieszczania zwierząt,
- monitorowanie sytuacji epizootycznej w kraju przez służby weterynaryjne.

System pozwala także na:

- wspieranie służb hodowlanych (tworzenie rodowodów),
- identyfikację mięsa wołowego (etykietowanie),
- realizację dopłat bezpośrednich.

Jak z powyższej informacji wynika – weterynaria jest chyba najżywotniej zainteresowana poprawnym funkcjonowaniem tego systemu. Niemniej system jest w niepodzielnym władaniu Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa.

Po zakończeniu akcji kolczykowania, nadszedł czas na normalne korzystanie z tej bazy danych. Im dalej od kolczykowania, tym więcej cudów w oborach. Doskonale wiadomo to wszystkim lekarzom weterynarii. System, będący jednym z filarów umożliwiających uznawanie naszego kraju za wolny od najróżniejszych zaraz – zaczyna padać. Chyba każdy lekarz weterynarii zetknął się z koniecznością potwierdzania, że sztuka opisana w paszporcie to nie buhaj, tylko krowa, lub że nie oznakowany bydlak jest klinicznie zdrowy (w zamyśle Agencja ma pewnie wykazanie, że dana sztuka jest wolna od BSE). Każdy z nas podczas monitoringów wykrywa dorosłe zwierzęta trzymane bez kolczyków. Cały ten system zaczyna więc skrzypieć i trzeszczeć. Lada chwila może runąć, pozbawiając nasze rolnictwo związanych z jego istnieniem unijnych przywilejów, dopłat.

Pojawiła się konieczność takiego ustawienia systemu, żeby stał się całkowicie wiarygodny. Agencja za skarby świata nie podejmie się tego zadania. Tak, jak nie została stworzona do kolczykowania, tak i nie jest do sprawdzania. A kontrola musi być wiarygodna, żeby jej wyniki były miarodajne dla Unii. Musi to być kontrola państwowa. Komu można tak zaufać? Oczywiście, tylko weterynarii! I w dodatku, zdaniem Ministerstwa Rolnictwa – zrobimy to w czynie społecznym!

Kukułcze jajo otrzymaliśmy podobno razem z nowymi stawkami za badania monitoringowe bydła. Co z tym zrobić? Jak ugryźć? Główny Inspektorat z braku etatów przerzucił temat na lekarzy wyznaczonych. W ich obronie (lekarzy prywatnej praktyki) natychmiast stanęła Rada Krajowa. Zaczęły się długie i trudne negocjacje, nadal zresztą trwające. Niemniej są już pewne ustalenia. Dzięki mrówczej pracy naszych kolegów – nie trzeba będzie wypełniać aż ośmiu stron w każdym z kontrolowanych gospodarstw. Dokumentacja została staraniem Rady zredukowana zaledwie do trzech stroniczek i to częściowo już wypełnionych przez komputery Agencji. Ot, wystarczy – zdaniem przedstawicieli Rady zidentyfikować sztuki, jak to się normalnie robi przy każdej akcji pobierania krwi, lub badania TBC, postawić ptaszki w odpowiednich rubrykach i po robocie. Wszelkie inne sprawy zostaną za nas wyjaśnione w Inspekcji i Agencji.

Lekko, łatwo i przyjemnie! A jaka to korzyść dla Kraju, splendor dla lekarza kontrolującego! Uznanie władz, szacunek rolników. Ostatecznie Ministerstwu coś się też należy za podwyżkę stawek monitoringowych, choćby taki drobny ukłon, prawda?

Osoby uczestniczące w Nałęczowskim zebraniu zostały przez Tomasza Porwana zobligowane do zagłosowania, czy chcą tego splendoru, szacunku i uznania. Wynik głosowania przeszedł oczekiwania Prezydium. A brzmiał: wszyscy przeciw temu zaszczytowi, szacunkowi. Jeden wstrzymał się od wypowiedzenia zdania. (W tym miejscu składam Temu, co się wstrzymał – wyrazy mojego prawdziwego szacunku, że miał odwagę i honor wziąć na siebie to odium związane z wynikiem tego głosowania na „nie”. Inni albo wyszli, albo głosowali jak wszyscy). Patrzcie, Państwo, patrzcie. Taki piękny prezent i jednocześnie okropny afront ze strony lekarzy zrzeszonych w „Medicusie”. Praktycznie wszyscy przeciw, a tu same korzyści! Co się stało?

Ten na pozór incydentalny szczegół nasunął tak wiele emocji, skonfrontował lekarzy z Ministerstwem, Radą, Głównym Inspektoratem. Pozornie najśmieszniejsze może być to, że scementował lekarzy Inspekcyjnych z terenowymi. Tego jaja nikt nie chce! A już absolutnie nie w tej formie!

Czy ja bym umiał odpowiedzieć czemu tak wyszło? Hm, pozostaje się mi posłużyć opiniami innych wygłoszonymi w Namysłowie, no może i dodam coś od siebie, (jak zwykle niestety). I w związku z tym moja wypowiedź nie jest ani wykładnią, ani wyrocznią, a tylko i wyłącznie moim osobistym komentarzem do sytuacji.

Zacznijmy od tego, że w Agencji ciągle jest mowa o nadmiernych zarobkach. W Inspekcji – ten temat nie występuje, ba mówi się nawet o braku rąk do pracy, bo młodzi uciekają, duża odpowiedzialność, lichutka pensyjka. Agencja w uznaniu wiarygodności społecznej, jaką budzi weterynaria, w uznaniu jej potrzeb związanych z epizootyczną koniecznością identyfikacji zwierząt – scedowała kontrolowanie zgodności pogłowia ze stanem w komputerach na nas. Jednak wobec zobligowania przez Ustawę o ochronie danych osobowych Agencja postanowiła dopuszczać nas do tych danych (niby dla nas stworzonych) fragmentarycznie. Wgląd mają więc wyłącznie dwaj na powiat, specjalnie zaufani lekarze weterynarii. Ten dostęp, za okazaniem odpowiednich kodów jest możliwy tylko w siedzibie Agencji.
Natomiast dane z komputera konieczne do skontrolowania wytypowanego przez tą maszynę gospodarstwa mogą znajdować się w rękach weterynarii w sumie dość długo, bo aż przez 72 godziny. Czas nadto wystarczający do skontrolowania jednego, czy pięćdziesięciu wytypowanych gospodarstw. Czyli aż 72 godziny na kontrolę i działania naprawcze w losowo wybranych przez komputer zagrodach. Rzuć wszystko i leć pomóc Agencji. Czy jaśnie komputer wytypuje właśnie monitorowaną wieś? Hmm… Jak jest uczciwie zaprogramowany – nigdy w życiu!
Fakt, jesteśmy stworzeni do reakcji alarmowych, to nasz chleb powszedni, a sytuacja niewątpliwie wymaga takich działań. Ża-pro, jak teraz piszą w sms-ach. Więc nie o to chyba chodziło podczas głosowania w Namysłowie?

To szukajmy dalej. Hutę imienia Lenina wybudowano w epoce komunizmu. Tamę we Włocławku – też. I co najciekawsze – wybudowano za konkretne pieniądze. Nie w ramach czynów społecznych, zielonych niedziel, czy innych wynalazków przebrzmiałego systemu. Socjalizm był zdaniem Majakowskiego – „swobodnym trudem swobodnie zrzeszonych ludzi”. Teraz mamy drapieżny kapitalizm i wszystko jest za pieniądze. Za pieniądze mają być też IRZ-ety. Za te pieniądze, co dostaliśmy już na monitoring. No niby gra, ale coś nie tak. Nie znam się na wyższej polityce, wychodzi jednak, że skoro Unia nie przewidziała w swych wspaniałych dyrektywach pieniędzy na kontrole prawidłowości działania systemu IRZ – Polska najwyraźniej też nam ich nie da. Czy może to było przyczyną tego gremialnego nie – w Namysłowie?

A może chodziło o to, że lekarz weterynarii, ze specjalną, błyszczącą orzełkiem i ministerialnym blichtrem odznaką będzie mógł niczym prawdziwa, demokratyczna Władza kontrolować ciemnych chłopków? Co tu ukrywać dla niektórych może to być zaszczytem. Fakt, czasami można się liczyć z napluciem przez ciemnogród na blaszkę. Ale na pewno uczyni to nie więcej niż co trzeci kontrolowany. A odznaka jest stalowa, chroni osobę w nią wyposażoną nie od takich „pocisków”. Ba pod tą odznaką znajduje się dodatkowo – latami wypracowywany autorytet terenowego lekarza weterynarii. On też ochroni od niecnych zagrań. Czyżby lekarze prywatnej praktyki, mimo takich mocowań, zabezpieczeń mieli jeszcze jakieś anse? Czemu głosowali na nie?

Sam Główny Lekarz, Prezes Rady, członkowie Prezydium tłumaczyli, że warto przyjąć te czynności kontrolne. Doktor Jakubowski wyjaśnił dokładnie, że IRZ to nic innego jak zwyczajna identyfikacja sztuki bydła, taka sama, jaką robimy przy rutynowym monitoringu. Spisujemy numer krowy, gospodarstwa, nazwisko, wieś i to praktycznie wszystko. Najwyżej dwanaście minut na gospodarstwo liczące sobie powiedzmy pięć ogonów! A tu niewierni terenowcy wychodzą z takimi cudami, że może i te dwanaście minut wyjdzie, jak wszystko dobrze. A jak źle? Sto dwadzieścia? Zakładając, że ja dziennie zmonitoruję dziesięć – dwadzieścia gospodarstw – mam zaledwie dwie godzinki pracy więcej, no chyba, że trafi się cielę bez kolczyka, buhaj bez paszportu z jarmarku od nieznanego handlarza. Ale to tylko takie sporadyczne przypadki, z czego doskonale zdaje sobie sprawę każdy terenowy lekarz weterynarii. Tym inspektorom, którzy już robili IRZ-erty – zajmowało to też niewiele czasu. Może i to były tylko trzy gospodarstwa na dzień, ale protokół liczył więcej stron - osiem. Inspektor nie pracował na akord, może i fakt że nie był obciążony monitoringiem. Ale czy to takie drobiazgi zbulwersowały lekarzy w Namysłowie?

Doktor Krzysztof Jażdżewski mówił o licznych niedociągnięciach w wypełnianiu wyznaczeń. Szczególnie jeśli chodzi o badanie zwierząt rzeźnych i mięsa. Okazuje się, że w wielu rzeźniach lekarz weterynarii, niezgodnie z procedurą badania pojawia się zamiast jeszcze przed ubojem, żeby wykonać badanie przedubojowe – dopiero pod koniec uboju, lub wręcz, gdy ubite zwierzęta są w chłodni. Chwilami przypomina mi się doktor Kołodziej, mówił to samo! Ja osobiście zgadzam się z doktorem Jażdżewskim.
Dwa tygodnie temu, jak w „mojej” ubojni zabijali krowę siedziałem też od badania przedubojowego, aż do zamknięcia ćwierci w specjalnej klatce, zważenia i pomalowania SRM. Ale to byłem ja. Niektórzy stale mi wytykają, że robię wiele rzeczy „pod włos”. Nie powiem. Przychód brutto wyniósł mi piętnaście złotych, dojazd (koszt dla ekonomicznych ekspertów) wyniósł dwadzieścia złotych. Czas pracy to jakieś cztery godziny ( z dokładnością +/- 10 minut ). A żeby to jeszcze rzęźnia zechciała zapłacić, marzenie ściętej głowy. Oni rozliczają się z Inspekcją, nie z lekarzem!
Kiedy badam świnie wychodzi mi lepiej, bo tam spędzam najwyżej godzinę, dwie więcej, niż wynika z przeliczenia stawki akordowej na godzinową. Ale to jestem ja. Sarkam i zgrzytam zębami na swój los. Myślę, przynajmniej – staram się myśleć pozytywnie – gdyby to tak była stawka godzinowa dla lekarza i rzeźnika – rzeźnik by się streszczał z czasem, a ja wprost przeciwnie, bym starał się badać, badać i badać, każdą sztukę trzy razy! Oczywiście, gdyby mnie stawka satysfakcjonowała. Czy może to stało się powodem tak niekulturalnej odpowiedzi danej w „Medicusie” tym z „góry”? Mój rzeźnik przestał płacić za badanie, jak na siebie obowiązek rozliczeń wzięła Inspekcja, później nawet komornik. Zbieg okoliczności? On nigdy by mi tego nie zrobił, a Inspekcji?

Czemu wśród przyjaciół wielu, co nieba starali się przychylić terenowcom, niczym sławnemu zającowi z bajki – zając uciekł zanim go wilcy napoczęli? Co się stało? Czemu Prezydium Rady Krajowej też zachęca do wykonania IRZ? To tacy sami inspektorzy i terenowcy, jak my wszyscy. Czemu zachęca do tego Główny Lekarz, Prezes? Rozumiem panią dyrektor Boratyn- Laudańską. Ta pani otrzymała zadanie do zrealizowania i przekazała je osobom Jej zdaniem najgodniejszym. Weterynarii. To zaufanie spotkało się z aplauzem na górze (no, może nieco stonowanym, ale wystarczającym do poparcia zagadnienia).

A co tu słychać na dole? Wysoko, wysoko gałęzie dęba stają od podmuchów wiatru historii, a w poszyciu pojedyncza trawka ma problem z tym, czy ten komar wreszcie sobie z niej poleci, bo zasłania słońce i utrudnia fotosyntezę. Czy wśród ludzi z wyższym wykształceniem jest tak samo, jak w lesie? U góry sztorm, a na dole daje się wyczuć nawet trzepot skrzydeł motylka? Czyżby tam u góry połamało jakieś gałęzie, że w poszyciu rozległy się trąbki na trwogę, niczym w Namysłowie?

Zastanawiam się, jak doszło do tego, że wpadliśmy w te sidła. Jak w te sidła wpadło Prezydium Rady, w sumie nasi ludzie? Czyżby zasiedli na szczytach sosen z innymi wronami i zaczęli krakać wspólnym głosem”? Pomalutku. Spróbuję zrobić tak, jak zalecał mi to Jacek Sośnicki. Uderzę się we własną pierś. Co ja bym zrobił?

Ot, zaledwie w ubiegłym tygodniu mieliśmy zebranie w powiecie. W sprawie monitoringów. Takie zwyczajne bara bara, nasiadówka jakich wiele. Wyszło na jaw, że badania trzeba dokumentować wyłącznie na wyznaczonych do tego celu listach. Piękne są te druczki. Kratki, a przy numerku kolczyka jest nawet osobna kratka na każdą cyferkę. Teraz dużo trudniej się pomylić. Inna sprawa, że trzeba będzie wyciągać do osobnej kartoteki zwierzęta nie zbadane z rozmaitych powodów. A to ciąża, za młode o miesiąc i tak dalej. Badanie uzupełniające odbędzie się później. Nie rozwodzę się nad tymi szczegółami, bo są każdemu znane.
Na mnie padło, że mam złe formularze. Obiecałem poprawić. Jako się rzekło, tak i zrobiłem. Siadłem do skanera i wydrukowałem około sześciuset nowych druków. Nazajutrz rano pokazuję dzieło życia (bo wyszło o połowę taniej niż zapłacić za xero) – pani w Inspekcji.
- Pięknie! Panie doktorze, pięknie! Ale właśnie dziś przyszedł nowy wzór. Różnica w sumie minimalna, bo tylko miejsce na podpis rolnika. Zgodnie ze specjalną procedurą pod każdą listą, czy to na gruźlicę, czy na białaczkę musi figurować podpis rolnika!
- No i masz ci babo placek! Co ja teraz zrobię Pani Inspektor? Drukarka nie przewidziana do akcji monitoringowych stygnie po traumatycznych przejściach, ze ścian opada pył z tonera, a na półce leży sobie sześćset nikomu nie potrzebnych druczków. Co ja zrobię? Kto winny? Każdy chciał dobrze, nawet posadzka okazała się cała tym dobrem wybrukowana…

Czasami, lubię myśleć nieco pod górkę. Niestety. Ja sobie to tłumaczę, że myślę pozytywnie. Ale to oczywiście tylko moja indywidualna ocena. Każdy może mnie nazwać (byle tylko w duchu!) – jak mu się podoba. Więc na własny użytek wymyśliłem sobie tak:
Gdybym dostał te listy do obejrzenia, ewentualnie do skontrolowania, zaopiniowania, a może nawet i poprawienia – co bym zrobił? Z szacunkiem dla Urzędu, z dumą, że właśnie mnie wybrali bym zabrał się do poprawek. I co bym zrobił?
Ja bym z trzech list zrobił jedną gruźliczo-brucelozowo-białaczkową. Wygoda przy wpisywaniu. Jeden raz nazwisko, numer gospodarstwa, data, numery poszczególnych sztuk bydła. W laboratoriach są same swoje dziewczyny. Interesują je wyłącznie rubryki o EEB, albo te drugie, a na kartce jeszcze kupa miejsca na TBC zostaje. Wygoda? Przynajmniej dla mnie – tak. Bo ja robiąc monitoring wożę ze sobą do pisania jedną z koleżanek. Ona wypisuje mi te listy. Jest jednak albo śmiertelnie leniwa, albo uważa mnie za raptusa co chwilę nie poczeka na wypisanie danych i ciągle tylko goni do następnego gospodarstwa.
Te moje dziewczyny ( mówię to Wam w zaufaniu! Nie publikować, nie rozpowszechniać i tak dalej, bo się może sam nie wiem co stać!). Te moje dziewczyny z Im tylko wiadomych powodów postanowiły robić tymczasem tak, że prowadzą jedną listę „matkę”, dla tuberkulinizacji, a na jej podstawie, na spokojnie w gabinecie wypełniają dwie pozostałe. Oryginałem jest więc tylko jedna. Tylko ta pierwsza nosi ślady ekskrementów, kiszonki i innych takich wymaganych przez Inspektorat dowodów rzeczowych. Pozostałe, podpisane „In blanco” są wypełniane później, na podstawie tajnych znaczków z listy – oryginału. Oj mrówcza to robota, a tu ja się wyjątkowo zgadzam ze wszystkimi, a wyjątkowo, nawet z sobą. No i czy taka nowa lista mojego pomysłu nie stanowiła by równie genialnego wynalazku, jak ten słynny dokument o sprzedaży środka leczniczego, co jednym pisaniem parafuje tak wiele? Samolubnie, myślę, że tak.
Gdybym na naszym powiatowy zebraniu, tym z zeszłego tygodnia przedstawił taką listę mojego pomysłu – jak by zareagowali chłopaki? Już to widzę!
- Co ty nam najlepszego wymyśliłeś?
- Wiesz ile to roboty?
- Sam sobie wypełniaj te rubryczki!
A gdybym zaś zaproponował to dziś, kiedy już wiedzą, ile to bazgrolenia w tych ministerialnych drukach, ile podpisów, numerów, niby konieczne trzy oryginały na jedną krowę? Skromnie przyznam, że obiektywnie myśląc, powinniby minie okrzyknąć co najmniej Bogiem!
Mimo, że jeszcze nie opatentowałem tego wniosku racjonalizatorskiego, już chodzę dumny niczym paw! Oczywiście na moją korzyść działa moment ogłoszenia działałby moment ogłoszenia, zaraz po tym, jak chłopaki się już pogodzą z poronionym pomysłem zbierania trzech podpisów do jednej akcji.
No, jakby mi wtedy ktoś powiedział, że coś tam źle wymyśliłem w moim skromnie mówiąc – genialnym druczku – chyba bym mu lutnął. Tak od serca! Każdego bym przekonał, że mój druk jest lepszy od innych.
To tak samo, jak Powiatowy mówi mi, że źle zbadałem, a ja za każdym razem mu na to, że absolutnie dobrze, bo to, co on sobie myśli, że źle – miało swoje obiektywne uzasadnienie. Nikt mnie nie przekona, że moja robota, moje dziecko jest złe! Ono jest cudowne, najlepsze. Ktoś nie wierzy? – Pogadajmy, przed gospodą w Konecku wysypali popiołem taki mały placyk. Dla nas wystarczy!

Czy Prezydium Rady Krajowej nie wmanipulowało się w podobną rozgrywkę, co i mi by groziła, gdybym zbyt wcześnie ujawnił się ze swoim geniuszem? Czy Rada nie broni „swojego dziecka”, tego ułatwienia w procedurze, na podobnej psychologicznej zasadzie? Czy członkowie Rady zechcą nieco przestawić swój tok myślenia i zrozumieć, że sami wpędzili się w ślepą uliczkę, wybrukowaną zresztą samymi dobrymi intencjami? Czy Rada wybaczy mi moje wtrącanie się do Ich dusz? I wreszcie czy Rada, czy niektórzy działacze „Medicusa” zrozumieją, że chcę, żeby jednak zostali z nami. Żeby pozwolili nam zostać z Nimi. Żeby siedli na poziomkach, borówkach i muchomorach, a na górne gałęzie wzlatywali wtedy, kiedy będą tam niezbędni, dla stabilizowania sytuacji? Wreszcie, czy i nie dlatego w Namysłowie głosowaliśmy na „nie”?

W Wieliczce, podczas balu nie wiedziałem, co będzie na zebraniu w Namysłowie. O IRZ- tach wiedzieli nieliczni, głównie inspektorzy. Bijmy się we własne piersi. Tak, tak, wiem, że te IRZ-ety za miesiąc, dwa odkryją kolejni lekarze. Kolejni odkrywcy okrzykną ten postępek skandalem. Ich przy tym nie było! Samowola. Pokażmy Im wtedy ten tekst!

Czy i ja nie muszę przypadkiem się bić w piersi, że „naskoczyłem” na chłopaków co poświęcając swój prywatny wolny czas jeździli i starali się złagodzić ostrze tego IRZ-etowego noża? Ja byłem w bardzo wygodnej sytuacji. Czynności łagodzące ministerialne uderzenie wykonali koledzy. Nie było to moje dziecko. To było Ich. Oni chcieli nam osłodzić ten cios. Starali się i po nocach. Zrobili jednak błąd taktyczny. Teraz to widzę jeszcze lepiej niż wtedy. Prawdę o IRZ-etach powinien był ogłosić Minister. On by był winny, nikt z nas. (Wszakże w państwach rządzących się zdroworozsądkowymi zasadami – zawsze wieszali posłańców przynoszących złe nowiny.) I dopiero wtedy należało się brać za działania naprawcze. Wtedy Rada byłaby cacy, a Minister – be. Jest, jak jest. Tylko czas pokaże czy Ci, co poświęcają dla weterynarii tyle prywatnego czasu i wysiłku – są nadal z nami. Zależy to od Nich i od nas. Czy takie jest przekazanie Namysłowa? Zastanówmy się wszyscy!

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.