Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Nowa wizja" Włodka Szczerbiaka

2006/02/27 22:07:48


Też wizja.

     Rozpoczął się kolejny etap procedury rejestracyjnej. Niezbyt sprzyjający to czas na kontrolę naszych zakładów leczniczych. Drogi albo śliskie jak diabli, albo zawalone topniejącym śniegiem. Co ma dać ten przegląd, ta klasyfikacja? Pewnie jakąś unifikację, ujednolicenie nazewnictwa, przyporządkowanie nazwy zakładu do jego możliwości, wyposażenia. Jednocześnie da to jakiś wgląd w stan naszego zawodu, jego sprzętowe przygotowanie do wykonywania zadań.

     Czy można się pokusić o opisanie wiejskiego lekarza weterynarii? Myślę, że już coś o nim wiem. Terenowiec jest samotnikiem około pięćdziesiątki, bez specjalnych widoków na lepszą przyszłość. Samotnikiem jest, bo nie potrafi się pogodzić z żadnym sąsiadem, aby prowadzić wspólny interes. Życie nauczyło go polegać wyłącznie na sobie. Samotnik ma własne poglądy na wszystko, ufa wyłącznie sobie. A kierować kimś takim, co to wszystko robi po swojemu? To naprawdę wyższa szkoła jazdy. Próbują tego z rozmaitym skutkiem lekarze powiatowi. Tym, co potrafią się wczuć, zrozumieć, nachylić do lekarzy terenowych – nawet się udaje. Inni ponoszą klęskę za klęską.

     Między sąsiadami kwitnie konkurencja często w jak najgorszym wydaniu. Oczernić, odebrać klienta? Oczywiście, mamy kapitalizm! Są nawet takie przypadki, że rolnik chodzi od jednego do drugiego gabinetu licytując, który z lekarzy taniej odklei łożysko.
     - Doktor Majewski mówił, że może odkleić za czterdzieści złotych, za ile pan odklei?
     - Za trzydzieści pięć.
     - To ja na razie dziękuję, może wrócę za piętnaście minut. – (Jak zapytam za ile teraz Majewski zechce odkleić).
     Niby o odklejaniu łożysk mówi się raz dobrze, raz źle, ale jak na razie zabieg jest wykonywany. Rolnicy się do tego przyzwyczaili, lekarze też. Zresztą, żeby podjąć decyzję, o rezygnacji z odklejania – trzeba krówkę zbadać, a to wymaga wizyty. Skoro już jestem w gospodarstwie, czemu tego nie zrobić? Zawsze parę złotych więcej wpadnie do skarbonki.

     Wiejskie lecznice są zdominowane przez dziadków takich jak ja, którzy lata szaleństw weterynaryjnych mają za sobą. Ale teraz często jeszcze sięgają po literaturę fachową, szukają nowych rozwiązań. Często są to rozwiązania, jakie już znają obecni absolwenci uczelni. Pytanie tylko, czy będą umieli znaleźć moment żeby je zastosować?
     Chętnie podpatrujemy sąsiadów, czy nie trafią się im ciekawe wpadki. Osoba krążąca pomiędzy lecznicami bez problemów może się zorientować, co słychać w terenie. Wystarczy tylko objechać kilka zakładów i w każdym zapytać o sąsiada. Zaraz będzie wszystko wiadomo.
     - Czy to prawda, że doktor Kalisz przejechał psa w Gwizdołkach?
     - Zaraz tam psa! Sołtysównę, sołtysównę, panie kolego. I to nie przejechał, ale przeleciał! Nie w Gwizdołkach, a w stodole!
     - Na śmierć?
     - A skąd! Na życie nowe!
     
     Oczywiście, o sobie żaden szanujący się lekarz nic nie powie, nawet o sukcesach, bo jest skromny, chce sprawiać wrażenie takiego, co „nie wychyla się”. Ale od sąsiada, o sąsiedzie – dowiemy się wszystkiego.

     Jakież perspektywy? Zmienia się i to gwałtownie struktura gospodarstw rolnych. Małe hodowle marnieją i padają jedna za drugą, natomiast te rozwijające się nie zawsze są na wystarczającym etapie, żeby zrozumieć znaczenie dobrej, nowoczesnej pomocy weterynaryjnej. A któż taką pomoc może świadczyć? Tych kilku zgredów w zapyziałych gabinetach? Oni nawet, jak posiadają tytuł specjalisty – rzadko potrafią to wykorzystać. Raz, że niewielu rolników umie docenić taką fachowość, dwa – niewielu lekarzy przyzwyczajonych do dawnych metod stosowanych w gospodarstwach potrafi się przestawić na inne postępowanie i myślenie. Nie każda nowoczesna metoda zafunkcjonuje u rolnika szczycącego się dwoma krowimi ogonami. A i nie każdy rozwijający się hodowca umie docenić możliwości lekarza – specjalisty.

     Często dzieje się tak, że rolnik woła do siebie rzutkiego lekarza z odległej lecznicy, którego poznał podczas jakichś szkoleń, a swojemu nie zaufa, bo ten nie był nigdy wykładowcą na wiejskim mityngu. Jest też moda na lekarza. Liczy się opinia tylko jednego, niekoniecznie najlepszego, ale najgłośniejszego.
     - Sąsiad znowu wezwał Ileckiego? A co mi tam, też go zawołam, bo ten nasz weterynarz to chyba nic nie umie, a zresztą zobaczę czy tamten młody to taki kozak. Nawet jak zapłacę więcej, to mam przynajmniej sprawdzonego lekarza. U naszego najwyżej kupię leki, jak mi zabraknie tych, co zostawi ten Ilecki. A co Ilecki, to Ilecki i sąsiadom można będzie powiedzieć, że moja chlewnia, to nie w kij dmuchał, leczą tu najsłynniejsi weterynarze w województwie! Z naszym lekarzem też dobrze żyję, zawsze będę mógł go wezwać, jak Ilecki nie będzie miał czasu, a i sam potrafię cokolwiek zrobić!

     Jak widać na załączonym obrazku, widoczna jest już praca specjalistów, ale wyłącznie tych specjalistów, co umieją działać marketingowo. Pozostali nadal cicho siedzą w swoich zakładach i kiszą się złością na bardziej przebojowych kolegów. Pociecha, że młodzi lekarze tak gremialnie nie przychodzą pracować w terenie. Oni najwyraźniej wychodzą z słusznego założenia, że tak trudne studia skończyli nie po to, żeby się taplać w błocku i gnoju, a żeby zarabiać pieniądze. A gdzie można wyjąć z weterynarii pieniądze? Niemcy, tam można dostać pracę sanitariusza, a czasem i lekarza, Irlandia przyjmuje naszych lekarzy z otwartymi ramionami. W Wielkiej Brytanii można być lekarzem, można też zająć się czymś innym. W Polsce sympatyczne posadki zapewniają firmy paszowe, farmaceutyczne. Można także powalczyć o pracę w mieście. W lecznicy dla zwierząt towarzyszących, w laboratorium.
     Niektórzy pracodawcy już się zorientowali, że potrzebny im dealer to fachowiec, który potrafi mówić jak nakręcony, a niekoniecznie musi to być praktyk. W marketingu najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Tam wystarczy schludny, elegancki, pewny siebie lekarz – przedstawiciel.
     Firmy zatrudniające lekarzy z doświadczeniem terenowym, często nie są tak zadowolone z efektów pracy swoich przedstawicieli, jak te firmy, co zatrudniły teoretyków. Praktycy wszędzie węszą problemy, a teoretycy często o tych problemach nawet nie wiedzą. Łatwo ordynować szczepionki, antybiotyki lub hormony nie zastanawiając się nad ich ceną, skutecznością. W teorii każdy preparat dealera działa rewelacyjnie, a szczególnie, jeżeli wyprodukowała go właśnie reprezentowana firma.

     Lekarz stosujący te preparaty ma wiele dylematów, a to cena, jakość, rozpuszczalność w wodzie, skuteczność, a nawet kwestia bonifikat przyznawanych przez producenta. I co się dzieje? Menager każdą chorobę wyleczy, każdy problem żywieniowy rozwiąże w ciągu piętnastu minut, a lekarz leczący zwierzęta? Wybrzydza na wentylację, oświetlenie, czepia się sposobu karmienia, narzeka na zagęszczenie i wiele innych tak nieistotnych z pozoru spraw.
     Ostatnio, zetknąłem się z określeniem: „lekarz szybkiej praktyki”, jako przeciwstawienie lekarza wolnej praktyki. Zgadzam się, że ta „szybka” praktyka ma liczne przewagi nad „wolną”. Połączenie działania dealera i praktyka. Szybki pieniądz, lepsza sprzedaż, zadowolenie klientów bezproblemowymi rozwiązaniami. Taki lekarz czasem jednak nie widzi swoich porażek, bo nikt go do nich nie wezwie, jest zbyt drogi, nie zajmuje się poszczególnymi chorymi sztukami. Leczy globalnie. Ciągle są następni klienci, którym można coś doradzić. Gorzej, jak trzeba hodowlę dźwignąć z dołka, wyprowadzić na prostą. Tu „szybka” praktyka często zawodzi. Rozbija się o różne braki: materiałowe, pieniężne, zaufanie ze strony klienta, konieczność ubrudzenia rąk, zakasania rękawów ze strony lekarza. Przy braku pieniędzy potrzebna jest właśnie ta „wolna” praktyka, niekoniecznie nastawiona na szybki zysk.
     I jeszcze coś, na co zwracają uwagę starzy praktycy. To ten uśmiech pojawiający się, gdy słońce właśnie wstaje zza grzbietu cielącej się krowy, a cielak próbuje odgryźć nam palec ręki po pachę spoczywającą w krowim jestestwie. Gdy samochód wpadnie po osie w błoto, a hen wysoko na niebie odzywa się skowronek zachwycony pięknem dnia. Ręce, nogi w strupach i siniakach, a w duszy coś gra i niesie ponad polami. Bo z wiekiem życie staje się coraz piękniejsze, uczymy się je szanować, widzieć.
     Młody zazwyczaj lekarz „szybkiej” praktyki nie zrozumie swojego kolegi przejmującego się najdrobniejszymi efektami swoich działań, kosztami ponoszonymi przez klienta, oddziaływaniem na zwierzęta. Najistotniejszy jest szybki i maksymalnie duży przerób. Tacy lekarze są często oskarżani przez swoich kolegów o hurtowy handel lekami. Nie zawsze to tak wygląda. Przyjedzie do dużego gospodarstwa taki konsultant, zrobi przegląd stada, zaleci badania dodatkowe, wprowadzi leczenie. W związku ze stosowaniem dużych ilości leków – daje i upusty. Zostawi lekarstwa na tydzień, czy dwa. Często, w większych hodowlach jest to cały bagażnik leków. Co mówią zawistnicy? Przyjechał do biura, sprzedał po cenach hurtowych przyczepę leków i pojechał dalej. Szukaj wiatru w polu. Tak to można odbierać? A to jak miło wykazać brak etyki zawodowej u konkurenta, prawda?
     Do „swojego” lekarza taki hodowca przyjdzie uzupełnić apteczkę, poprosić o wykonanie bardziej specjalistycznych, pracochłonnych zabiegów. Kierunek leczenia wytyczył lekarz „szybkiej” praktyki, temu drugiemu pozostaje wyszukiwanie luk, drobnych niedociągnięć. I kto tu weźmie prawdziwe pieniądze? Co by tu dużo mówić. Kastracje, zgodnie z przepisami nie są domeną weterynarii. Podobnie, jak i zastrzyków nie wolno ich wykonywać technikom weterynarii, a chłop sam może to robić.

     Cóż siedzimy zgorzkniali w swoich licho opalanych gabinecikach, pokazujemy palcami na tych, co działają skuteczniej i nowocześniej, że handlarze, że nie znają prawdziwej pracy a spijają samo miodzio. Owszem, czasem lecząc własnego lenia sprzeda taki lekarz w strzykawce mieszankę leków dla świni czy krowy znajomego rolnika. Ale oczywiście doskonale wie, dla której świni to sprzedał, ba zna tą świnię od dziecka, wie co jej dolega nawet nie wstając z fotela. Nie jest jednak bez winy oskarżając innych o handel.
     A najśmieszniejsze chyba, że lekarze z tych wykruszających się lecznic planują przekazywać swoje zakłady rodzinom. Dzieciom, młodszym żonom nie lekarzom. Czemu? Ot, emeryt zatrudniony u kogoś, kto sam prowadzi działalność odprowadza znacznie mniejsze składki ZUS, jest tanim pracownikiem, i coś jeszcze zdoła uciułać. Czemu nie sprzedać za te pieniądze podupadającej firmy, której nikt już nie przejmie?

     Wróćmy jeszcze do tego mojego obrazu weterynarii. Są wśród nas też i typowi hurtownicy, co sprzedają leki na jarmarkach. Ich cechą charakterystyczną jest zazwyczaj znakomicie prowadzona dokumentacja weterynaryjna, albo posiadanie leków kupionych bez jakichkolwiek faktur. Z nimi próbuje sobie radzić Inspekcja, Izba i ich osiągnięcia są godne wkładanego w tą pracę wysiłku.

     A cóż się dzieje na wsi wieczorem, w nocy? Który lekarz jest wzywany do właśnie wycielonej krowy, do proszącej się maciory, do konia, co złamał nogę? Kto smacznie śpi w poczuciu dobrze wykonanej pracy, czego świadectwem są zarobione pieniądze? Kto zaś jedzie do nieuleczalnych przypadków, gdzie bardziej od skalpela, czy strzykawki potrzebne jest kropidło? Komu pozostaje mieć porażki terapeutyczne? Kto spija błędy, tapla się w błocie, kręci głową, że nic się nie da zrobić? Ten „wolny”, czy „szybki”?

     Matuzalemów zatrudniają Inspektoraty do najcięższych, czasochłonnych prac. Dziadkowie zbierają krew, szukają gruźlicy pocierając zaparowane okulary. Nie do końca ci sami lekarze badają w rzeźniach. Tam często jest już kolejna grupa lekarzy, zajmujących się wyłącznie tym zagadnieniem. W dużych rzeźniach jest mowa o niezłych pieniądzach. W małych – często więcej z tych badań pracy, niż pożytku. Tam też pojawiają się skargi na naszą pracę, że nie stoimy podczas całego uboju, badamy w chłodni. Że się spóźniamy, wychodzimy przed czasem. Czemu? Czyżby ci, co pytają nie wiedzieli?
     Małej rzeźni nie obsługuje lekarz zajmujący się wyłącznie badaniem mięsa, lecz terenowiec wykonujący i monitoring i leczący chore zwierzaki. Te małe rzeźnie mają to do siebie, że podobnie, jak i liche gospodarstwa są przeznaczone wcześniej, lub później na odstrzał. Nie wytrzymają konkurencji molochów, które stać na odpowiedni lobbing, aby tym mocniej niszczyć drobną konkurencję. W małej rzeźni często nie jest prowadzona klasyfikacja półtusz, nie mówiąc już o klasyfikacji mięsa. W małej rzeźni wkładane jest w pracę więcej serca, w dużej – wiedza i pieniądze. Kto wygra? Może znajdzie się ktoś, kto powie, że serce?

     Cóż, podobnie jak małe gospodarstwa rolne, małe rzeźnie, tak i małe wiejskie gabinety są skazane na wymarcie. Dosłownie. Nikt młody nie zechce tam pracować. Co się stanie z tymi małymi ubojniami, jeżeli nie zostaną wyduszone przez konkurencję? Kto je będzie obsługiwał? Pewnie Inspektoraty.
     A kto będzie robił monitoring? Może powstaną „specgrupy”, wyłącznie do tej czynności, po jednej na kilka powiatów, lub województw? Za jakie pieniądze lekarze podejmą się tak ciężkiej i niewdzięcznej pracy?

     Kto będzie obsługiwał drobnych rolników, zanim wymrą? Może kiedyś, wokół lekarzy „szybkiej” praktyki powstaną silne lecznice terenowe skupiające po kilku, kilkunastu specjalistów do obsługi całego powiatu? Może i tam będą mieć siedziby „specgrupy” do monitoringów? Oczywiście będzie to w końcu praca za konkretne pieniądze.

     Co jakiś czas pojawiają się artykuły mówiące o sukcesach weterynarii w minionych latach. Pogrom wśród mikrobów, ciągle rosnące stada zwierząt, kraje zachodnie w tyle. A dziś? Nasz zawód zdaje się z trudem wiązać koniec z końcem. Bezpieczeństwo epizootyczne, jak wynika z tych opracowań jest poważnie zagrożone. Jednak te opracowania nie wspominają o tym, że nasze państwo same zrezygnowało z utrzymywania weterynarii. Wiele lecznic zlikwidowano. W innych pozostały tylko szkieletowe obsady. Właściciel, który rzadko już jest w stanie wytrzymać pochylony nad operowaną krową, lub świnią przez cały czas operacji. Wyprostowanie się po zabiegu to kolejny ból i potrzebny ktoś do pomocy. Teraz nie istnieją Wojewódzkie Zakłady Weterynarii, gdzie dyrektor mógł jednym gestem wysłać swoich pracowników do powiedzmy szukania motylicy, czy pomoru. Dziś lekarz wojewódzki jest wyposażony w ustawy i rozporządzenia, śladowe ilości pieniędzy na wynagrodzenia i ma tym arsenałem zapewnić bezpieczeństwo żywnościowe kraju. Tych epok, problemów nie można porównać. Zupełnie inna zasada rządzenia, ale i inny przekaz informacji, nowe możliwości diagnostyczne. Niezmienni pozostają ludzie, ciągle ci sami wtedy i teraz.

     Uczelnie pracują pełną parą, opuszczają je wciąż nowi absolwenci. I idą radzić sobie sami. Tam, gdzie luka w rynku, gdzie można jak najwięcej zarobić. Na wieś oni nie idą. Są roczniki, gdzie do siedemdziesięciu procent absolwentów to kobiety. One, też nie są stworzone do pracy w gnoju.      Obecne działania Rządu, podwyższenie opłat za badanie bydła, to przedłużenie, może i o parę lat agonii starej weterynarii. Ale są to i działania absolutnie niezbędne, bo inaczej padnie na obie łopatki to nasze słynne „bezpieczeństwo”. Na teraz jesteśmy szczęśliwi, że wreszcie znowu można wiązać koniec z końcem. Jak długo? Mamuty, podobne do mnie wkrótce wymrą, odejdą w cień. Czy rynek sam ureguluje te łączki, na których się dziś pasiemy?
     Czy też Ministerstwo rozpocznie działania stabilizujące? To jest też pytanie, o to czy Ministerstwo jest nam potrzebne, czy jest nam potrzebna jakakolwiek Izba, Stowarzyszenie i do czego? Czy należy stabilizować, a może trzeba przyśpieszyć zmiany, pójść za rynkiem? Czy weterynaria ma być jedna? Czy musi się zmagać z Rządem? No, tu jak dla mnie – odpowiedź jest prosta. Jeżeli politycy będą bawić się w pakiety socjalne – Izba i Stowarzyszenie są niezbędne. Jeżeli rząd oprze się na prawach rynku – żadna organizacja zawodowa nic nie zdziała. Jest jak jest, a będzie najprawdopodobniej i tak i tak. Trochę kapitalizmu, trochę socjalizmu. Nasze organizacje zawodowe trzeba więc zachować. Zależnie od polityki bardziej, lub mniej prosocjalnej będzie potrzebny reprezentant zawodu tam, wysoko.
     Balcerowicz, ten co to podobno „musi odejść” załatwił reformę gospodarki w kilka miesięcy.
     Czy znajdzie się reformator weterynarii? Jedną reformę udało nam się przeżyć. Nadchodzi druga, też wymuszona realiami czasu. Co z nami będzie?

     Rozpisałem się ponad miarę próbując budować zamki z piasku. Co się stanie, jakie zapadną decyzje, czy rozwiążą nasze problemy? Na koniec powiem, co tak naprawdę sądzę o decyzjach.
     Bo co to takiego jest, ten problem decyzyjny? Można rysować najrozmaitsze grafiki, wektory postępowania. Najłatwiej jednak wyjaśnić to na przykładzie.
     Ot, w wycieczkowym autokarze wracającym z Kazimierza Dolnego – Edek, zafascynowany poznawaniem zagadek wszechświata zawołał:
     - Jadźka! Pokaż cycki!
     - ??? – Nasza reakcja, to konsternacja, zażenowanie, śmiech. A przy okazji, tak między nami – całkiem ciekawy temat na szczegółowsze opracowanie naukowe, nieprawdaż?
     Jakie nasuwają się możliwości działań przy tak sformułowanym temacie badań?
     Na początek wyłania się kwestia, czy Jadźka zechce pokazać cycki. Zawsze może powiedzieć, że nie! Ona jest decydentem, czy przyczyni się do wyjaśnienia zagadek Ziemi, czy pozostanie dalej w swym kołtuństwie. Mamy niestety z winy podmiotu naszych dociekań do czynienia z dużą dawką subiektywizmu w tym badaniu.
     Drugi problem – czy Jadźka ma jakiekolwiek cycki. To od Jadźki bezpośrednio nie zależy. To jest prawda naukowa, empiryczna do pewnego stopnia korespondująca z punktem pierwszym. Żeby pokazać, trzeba mieć to coś, zgadza się?
     Ale to nie wszystko! Ciągle nie wiemy, czy ta Jadźka jedzie naszym autobusem. Czy z nami była jakaś Jadźka? Bo bez Jadźki reszta problemów badawczych jest scholastyczna.
     No i abstrahując od podstawowej problematyki badawczej, może i najważniejsze pytanie – czy nasz uczony, amator Jadźki, a może tylko jej cycków – nie dostanie przypadkiem po mordzie. Działania czysto behawioralne. Niby kwestia osobistego bezpieczeństwa badacza nie jest najistotniejsza, szczególnie przy tak ciekawym temacie, ale…

      Oto całe planowanie, pisanie kijem po kałuży. Już, już wydaje się, że problem został zwerbalizowany, uchwycony za rogi, a pojawia się całkiem nowa opcja. Opcja, którą niesie życie. A ono jest podobno wieczne. Z tym, że tak twierdzą tylko ci jego wyznawcy, co się jeszcze nie sparzyli na tej wieczności.

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.