Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"O byku, co świata nie widział" Włodek Szczerbiak

2006/04/01 22:11:38


     Pozazdrościłem Zbyszkowi Kowalskiemu pięknego opowiadania o łabędziach. Postanowiłem odkurzyć stare opowiadanie, jeszcze z czasów przedunijnych, kiedy inaczej widzieliśmy świat, bez pryzmatu dyrektyw i rozporządzeń. Jak to łatwiej było żyć kiedy słowo znaczyło to co znaczyło, a HACCP, dobrostan były dekadenckim zmartwieniem.

     A było to tak: do lecznicy przyszedł pan Mazurkiewicz. Pan Mazurkiewicz jest osobą bardzo znaną. Jeżeli trzeba załatwić drogę przez wieś, Remizę, Dom Kultury, jakieś zezwolenie – to tylko do Mazurkiewicza. Kierownik Służby Rolnej to w naszej gminie pierwsza osoba po Wójcie. A tak naprawdę czasami zwyczajnie pierwsza. W polityce nie siedzi, nie donosi, ale ma stosunki. Jak odpowiednio poprosisz Mazurkiewicza – załatwi nawet gwiazdkę z nieba. Więc Mazurkiewiczowi się nie odmawia. Odmowa grozi publiczną alienacją. Znikasz, stajesz się zerem. Oczywiście nie natychmiast, lecz z czasem. Ludzie zaczynają mówić o tobie, jako jednostce nieprzystosowanej, ba środowiskowo obcej. A wiejski weterynarz musi być z ludem!
     Więc, gdy do Punktu weterynaryjnego przychodzi pan Mazurkiewicz – zaszczyt to niemały. Zwykle chodzi się do niego. A jakim zaszczytem jest, gdy pan Mazurkiewicz doceni ciebie i ewentualnie o coś poprosi! Pan Mazurkiewicz może wszystko. A jego znajomi – też nie od macochy...
     – Panie doktorze, mam mały problem, a właściwie to mój kuzyn.
     – Oczywiście, postaram się pomóc.
     – Więc kuzyn chowa bydło, wie pan, nad tą rzeczką.
     – Tak, pamiętam. – (ten krowi wygon nad śmierdzącym fekaliami kanałem) – dodałem już w duchu.
     – U, więc buhajek ma na ogonie dziwną narośl. Myślę, że może nawet będzie trzeba mu usunąć cały ogon. – pan Mazurkiewicz był wręcz niepodobny do siebie. Skrępowany, niepewny.
     – W razie czego amputacja ogona nie powinna stanowić większego problemu, kwestia w tym, czy będzie ona rzeczywiście konieczna.
     – Wolałbym żeby to nie było konieczne, ale jak będzie pan jechał, to proszę na wszelki wypadek zabrać ze sobą potrzebne narzędzia. Narośl jest dość duża, a zbliża się termin odstawy do rzeźni i myślę, że najszybszym rozwiązaniem będzie obcięcie. Nie chciałbym, żeby podpadło pod ustawę o dobrostanie… Rozumie pan? Będę panu zobowiązany, jeżeli zechce pan pomóc mojemu kuzynowi.
     – Ależ oczywiście panie Kierowniku. Mam nadzieję, że uda mi się to załatwić jak należy. Ostatecznie amputacja to nie taki straszny zabieg. – obiecałem.
     – Oj to dobrze, jutro od rana kuzyn będzie na pana czekał.

     Nazajutrz spakowałem samochód jak się patrzy. Narzędzia i opatrunki naszykowałem niczym do obcięcia kończyny. Po takiej prośbie? Jako asystentkę zabrałem ze sobą pannę Kasię.
     Dzień był chłodny i wietrzny. Wiaterek z nieznacznym odorkiem kanału odprowadzającego z naszej oczyszczalni – miło smagał policzki przez okienko samochodu. Droga prowadząca do gospodarstwa im bliżej rzeczki – tym trudniejsza do przejechania. Dobrze, że na kołach miałem opony błotno śniegowe. Samochód wprawdzie mocno myszkował po gruntówce, ale ciągle był sterowny.
     Byk pasł się na łączce przed gospodarstwem. Odpowiadało mi to w dużej mierze, gdyż dzięki temu mogłem sprawę załatwić na „świeżym” powietrzu. Skręciłem z drogi na dość suchą w tym miejscu łąkę i podjechałem do buhaja. Zwierzę wyraźnie zainteresowane zbliżającym się wehikułem ustawiło się w taki sposób, aby w razie czego wziąć problem na rogi. W związku z nieprzychylnym nastawieniem pacjenta – po wyjściu z pojazdu zacząłem robić podchody, żeby zajść byka z tyłu, ale ten najwyraźniej znał się na takich sztuczkach. Miał wysoko rozwiniętą inteligencję emocjonalną, ciągle ustawiał się rogami do mnie. Poleciłem pannie Kasi, żeby włożyła biały fartuch i zaszła pacjenta z drugiej strony. Mogło to wywołać u rzeczonego zwierzęcia „syndrom białego fartucha”, ale starałem się być bardzo pragmatyczny. Podstęp poskutkował. Bysiu nagle zainteresował się wystrojoną niczym do ślubu Kasią, wodził za nią wzrokiem zupełnie apsztryfikant.
     Narośl w dolnej partii ogona okazała się rzeczywiście spora, wielkością przypominała piłkę do koszykówki. Sądząc po pionowo zwieszonym ogonie mogłem podejrzewać też, że usunięcie narośli spowoduje stratę przynajmniej dwudziestu kilogramów żywca.

     Nadszedł wreszcie i gospodarz, też Mazurkiewicz.
     – Doktorze, czy da pan radę obciąć mu to?
     – Tak, musi pan tylko skrócić łańcuch i przywiązać byka do tej wierzby. Trzeba przywiązać go tak, aby nie mógł ruszać głową, króciutko.
     Pan Mazurkiewicz sprawnie opanował podopiecznego i po niecałym kwadransie buhaj miał przywiązany łeb do pnia.
     – Ile on może ważyć?
     – Myślę, że siedemset, a może i osiemset kilo. Jest jeszcze niewyrośnięty, pewno przeszkadza mu ta bomba z tyłu.
     – Oj, zdecydowanie przeszkadza, a dawno ją ma?
     – Gdzieś od wiosny.
     – Gdyby nie czekał pan aż do zimy, to można by obejść się bez amputacji. Teraz niestety jest to jedyne wyjście tym bardziej, że widzę tu kawałek sznurka.
     – Próbowałem starym sposobem podwiązać krwawiący koniec ogona, ale zaczął obrastać zamiast odpaść.
     – Nie odpadł, bo pod skórą są kości, których nie przeciął sznurek. A widzę, że z tą końcówką było raz lepiej, raz gorzej. Chwilami narośl się zabliźniała, a później pod wpływem drażnienia rana znowu się rozjątrzała. Do tego doszedł jeszcze kał, gdyż byk w pewnym momencie nie był w stanie podnieść ogona. Masy kału spływały po ogonie na krwawiącą narośl i prowokowały ją do dalszego rozrostu. Gdy stan się nieco stabilizował, ogon zaczynał swędzieć i byk uderzał nim, ponownie wywołując krwawienie. – w zasadzie należałoby uznać czynności gospodarza za nieuprawniony, karany w majestacie prawa eksperyment paraweterynaryjny, ale – myślę sobie, etyka sobie, a dobre układy we władzach też się liczą.
     – Będzie miał pan około dwudziestu kilo straty na wadze, panie Mazurkiewicz – spróbowałem zażartować.
     – Tak też myślałem, ale kuzyn wytłumaczył mi, że mogą wcale go nie przyjąć z taką naroślą, bo pomyślą, że to rak. A teraz rzeźnicy zrobili się wredni. Bardzo trudno sprzedać bydło z powodu tej nagonki na szalone krowy – Mazurkiewicz bardzo pokrótce wyjaśnił mi niektóre zawiłości marketingowe.
     – Zgadza się. Zaraz go uśpię i obetnę mu końcówkę. W całym tym nieszczęściu dobrze, że narośl jest tak nisko, zabieg będzie prostszy.

     Kasia naszykowała zastrzyk. Buhaj, solidnie przywiązany do drzewa próbował wprawdzie bronić się okręcając się to w jedną, to w drugą stronę wokół pnia, lecz nie wiele mu to dało. Znalazłem żyłę jarzmową i wkłułem się tam z lekiem. Preparat zadziałał szybko, ale zdążyliśmy w czas odwiązać łeb zwierzęcia od drzewa. Oszołomione zwierzę z głębokim stęknięciem zwaliło się na ziemię. Łąka mlasnęła tak, że zaniepokojony spojrzałem, czy przypadkiem samochód nie zapada się w ziemię, ale tam wszystko grało.
     Zwykle, gdy robię jakieś ciekawsze zabiegi u zwierząt chętnie schodzą się sąsiedzi, aby popatrzeć i skomentować. Tak było i tym razem. Nauczony praktyką, że najlepiej zapchać ludziom gęby dając im zajęcie – natychmiast mianowałem kolejnych asystentów, którym kazałem położyć się na byka tak, aby maksymalnie utrudnić mu wszelkie próby wstawania.
     - Trzech kładzie się na łeb i szyję, Resta pilnuje, żeby nie wierzgał nogami – sprawnie poinstruowałem ratowników paraweterynaryjnych.
     Nie jest najwygodniej robić znieczulenie nadoponowe u leżącego byka. Powiedziałbym nawet, że stanowi to pewien problem. Znieczulenie takie polega na podaniu do rdzenia kręgowego odpowiedniego preparatu. Powoduje to zniesienie bólu, ale ubocznym skutkiem jest porażenie mięśni zawiadywanych przez tylną partię kręgosłupa. Ważne jest, miejsce iniekcji, dawka środka przeciwbólowego i oczywiście pewna sterylność podania leku.
     W tym wypadku zdecydowałem się na znieczulanie miednicznych partii po uprzednim oszołomieniu i położeniu zwierzęcia. Objawem prawidłowego podania środka znieczulającego jest zwiotczenie ogona, który staje się bezwładny niczym sznurek. Inna sprawa, że tego zwierzaka ów objaw byłby nawet w pozycji stojącej nie do zauważenia ze względu na ciężar ogona. Minimalne przedawkowanie powoduje przejściowe porażenie nóg. Byk, lub krowa po podaniu zbyt dużej dawki siada na tylne nogi i przez kilka godzin nie może się podnieść. Pamiętam, jak ja miałem kiedyś operowaną przepuklinę, też w znieczuleniu nadoponowym. Po zabiegu, przez sześć godzin co chwila sprawdzałem, czy już odzyskuję władzę w nogach…
     Gdy znieczulenie u buhaja zadziałało, specjalnymi nożycami kostnymi przeciąłem kręgi ogonowe w miejscu, gdzie zaczynała się zdrowa tkanka i z pomocą Kasi obszyłem kikut fałdem skórnym.
     Asystenci zeszli z byka. Buhaj oszołomiony lekami próbował powstać, lecz znieczulenie spowodowało afunkcjonalność korzonków rdzenia kręgowego w wyniku czego nie tylko ogon, ale i tylne nogi pozostały bezwładne. Po kilku próbach byk dał sobie spokój z gimnastyką i zdecydował się na drzemkę. Spakowałem narzędzia i właśnie zabieraliśmy się do odjazdu, gdy pan Mazurkiewicz przestępując z nogi na nogę grzecznie zapytał:

     – A drugiego byka pan doktor nie zechce zobaczyć? – w zasadzie pytanie, jak pytanie. Zaskoczyła mnie reakcja sąsiadów – asystentów. Jak jeden czemuś tam chichotali oglądając się na siebie. Sprawdziłem czy mam zapięte guziki, czy nie ciągnę za sobą jakiegoś sznurka, ale nic!
     – Drugiego? Wiem tylko o tym, co się dzieje z drugim? Pana brat mi nic nie mówił…
     – Właściwie to jest pewien problem. Myślę, że pora wyprowadzić go z obory, a mam z nim kłopot.
     – A duży ten byk jest?
     – Oj tak, jeszcze większy od tego.
     – Żaden problem, myślę, że poradzimy sobie – powiedziałem mając na myśli dość obfite zapasy medykamentów w bagażniku.
     – To niech pan doktor idzie.
     Chcąc, czy nie – musiałem wejść na podwórko. Znałem je dość dobrze z poprzednich wizyt, toteż unikałem wjeżdżania tam samochodem. Mimo wprawy zawsze groziło tam zawadzenie o coś. Albo o bronę, albo o rower, stodołę, oborę, dom. Podwórko może i nie takie maleńkie, bo nieco większe od łazienki. Totalny bałagan świadczył, że pan Mazurkiewicz życie doczesne traktuje jak ironię losu, a nie trudność z którą musi się zmierzyć. Stary kawaler, a żadna panna go nie chciała w obawie przed ogromem pracy związanej z doprowadzeniem obejścia do standardów unijnych. A może też on żadnej nie chciał? Kto to wie, co to ludziom chodzi po głowach?
     Stodoła zdecydowanie uproszczona, schemat anatomiczny. Trzy ażurowe ściany, połowa wrót, wspomnienie po dachu. Opodal drewutnia, oczywiście drewniana, stojąca w oparciu o wypełniającą ją zawartość. Ale dość już tych szczegółów konstrukcyjnych! Ostatecznie gospodarstwo nie zostało zapisane do Katalogu Dziedzictwa Narodowego! Ale swoją drogą – dość urokliwy zakątek! W tym wszystkim tkwił jednak pewien dysonans, o tym później.

     Pan Mazurkiewicz podprowadził nas do domu, w którego ścianę została wkomponowana obórka. Całe to przedsięwzięcie zostało rozwiązane tak przemyślnie, że aby wejść do obory nie trzeba nawet wychodzić z domu, a wystarczało otworzyć drzwi sypialni.
     Swoją drogą pomyślałem – tu właśnie zaczął się cały problem pana Mazurkiewicza. Do wygody człowiek się szybko przyzwyczaja… Jeżeli można oprzątać byki nie wstając z łóżka to, po co robić to codziennie? Życie niesie w sobie tyle ciekawszych wyzwań...
     Przyglądając się zmyślnemu rozwiązaniu kilku problemów przy pomocy wręcz jednego pociągnięcia kielnią pomyślałem i o audycie energetycznym budynku… Nie przeczę, że zimą w domu jest cieplej, ale w dzisiejszych czasach problem ogrzewania daje się rozwiązać w sposób bardziej elegancki, aczkolwiek może i skomplikowany. Oczywiście, w krańcowym przypadku można zrobić w sypialni skrzynię i wytwarzać biogaz.

     Dość dygresji architektonicznych! Pora zapracować na chleb! Całe szczęście, że do obory są też drzwi od strony podwórza, przedzielone tak, że można otworzyć górę i wpuszczać tamtędy światło i powietrze. Górna połowa otwarta, dolna podparta pieńkami.
     Dziwna to sprawa, ale pan Mazurkiewicz nie pokwapił się do odwalania pniaczków, tylko ładuje się do obory górą. Pomogę – myślę i łaps za pniaczek. A pan Mazurkiewicz woła:
     – Panie doktorze, nie! Proszę wejść tak, jak ja!
     Kpi? Już dawno udowodniłem sobie, że sportowcem wyczynowym to nie jestem, bo zbyt ciężko stąpam po ziemi. Ale z drugiej strony – Mazurkiewicz chyba wie, co mówi skoro poleca mi napowietrzną drogę do obory.
     Rzeczywiście. Wiedział! Ba! Musiał być pewien, że otworzenie dolnej połowy drzwi może być niebezpieczne, bo z obory wyleci gnój. Prosto na wchodzącego! Widocznie widły nie sięgały z łóżka i nazbierało się.

     Nigdy, nigdy nie należy sądzić po pozorach! Był tu i drugi problem. Byk. Stał wysoko, wysoko, tam gdzie normalnie mają gniazda gołębie i jaskółki. Bydlę chyba około tony. Furiat uwiązany do pala podpierającego łęgowaty strop. Gdy byk się denerwował, to ruszał się strop. Teraz zorientowałem się skąd brał korzenie ów dysonans, ta drgająca nad dachem antena satelitarna.
     – Od dawna ten byk tak stoi?
     – W obórce?
     – Aha?
     – Od dwóch lat.
     – Nigdy go pan nie wyprowadzał?
     Jakby skruszony pan Mazurkiewicz kręci głową, że nie. Bał się. Zaczęło się to onegdaj, jak musiał założyć rozhukanemu byczkowi łańcuch na rogi. Byczek łańcuch dał sobie założyć, nawet dosyć ciasno, ale po miesiącu spłoszył się i łańcuch wbił mu się w tonsurę. W związku z tym urządzenie mające poskramiać byka przestało pełnić swoją pierwotną funkcję. Pan Mazurkiewicz owszem, próbował łańcuch zdjąć, ale byk mu nie pozwalał. Później byczek został bykiem, a łańcuch został nadal zapięty na tonsurze. Każde, choćby i lekkie pociągnięcie doprowadzało zwierzę do – powiedzmy to oględnie – bardzo żywej reakcji behawioralnej. Powstał kłopot, a właściwie wytworzyła się swoista biocenoza. Gospodarz z natury lubiący wygody – miał wreszcie prawie naukowe uzasadnienie, czemu nie ma oprzątać byka. Na dodatek w sypialni zrobiło się rzeczywiście ciepło. I było to bardzo ekologiczne, tanie ciepło. Sprawa nabrała mocy urzędowej, gdy strop zaczął trzeszczeć. Groźba katastrofy budowlanej była jednak niczym wobec tego, że programy satelitarne zaczęły zanikać.

     Czyż zawsze mnie muszą spotykać tak złożone problemy? Takie sytuacje trzeba rozwiązywać kompleksowo. Trzeba poratować Mazurkiewicza, wyciągnąć byka, ocalić swój łeb i wspaniałą architekturę alkierzową. No i tak dalej, dalej, ale to są już zbyt zawiłe szczegóły, aby się w nie wdawać w niniejszym opracowaniu.
     – Od czego zaczynamy?
     – Trzeba mu zdjąć ten łańcuch z głowy panie doktorze! Inaczej nie przyjmą mi go na spęd – oświecił mnie pan Mazurkiewicz.
     – Łańcuch? A po co? Nie można go sprzedać z łańcuchem?
     W tym momencie ujawniła się w całej krasie głębia przemyśleń mojego klienta. On teraz myślami był już ze swoim bykiem na wadze w rzeźni, a tam ten łańcuch był rzeczywiście problemem. Taki łańcuch po uboju fatalnie tępi rzeźnickie topory ze szlachetnej stali, a Przemyślenia godne co najmniej absolwenta Wyższej Szkoły Biznesu!
     – Sprawdzaliśmy, doktorze – z łańcuchem nie przyjmują, trzeba zdjąć i dobrostan nie pozwala...
     Wobec nawału trudnych problemów i ja dałem się zapędzić w pętlę myślową pana Mazurkiewicza. Zacząłem myśleć o odcięciu tego nieszczęsnego łańcucha. Okazało się, że Mazurkiewicz przygotował (pożyczone od sąsiada) specjalne nożyce nadające się choćby do cięcia kłódek.

     Porzuciwszy filozoficzne dywagacje zająłem się prozaicznymi rzeczami. Jak tam wejść? Po przejściu przez drzwi droga do byka jeszcze przez jakiś odcinek nadal biegła pod górę. W połowie tej drogi zaczynałem niczym Atlas podpierać karkiem strop. Mam cholernie słaby i delikatny karczek. Wpadłem więc na pomysł, że poszukam broni pneumatycznej i komfortowo wystrzelę ampułeczkę w tyłek furiata.
     Wyciągam z kieszeni na tyłku telefon i dalej wydzwaniać! Niestety, w promieniu dwustu kilometrów nikt znajomy takiego karabinka nie posiada! A jeszcze koszty, czas, ech... Rolnicy zbyt dużo się filmów z satelity naoglądali i myślą, że tu też Ameryka, albo Australia nie przynierzając.
     Postanowiłem uciec się do bezinwestycyjnych metod indiańskich. Zacząłem uważnie obserwować życie domowe byka. Starałem się stać składnikiem tego ekosystemu, tej niszy. Po krótkiej chwili wypatrzyłem gdzie cwaniak stawia nogi, że nie zapada się w gnój. Teraz wystarczyło tą wiedzę umiejętnie wykorzystać, choć intensywnie przeszkadzał mi w tym byk. Bydlę tak się mnie bało, że nie w sposób było podejść. Ale z indiańskich książek wiedziałem jak sobie poradzić. Otóż starzy Indianie twierdzą, że lew nie widzi człowieka, gdy ten się nie rusza. Bzdura może totalna, ale za co łapie się tonący? Zresztą czy Indianie widzieli lwa?
     Uważnie stąpając w wiadome tylko mnie i bykowi miejsca zacząłem podchodzić do buhaja. Głupol, mimo że miał otwarte drzwi do sypialni, to wcale chyba nie oglądał filmów z Winetou! Zamiast stanąć nieruchomo i dać się zahipnotyzować – kręcił się jak szalony wokół słupa, aż Mazurkiewicz co chwila latał sprawdzać co z tą anteną.
     Zdenerwowany zwierz zaczął robić błędy. Czasami zapominał stąpać w umówione miejsca i zapadał się po brzuch. Wtedy przez jakąś chwilę był bezpieczny. Nie groziło mi ani złamanie nogi, ani utopienie w roztworze wiadomych substancji użyźniających. Naukowe podejście i cierpliwość pozwoliły mi zrobić zastrzyk. A gdzie tam dożylnie, normalnie no, w tylne partie ciała.
     Po kwadransie byk się uspokoił i zaczął spoglądać na oborę łaskawszym wzrokiem. Wtedy kazałem Mazurkiewiczowi odczepić go od anteny i wyprowadzić na zewnątrz. Pojawił się kolejny problem. Bydlę zaczęło gwałtownie kaszleć, ale rozumieliśmy go. Świeżego powietrza to on był niezwyczajny!

     Niedługo oj niedługo gospodarz zdołał prowadzić swojego byka. Próba nakierowania zwierzęcia ku pobliskiej topoli zakończyła się ucieczką zwierzęcia. Zaczęliśmy razem z „asystentami” biegać po krajobrazie.
     Zaznaczam, że pojęcie – „zaczęliśmy łapać byka” – byłoby tu nieco na wyrost, nie oddałoby istoty rzeczy. Było to tak, że najpierw my biegliśmy za bykiem, a gdy byk zobaczył przed sobą drzewo, biegł za nami. Tych drzew była cała kupa...
     Zbyt blisko biec za nim też nie mogłem, bo brudas biegnąc – popuszczał kał i ochlapywał jak cholera. Po pierwszym kwadransie biegania oddałem Kasi kurtkę i sweterek. Biedna dziewczyna, nie biorąc udziału w zabawie była blado – niebieskawa z zimna – chyba. Nic, niech nabiera doświadczenia!
     Kolejne pół godziny pozwoliło mi podać byczkowi drugą dawkę leku. Niestety, nowe wrażenia, gonitwa tak mobilizowały łaciatego, że praktycznie nie widziałem efektów działania farmaceutyku. Dopiero trzecia dawka spowodowała, że byk zaczął się potykać. Wtedy praktycznie był nasz. Fakt, że próbując wywrócić nadrzeczną wierzbę złamał sobie jeden róg i rozerwał dwa łańcuchy, które zdołaliśmy na niego narzucić. Na szczęście – i leki i zmęczenie po wyczynach sprinterskich u zwierzęcia absolutnie oborowego – zrobiły swoje.
     Obciąłem dyndające łańcuchy, lecz tego kawałka obwiązanego wokół rogów nie zdecydowałem się wycinać. Nie zabrałem ze sobą trepana… Żelastwo było tak głęboko wrośnięte w tkanki, że miejscami oblała je kość. Sens operowania byka kilka dni przed ubojem był żaden.
     – Ale doktorze nie przyjmą go z łańcuchem.
     – Przyjmą, przyjmą, wystawię git skierowanie.

     Zaczęły się schody ze znalezieniem rzeźni, gdzie zechcą zabić poza kolejnością. Wszędzie kolejki! Sytuacja na rynku była taka, że na ubój bydło czekało miesiąc i dłużej. Każda dodatkowa sztuka wymagała przecież sprzedania, a w związku z zastojem na rynku mięsa wołowego powstał poważny dylemat. Jeszcze stojąc na łące zadzwoniłem do dwóch rzeźni, ale mieli nadkomplet.
     Później próbowałem załatwić przyjęcie byka dzwoniąc z lecznicy, lecz i te wysiłki spełzły na niczym. Zmordowane wysiłkiem i stresem, zlane potem i strużkami własnej krwi zwierzę zostało na dworze. Miało tam spędzić swoją chyba pierwszą i ostatnią noc. Kazałem je okryć derkami, albowiem uznałem ponowne wprowadzenie go do obory za zbyt duże ryzyko. Zdecydowałem, że lepiej zabić byka z początkowym stadium zapalenia płuc, niż ponownie wyciągać go z jego pieleszy.
     I w tym momencie pokazał swoją klasę pan Kierownik Mazurkiewicz. Powiedział:
     – Ja to załatwię.
     Po kwadransie szeptów przez telefon – byk był sprzedany.
     Fakt, nazajutrz, aby wprowadzić byka na dwukółkę rolnicy musieli zrobić skomplikowany szpaler z kilku traktorów, a piątym wciągać bydlaka na przyczepkę, lecz mnie już przy tym – na szczęście niebyło. Swoją drogą ci, co pakowali byka na dwukółkę mieli mi nieco za złe, że tak wytrenowałem go w bieganiu. Patrząc z dystansu, zastanawiam się, ile w mojej pracy tamtego dnia było czynności weterynaryjnych.
     Walcząc z bykiem pomogłem rozwiązać tyle nabrzmiałych zawiłości, że życie pana Mazurkiewicza zyskało nowy wymiar. Nawet antena zaczęła działać!
     Z weterynarią i elektroniką – poradziłem sobie. Gorzej z psychologią. Obórka pozostała nieuprzątnięta. Byk sprzedany, jest miejsce dla następnego…

     PS. Następny byk w drodze! – to nowa epopeja, tym razem problem polega na tym, że ten byk ma paszport z zaznaczeniem niewłaściwej płci. XX, zamiast XY. Mazurkiewicz ma nowy problem, a byk z urzędowo uznany za krowę dochodzi już do tony… Ma cztery lata. Też go światło razi w oczęta. Będzie się działo, oj będzie! Wróble ćwierkają, sąsiedzi dopytują się mnie – kiedy?

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.