Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Czy wszystko zależy od antybiotyków-pyta Wło

2006/05/28 02:31:40


Czy wszystko zależy od antybiotyków?

Stale pojawiają się problemy związane z antybiotykoopornością bakterii. Za jeden z elementów uznawane jest podawanie antybiotyków zwierzętom. Szczepy bakteryjne, które przeżyły antybiotykoterapię są odporne na działanie leku. Namnażają się obficie gdyż przy pomocy środka bakteriobójczego wyeliminowana została konkurencja w postaci szczepów wrażliwych. Bakterie pozostałe po leczeniu antybiotykami za jakiś czas, wolno wracają do proporcji szczepów opornych i wrażliwych. Nie jest to pełen powrót do statusu sprzed kontaktu z lekiem. Muszą być pozostawione w spokoju, a nie podlegać ciągłej selekcji w związku z terapią kolejnych chorób.

W hodowli wielkostadnej antybiotyki stosuje się tym częściej i dłużej, im większe są stada zwierząt, im mniejsza ilość rąk do obsługi. Przykładem antybiotyków, których podawanie przyczynia się do szybkiego rozwoju szczepów opornych są chinolony. Przykładem bakterii szczególnie przystosowanych do przeżywania w środowisku zawierającym dawki terapeutyczne antybiotyków są salmonelle (szczególnie śmiertelnie słynny szczep DT 104), gronkowce.

Narastające problemy z leczeniem chorób bakteryjnych, coraz węższe spektra terapeutyczne nowo wprowadzanych antybiotyków, lekooporność mikrobów – sprowokowały przeciwdziałania idące we wszystkich kierunkach. Jednym z działań nastawionych na zmniejszenie ilości szczepów szpitalnych jest dokładniejsza diagnostyka, celowane leczenie bakteriobójcze, a także maksymalne eliminowanie antybiotyków z leczenia. Przede wszystkim z leczenia zwierząt. Są już nawet plany minimum i maksimum wycofania antybiotyków terapeutycznych z hodowli. Jak się potoczy świat? Z naszego, krajowego punktu widzenia, gdzie dziś firmy farmaceutyczne są pod obstrzałem wygląda to inaczej, niż z Europy. Lekarzom medycyny bardzo przeszkadzają antybiotyki w weterynarii. Stronnictwa proekologiczne są za ograniczeniem antybiotyków w produkcji żywności. Europa to tak, czy inaczej jedne z najbogatszych państw świata. Stać je na zdrowie! Pytanie tylko o dziecko z kąpielą wylewane…
Firmy farmaceutyczne będą lobować za jak największą sprzedażą antybiotyków. Weterynaria to tylko pięć procent ich kwoty obrotu. Wagowo to jednak całkiem sporo. Leki dla zwierząt są sprzedawane w dużych ilościach, co mimo ich stosunkowo niskiej ceny – per saldo farmaceutom się opłaca! Ekologom – nie. Czym się to skończy? Jak postanowi Bruksela?

Z hodowli zwierząt w pierwszej fazie zostały usunięte antybiotykowe stymulatory wzrostu. Antybiotyki te charakteryzowały się, szczególnie w ostatnim etapie ich stosowania tym, że nie przenikały bariery jelitowej, nie znajdowały zastosowania w lecznictwie ludzi. Nie do końca wyjaśnione działanie preparatów stymulujących przyrosty zwierząt, odegrało swoją rolę w podjęciu decyzji o ich wycofaniu. Natura podobno nie znosi próżni. Gospodarka i hodowla – też. Efekty nie kazały na siebie czekać. Tam gdzie wycofano stymulatory antybiotykowe – szybko wzrosło zużycie antybiotyków terapeutycznych. Może nie zawsze osiągnęło poziom ilościowy stosowanych wcześniej stymulatorów wzrostu, ale ich wzrastające zużycie wywołało powrót zaniepokojenia o antybiotykooporność. Nie jest do końca prawdą, że jedynie stosowanie antybiotyków prowadzi do wzrostu oporności bakterii na te leki. Niemniej jest to jeden z ważkich powodów powstawania nowych szczepów.

Stymulacja wzrostu środkami nieantybiotycznymi nie jest ani tania ani tak skuteczna. Wydłużeniu ulega cykl produkcyjny zwierząt. Tym bardziej, że nasilenie się zmian chorobowych, w dużej mierze dotyczących przewodu pokarmowego, spowodowało kolejne straty.

Istnieją dalsze plany ograniczenia dostępności antybiotyków dla hodowli zwierząt. Wiadomo, że nie od dziś są tuczone zwierzęta i nie same antybiotyki zapewniają im zdrowie. Niemniej zastąpienie chemioterapeutyków immunomodulatorami, ekologicznym chowem, poprawą dobrostanu jest przedsięwzięciem trudnym. A może alternatywą jest wegetarianizm? Pomijam koszty preparatów, bo bardziej istotnym jest sposób podawania szczepionek, konieczność posiadania rzeczywiście dużej wiedzy o immunologii. Szczepionki często się podaje indywidualnie, w odpowiednim momencie rozwojowym. W takim układzie możliwe, że skończy się samodzielne leczenie zwierząt przez rolników, bo szczepionka to nie tylko kwestia podania, lecz i formy, sposobu, terminu. I niestety same szczepionki nie rozwiązują problemu do końca. Może będą znowu potrzebni lekarze weterynarii?

Ewentualna rezygnacja z części antybiotyków terapeutycznych bardzo poważnie utrudni chów i hodowlę, wydatnie podniesie koszt uzyskania kilograma mięsa. Czy konsumenta i rolnictwo stać na takie rozwiązanie? W pierwszym etapie najprawdopodobniej nasiliłby się import taniego mięsa z państw mniej restrykcyjnie podchodzących do tematu. To byłby też następny krok do trumny hodowli zwierząt w Europie. Uszczelnienie granic dla żywności, gdzie były stosowane substancje hamujące, zahamowanie importu z czasem umożliwi odbudowę potencjału hodowlanego. Niemniej będzie to musiała być hodowla oparta na zasadach ekologicznych, lub w warunkach poważnie zmodyfikowanego pojęcia dobrostanu zwierząt.

Żywność ekologiczna jest droższa, bo trudniejsza do uzyskania, niż ta oparta o nowoczesne technologie. Jednocześnie otrzymywanie takiej żywności wymaga kolejnych rąk do pracy, do ciężkiej pracy u podstaw, właśnie przy pozyskiwaniu żywności. Obecnie – im nowocześniejsze jest państwo – tym mniej wysiłku jego społeczeństwo poświęca na produkcję żywności. Totalna ekologizacja musi w takim układzie wprowadzić zmiany struktury zatrudnienia. Dziś społeczeństwo UE w dużej mierze zajmuje się usługami wymagającymi dużej wiedzy, przekazywania informacji. Praca przy zwierzętach wymaga „końskiej” siły i „końskiego” zdrowia. Radykalna zmiana podejścia do hodowli może mieć odczuwalny wpływ na zmiany ekonomiczne nie tylko w Europie, ale i na świecie. Tak duże przetasowania społeczne wśród poważnej części ludności Ziemi nie pozostaną bez echa na innych kontynentach.

Weterynaria nie jest obecnie przystosowana do pracy z ekologiczną hodowlą. Dziś można powiedzieć, że „idziemy na łatwiznę” wykorzystując najnowsze osiągnięcia chemii. Natomiast rezygnacja z antybiotyków, hodowli wielkotowarowej, przestawienie się na małe, ekologiczne stada będzie wyzwaniem i dla weterynarii. Koniecznością powrotu do indywidualnej terapii, a nie, jak dziś – leczenia całych stad. Czy taki scenariusz obejmie obecnie pracujących lekarzy weterynarii? Może zostanie zastosowany jakiś złoty podział, poszanowanie antybiotyków tak hojnie obecnie stosowanych w medycynie i weterynarii?

Robi wrażenie taki sposób podejścia do tematu, prawda? Całe może i dla nas szczęście, że ludzkość jest leniwa. Nikt nie chce wracać do ciężkiej pracy w gospodarstwach hodowlanych. Na razie hodowcy radzą sobie poprzez wprowadzanie mniej wydajnych niż antybiotyki stymulatorów wzrostu. Do pewnego, ściśle uwarunkowanego ekonomią stopnia – wzrasta poziom dobrostanu zwierząt. Natomiast, gdy chodzi o rozgęszczenie hodowli, zatrudnienie nowych pracowników – nic się, przynajmniej nie na razie dzieje. Hodowcy zamiast zatrudniać nowych ludzi, wprowadzać technologie coraz bardziej ekstensywne – wolą zwiększyć ryzyko strat. Okazuje się to wygodniejsze i tańsze, niż inne sposoby. Czy nadejdzie taki czas, kiedy trzeba będzie przejść na systemy ekstensywne? Trudno prorokować, jakie determinanty pojawią się w przyszłości. Niemniej stale trzeba brać pod uwagę i lenistwo i inteligencję ludności. Przejawiają się one, także w odniesieniu do całych społeczeństw, a zapewniają postęp, rozwój technologii.

Cóż dzieje się dziś, jeśli chodzi o stosowanie leków na fermach? Cała Europa wprowadziła zakaz stosowania stymulatorów antybiotykowych, pojawiają się ograniczenia w stosowaniu antybiotyków przy leczeniu. Antybiotyki terapeutyczne wielokrotnie ratują z opresji ogromne stada zwierząt. Są podawane ciągle, długi czas, w ilościach wynikających z potrzeb, oraz chytrości ludzi starających się zawsze obniżyć koszty produkcji.

Można założyć, że praktycznie w całej Unii kontrolę nad stosowaniem środków hamujących sprawuje weterynaria. Różnie to się odbywa w różnych krajach. Tam, gdzie mamy do czynienia z zaawansowanymi technologiami, dużymi skupiskami zwierząt – leki są podawane przez hodowców. Weterynaria prowadzi tylko nadzór w postaci podejmowania decyzji o rodzaju i ilości stosowanych antybiotyków. Dystrybucja często odbywa się poprzez apteki niekoniecznie pozostające pod nadzorem weterynaryjnym. Natomiast w państwach o przewadze małych gospodarstw stosowanie antybiotyków odbywa się w oparciu o bezpośrednie serwowanie ich przez lekarzy leczących zwierzęta.

Podobnie wygląda stosowanie tych leków u zwierząt towarzyszących. Tu ilości podawanych lekarstw są wręcz minimalne, a w dużej mierze zależne od decyzji lekarskich. Niemniej i ten rynek ma swoją specyfikę, jakże podobną do obserwowanej gdzie indziej. Przy dużych, handlowych ilościach trzymanych zwierząt też wkradają się zakusy do masowego podawania lekarstw. Niejednokrotnie jest to niezbędne, ale zarysowuje się ten sam trend. Lekarz weterynarii, jako drogi, skuteczny ze względu na stosowane farmaceutyki bywa wypierany przez przebiegłych hodowców. Bywa, że do naszych gabinetów są zlecane jedynie specjalistyczne zabiegi. Zwierzęta z tak prowadzonych hodowli mają podobne problemy zdrowotne, jak ich podlegający konsumpcji bracia w niedoli. Także i tu w kąt idą zasady etyki, jakiejkolwiek moralności wobec naszych „braci mniejszych”. „Światem kręci pieniądz”, śpiewała Liza Minelli.

Trudno mówić, który z systemów nadzoru nad zdrowiem zwierząt jest właściwszy, tańszy, skuteczniejszy. Każdy ma swoje zalety i wady. Każdy jest nieszczelny, ma wady. Kwestia wad tych systemów związana jest z także poszanowaniem prawa, poziomem wiedzy hodowców i lekarzy. I w Holandii, która jest krajem o tak zaawansowanej hodowli, że lekarze wyłącznie konsultują hodowle, sami nie stosując leków, i w Polsce, gdzie jest stosowany system mieszany jest wiele luk. Luk prawnych i wynikających z partykularnych interesów niektórych ludzi. Powoduje to najrozmaitsze „przecieki”, niekiedy bardzo istotne dla statusu zdrowotnego produkowanej żywności. Niejednokrotnie bywa, że hodowcy korumpują aparat kontrolny, decyzyjny i rozdzielczy w sprawie leków, jakim przeważnie jest weterynaria, a także producenci i dystrybutorzy środków bakteriobójczych. Postępująca restrykcyjność aparatu kontrolnego w postaci różnych inspekcji nie wszędzie nadąża z pomysłowością kombinatorów. Każda większa „wpadka” stanowi wodę na młyn dla środowisk dążących do wycofania najskuteczniejszych i w sumie najtańszych preparatów determinujących końcowe efekty hodowli.

Dzieje się tak w Polsce i w innych krajach. Hodowla zwierząt w naszym kraju w porównaniu do państw o zaawansowanej technologii często jest czasami określana jako wręcz ekologiczna. Składa się na to stosunkowo duża, jak na standardy państw zaawansowanych ilość osób obsługujących sektor. Gospodarstwa drobnotowarowe, może lepiej dopilnowane stada, proporcjonalnie mniejsze zużycie leków. Rozwijająca się dopiero świadomość producentów, niejednokrotnie stymulowana odgórnymi nakazami w postaci dyrektyw. Dostępność cenowa i praktyczna zaawansowanych technologii. Te punkty determinują status naszej hodowli.

Na kanwie takich uwarunkowań odbywa się dystrybucja leków, w dużej mierze antybiotyków. Jak to robimy? Prawo farmaceutyczne przewiduje, że produkty lecznicze mogą być dystrybuowane wyłącznie poprzez zakłady lecznicze dla zwierząt.
W związku z tym i wszelkie ich przechowywanie musi się odbywać w odpowiednich warunkach, wyłącznie na terenie tychże zakładów. Podobnie odpowiednie uwarunkowania dotyczą przewozu tychże leków. Niejako na marginesie dodam, że w Danii lekarz nie ma prawa przewozić leków samochodem.
Dystrybucja preparatów leczniczych wiąże się z prowadzeniem dokumentacji uwzględniającej ścisłe zarachowanie obrotu, danych identyfikacyjnych poszczególnych dostaw i serii leków. Ponadto obowiązuje prowadzenie dokumentacji przebiegu leczenia zwierząt i stosowanych w tym celu leków. Są oddzielne dokumentacje dla zwierząt konsumpcyjnych i niepodlegających konsumpcji. Wszelkie stosowanie i przekazywanie produktów leczniczych podlega ewidencjonowaniu w dokumentacji leczenia i obrotu.
Weterynaryjne produkty lecznicze to także środki odurzające i psychotropowe, co wymaga dodatkowych zezwoleń Inspektora Farmaceutycznego. Te środki muszą też być odpowiednio zabezpieczone przed osobami postronnymi. Ich dopuszczalny zapas apteczny jest ograniczony do czternastodniowego zużycia.
Lekarze weterynarii mogą wystawiać recepty, które muszą uwzględniać w dokumentacji leczenia. Przechowywaniu podlegają kopie recept na środki odurzające i psychotropowe.

Usługa weterynaryjna polega także na obrocie detalicznym produktami leczniczymi weterynaryjnymi. Może się to odbywać wyłącznie przy prowadzeniu zakładu leczniczego dla zwierząt. To prawo automatycznie określa, że samo prawo wykonywania zawodu lekarza weterynarii nie wystarcza do nabywania i prowadzenia obrotu „lekami” zarówno z hurtowni, jak i aptek „ludzkich”. Nie może też lekarz bez zakładu leczniczego wypisywać recept na własne potrzeby, bo wystawianie recept stanowi o wprowadzeniu do obrotu produktów leczniczych. Wniosek dla zainteresowanych – zawsze trzeba mieć przynajmniej gabinet, nawet do wypisania recepty na „Oxycort” na pryszcza!
Jak mówiliśmy, lekarz weterynarii nie sprzedaje leków, ale je stosuje. Wiąże się to każdorazowo z wykonaniem badania zwierzęcia, postawieniem diagnozy. Po badaniu i zdiagnozowaniu można podać samemu, lub pozostawić lek do podania przez właściciela. Obejmuje to identyczną procedurę dokumentacyjną, jak stosowanie leku.
Jeszcze raz! Nie jest obrotem osobiste podanie zwierzęciu lekarstwa, lecz stosowaniem. Stosowanie wymaga wcześniejszego zbadania, zdiagnozowania, podlega takim samym restrykcjom, jak obrót – odnośnie dokumentacji. Jest to może i pewna nieścisłość z umiłowaniem wykorzystywana przez niektórych lekarzy weterynarii. Twierdzą oni, że skoro prowadzą wyłącznie obrót – nie podlegają kontroli Weterynaryjnego Inspektora Farmaceutycznego upoważnionego do kontroli obrotu.

Co się dzieje w terenie, gdzie każdy lekarz wolnej praktyki jest sam sobie „sterem, żeglarzem, okrętem”? Ano dzieje się różnie, często źle. Są zakłady, gdzie obrót, lub też – poprawnie mówiąc – stosowanie leków odbywa się prawidłowo, nieliczne zakłady.
Występuje sporo niedociągnięć. Są one związane z prowadzeniem obrotu detalicznego niepolegającego na stosowaniu lekarstw. Mamy do czynienia ze zwyczajnym handlem, niczym kartoflami. Istnieje tu kilka form robienia „przekrętów”. Pierwsza wersja polega na handlu lekarstwami nielegalnie zakupionymi, z przemytu, lub kradzionymi. Bardziej zaawansowana legislacyjna jest forma masowego handlu legalnie zakupionym towarem połączona z jednoczesnym prowadzeniem fikcyjnej dokumentacji. Ciekawostką tu jest, że właśnie tacy handlarze mają zwykle najlepiej prowadzoną dokumentację. Kolejna forma, bodajże najczęstsza to sprzedawanie małych ilości lekarstw, akurat na wyleczenie aktualnie chorych zwierząt na podstawie samego wywiadu, bez badania diagnozy, czy podania lekarstw.

Czy warto to uszczelnić, ukrócić? Jeżeli chodzi o opinię wielu hodowców – lekarz weterynarii stanowi człon zupełnie zbędny, podnoszący tylko cenę leczenia. Tacy hodowcy na podstawie rozmaicie uzyskanych informacji, kupując leki w rozmaitych pseudo-hurtowniach samodzielnie leczą zwierzęta. Niejednokrotnie z dobrym skutkiem, co ich utwierdza w opinii o swojej boskości w tym względzie. Działa to podobnie, jak stukanie w psujący się telewizor. Właśnie domorośli „spece” mają największe pretensje o koszty dodatkowe związane z zakupem leków. Nie są dla nich istotne rozmaite porażki, bo lekarzom, niestety wpadki też się zdarzają. Konsument, dobrostan, karencja, dla wielu „producentów” to tylko fikcja literacka. Ważne to wyprodukować tanio i dobrze sprzedać. Po sprzedaży – dziej się wola nieba! Niech tym się martwią nabywcy. Bardzo to i zdrowe, a właściwiej - życiowe podejście do tematu.

Wielu lekarzy sprzyja takiemu myśleniu, najwidoczniej także wychodząc z założenia, że najważniejsza jest ilość, a jakość to sprawa frajerów. Zresztą ta jakość w naszym biednym kraju niektórym wydaje się być tylko kulą u nogi, i to dość łatwą do odczepienia. Obrót, obrót i jak najmniej zmartwień związanych z diagnostyką, leczeniem. Taki lekarz wyłącznie sprzedaje. Nie leczy! To też doceniają i respektują jego nabywcy. O leczenie zapytają jakiegoś wyrobnika jedzonego przez skrupuły, próbującego przestrzegać jakichś zasad, promować dobrą robotę.

Rynek jest brutalny. Dziś, w gwałtownie zmieniających się realiach zdaje się, że nie jest ważna dobra robota. Ważne jest umieć sprzedać i uciec od jakiejkolwiek odpowiedzialności. Długo tak nie będzie, żyjemy w Unii (jak dotychczas) i tu święty biurokracy kiedyś w końcu pouszczelnia rozmaite dziury z takim zapałem dziś eksploatowane przez szarą, lub wręcz czarną strefę.

Zastanawiałem się kiedyś, w jaki sposób tracimy możliwości zarobkowania. Zaczęło się to pewnie od sprzedaży „glizdownika” dla baby, co sama rozpoznała robaczycę na podstawie „makaroników takich” w kale. No i doktór sprzedał „glizdownik”. Następnym razem z lenistwa sprzedał ten sam lek, bo świntuch zgrzytał zębami. A baba się uczy! W środę, przed wyjazdem na TBC, albo do rzeźni – zaczepił go chłop z Gwizdołków, że „chory mu świniok, mo czyrwone kwadraty na skórze”.
- Masz pan tu zastrzyk i zrób! Ja muszę do roboty! Chłop, guła sam zastrzyku nie zrobił, ale baba umie! Dalej do baby!
W czwartek sąsiadka przyszła po pastylki do „rodnicy”, bo krasula „cinżko się ciliła i cóś by się zdało”. Doktór pomyślał i dał pałeczki domaciczne. Teraz nasza baba umie już gmerać w macicy!
W piątek, podczas konsultacji na fermie – pan doktór sprzedał cztery rodzaje antybiotyków z opisem, kiedy i ile dawać, oraz szczepionki na jeszcze osiem chorób…

Sami, sami sobie, przez nasze lenistwo jesteśmy winni, że stopniowo tracimy chleb. Jednak przy tak wszechogarniającym lenistwie, źle pojętej rynkowości możemy szybko stracić robotę! Leki przejmą apteki, psy będą leczone przez fryzjerów, a konie przez masztalerzy. My, przejęci świętym oburzeniem, żłopiąc kuroniówkę będziemy deliberować, jak to nic dziś się już nie opłaci, nawet w rzeźni badają oglądacze… Każdy lekarz weterynarii wie, że nie jestem tu gołosłowny.

W ślad za praktyką, ba – potrzebami społecznymi (także z naszej strony) – podąża prawo. Frontline, Fiprex przekupnie sprzedają w sklepikach zoologicznych, toczy się walka o przeniesienie tam przeciwrobaczych i dalej, dalej. Grupy słusznego nacisku to: klienci, bo taniej w sklepie, firmy farmaceutyczne, ba w ten sposób więcej sprzedadzą i lekarze weterynarii, jak wynika z analizy sposobu naszej pracy. I co my tu zdziałamy przeciw takiej sile? Skoro w dodatku jeszcze sami się o to prosimy? Uregulowania prawne idą nam naprzeciw! Leki do sklepów, lekarze do grajdołków. Zgodnie z prawem, zgodnie z odczuciami wszelkich środowisk, nawet lekarzy, leni śmierdzących, takich jak i ja!

W Polsce prawo weterynaryjne jest podobno jednym z najlepszych w całej Europie. Cały zachód zazdrości nam Izby, przepisów farmaceutycznych. Tylko my ciągle psioczymy i z uporem maniaka niszczymy to, co dobre. Niszczymy w imię nienajlepiej pojętej mrzonki o „wolnym rynku”. A może tak będzie lepiej? Mam propozycję – sklep samoobsługowy! Palcem w bucie nie trzeba ruszać! Na koniec zmiany wystarczy wydoić kasy, ewentualnie i ekspedientki o cieplejszych paluszkach i do domciu!
Jak ktoś chce sobie założyć sklep – droga wolna! Ale niech to nie będzie sklep z antybiotykami i innymi lekarstwami. Społeczeństwo, mimo że pozornie głupie i zainteresowane wyłącznie bezpośrednim zyskiem – ma jednak mądrych doradców i przedstawicieli. Oni są gotowi w każdej chwili dostosować możliwości do wymagań, lub odwrotnie. Obyśmy nie zostali wtedy z rączką w naczyniu do całkiem innych rzeczy!

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.