Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Adwokat" - tekst Włodka Szczerbiaka

2006/12/04 08:41:04


Piszę w „Medicusie”. Czytam posty, odpowiadam. Opinię mam straszliwie zszarganą. Nic mi już nie zaszkodzi. Najwyższy czas pobyć i adwokatem diabła.

Zaczęło się od tego, że pojechałem do Warszawy na drugi dzień targów „Weterynaria 2006”. Wystawa, jak wystawa. Rejestracja przez Internet, albo na miejscu. Bramkarz sprawdzający kupony. Młodzież, dużo młodzieży. Ale ostatecznie stolica jest tu jeden z wydziałów weterynarii. Gdzieniegdzie, pod ścianami przemykają się lekarze u których widać cechy rozpoznawalne tylko przez wtajemniczonych. Są natychmiast wyławiani z tłumu i zapraszani do stoisk. Wystawiony jest sprzęt chirurgiczny, elektronika, trochę broszur o farmaceutykach i wspomnienie o bezpieczeństwie żywności.

Dreszczyku dodają wykłady. Wysłuchałem tylko jednego, wygłoszonego przez doktora Mariana Porowskiego. W zasadzie nic nowego dla kogoś, kto zna ten temat, ale trochę nieoczekiwane dla mnie, odważne ujęcie. Otóż prelegent stwierdził, że obsługa zwierząt na fermie powinna się składać z ludzi młodych, nie skażonych rutyną, złymi nawykami nabytymi w niewłaściwie prowadzonych fermach. Mówi się, że na niektóre sympozja warto jechać dla jednego tylko szczegółu. Tak. Tu był ten szczegół.

Od zawsze wiadomo, że młodym ludziom, świeżo zatrudnionym łatwiej wpoić nowe zasady, niż weteranom. Wieloletnie naleciałości niedbalstwo przy obsłudze zwierząt, są trudne do wyplenienia u ludzi z dużym doświadczeniem zawodowym. Uciekają się oni do wielu automatyzmów nabytych w pracy. Im starszy pracownik, tym trudniej przekonać go do nowego. Ostatecznie – czemu ma pracować inaczej, niż przez całe życie? A prawda jest taka, że w nowoczesnym chowie, hodowli trzeba wprowadzać mnóstwo nowinek naukowych, technicznych, a także tych związanych z podejściem do pracy.

Automatyzmy nie są złe. Ułatwiają życie, pomagają reagować na konkretne sytuacje. Coś takiego, występuje u dobrego szermierza, lub piłkarza. Na określone zagranie – natychmiast odpowiada właściwym blokiem. Gorzej, kiedy zmieniają się reguły gry. Potrzebne są nowe odruchy. Żartem można powiedzieć, że to jak po zdaniu egzaminu. Trzeba zapomnieć o wszystkim i uczyć się nowego.

Takie rzeczy łatwiej jest robić młodym, którzy jeszcze nie posiadają określonych łuków odruchowych. U osób starszych te łuki są wykształcone - niczym autostrady. I często, gdy trzeba pojechać nową drogą – skręcają na starą trasę. A to złe rozwiązanie. Nie każdy za tym nadąży. Młodym jest łatwiej z czysto fizjologicznych przyczyn. Potwierdza to fakt, że najchętniej są zatrudniani młodzi pracownicy. Komuś po czterdziestce jest bardzo trudno dostać pracę, chyba że właśnie jest fachowcem z akurat potrzebnymi łukami odruchowymi, czy też inaczej - z dużym doświadczeniem na danym stanowisku.

Zastanawiałem się jakich pracowników w weterynarii preferuje nasz Rząd. Logika mówi, że młodych, ze świeżym, nie skażonym złymi naleciałościami spojrzeniem. Pytanie – czy tak jest w rzeczywistości? Moim zdaniem – nie. Ministerstwo Rolnictwa ze wszech miar stara się opierać na starych kadrach. O zatrudnianiu młodych tylko się mówi. Dziś nie istnieje cudowny druczek z napisem „nakaz pracy” – przy pomocy którego można było dowolnego lekarza skierować w dowolne miejsce. Dziś panują inne układy nowocześniejsze. Nowemu pracownikowi trzeba stworzyć warunki do pracy takie, które go zainteresują, wzbudzą w nim chęć działania. A w dzisiejszych absolwentach naszego wydziału bardzo trudno o takich. Mogą być dwie przyczyny jedna ze strony pracownika, druga ze strony pracodawcy. Dopiero wzajemne dopasowanie tych uwarunkowań spowoduje, że młody absolwent podejmie pracę w terenie, w Inspekcji. Lekarze z miejskich lecznic jakoś lepiej sobie radzą z tym tematem. Oferują ciekawą, pełną wyzwań i w miarę nieźle płatną pracę. W terenie oferowana jest praca ciężka, za małe pieniądze. W Inspekcji – praca może i do pewnego stopnia prestiżowa, odpowiedzialna, ale ubezwłasnowolniona niczym u robota, bez specjalnych możliwości wykazania się i za pieniądze, jakie można dostać w pierwszym lepszym sklepie…

Teren jaki jest – każdy wie. Mnóstwo hodowców o poglądach z czasów gdy powstawały PZLZ-ety. Ci nowocześnie hodujący potrafią do siebie zwabić lekarzy stawiając ich przed wyzwaniem, oferując odpowiednią do wiedzy i pracy płacę. Ale ilu takich nowoczesnych, (uwaga - wykład!) => zwykle młodych hodowców jest? Ten segment zmienia się wyłącznie w oparciu o zasady rynkowe, którymi tak do końca nikt nie umie dobrze pokierować. Konieczne są pewne interwencje, ale i one nie zawsze trafiają w dziesiątkę. Ten sektor jest okupowany przez starych ramoli, takich jak ja. Młodych trzeba szukać ze świeczką. Jak są – to zajmują się najlepszymi i najnowocześniejszymi gospodarstwami. Albo „szybką weterynarią”. Możliwości dostosowania się lekarzy starego sektora do nowego świata są więc - siłą rzeczy zmniejszone. Starzy lekarze obsługują starych hodowców najczęściej starymi metodami. Tu zmian w sposobie podejścia do zwierząt unikają obie strony. Zmiana automatyzmów jest możliwa, lecz trudna, wymaga wręcz szokowej terapii. Do pewnego stopnia tu mogą sobie radzić ludzie którzy lubią „skakać z kwiatka na kwiatek”, często zmieniać sposób życia. No i młodzi. Młodzi, którzy weszli w teren w oparciu o współpracę z firmami paszowymi, farmaceutycznymi. Ludzie o zupełnie innym spojrzeniu na hodowlę. Zwierzę dla nich stanowi maszynę, do której z jednej strony wkłada się substraty, a z drugiej – wyjmuje produkty. O nie! Oni nie mają wiele wspólnego z zoofilią!

Weterynaria miejska jest praktycznie w pełni urynkowiona. Stać ją na daleko idącą samodzielność. Może stanowić swego rodzaju przykład dla lekarzy medycyny, jak się znaleźć w biznesie lekarskim. Dużo jest tu stosunkowo młodych lekarzy, którzy znaleźli sobie poletko do wykazania się swoimi możliwościami właśnie w Polsce.

Inspekcja. Ta firma jest ciągle jeszcze kierowana w oparciu o stare, sprawdzone metody. Pracownicy są prowadzeni na krótkim postronku, korytarzem pełnym segregatorów. Ta firma prowadzi rekrutację wśród narybku i niejednokrotnie robi to skutecznie. Ciekawe tylko, czy uda się jej być na tyle przekonywującą, żeby w 2008 roku podwoić swój stan. Jakie kryteria skłonią absolwentów do pracy w zarękawkach? Pensje? Doskonale przygotowane stanowiska pracy? Możliwość samorealizacji, wykazania się? A może odpowiedzialność? Trudny to temat i ministerialnych trzeba głów do jego rozwiązania. I ten skok jakościowy z grudnia na styczeń. Wyrzucamy stare, wstawiamy nowe. Czy tak trochę nie strach wyrzucić to stare?

Idzie nowe. Mnóstwo pytań, brak konkretnych odpowiedzi. I tych odpowiedzi co gorsza nie będzie. Nikt nie wie jak się to wszystko ułoży po nowemu. Ot, pielęgnacyjna wręcz zmiana Ustawy Podatkowej. A implikacje – to zmiana zasad rozliczania wyznaczonych z budżetem. Korekta ustawy idzie w kierunku likwidacji samozatrudnienia, czyli osób na przykład wyłącznie badających mięso, a pracujących na umowę – zlecenie. Co będzie z podatkiem VAT? Jakie symbole PKD i związane z tym rozliczenia fiskalne uzyskają prace z wyznaczenia. Czy będzie etatyzacja w dużych rzeźniach? No, może tak, może nie. To wszystko się ułoży. Nadchodzi tyle zmian w przepisach, że trochę potrwa, zanim to „się ułoży”. Trzy lata? Pięć? Poradzimy sobie z tym. Jakim kosztem? Ile trzeba będzie zmienić w naszym życiu żeby dostosować się do nowej wizji nadzoru nad bezpieczeństwem żywności? Czy obejdzie się to bez zgrzytów, potyczek z fiskusem, Inspekcją?

Ta Inspekcja Bezpieczeństwa Żywności to nowoczesne rozwiązanie. Podobno radzieccy naukowcy wypróbowywali coś takiego najpierw na psach… Dziś się nie da, zwierzęta mają swoje prawa! Ustawa Farmaceutyczna, Paszowa. Państwo zewsząd wprowadza tamy na obecność substancji obcych w żywności. Zaczęło się od antybiotykowych stymulatorów wzrostu. Później nadszedł czas wycofania premiksów z lecznic do wytwórni pasz. Teraz jesteśmy na etapie, kiedy hodowca może podać niektóre antybiotyki do paszy nieprzeznaczonej do obrotu, lecz do podania własnym zwierzętom. Swoistą ciekawostką jest to, że dopuszcza się podanie stężonego antybiotyku przez hodowcę (Boże broń – przez lekarza), a premiksy antybiotykowe, specjalnie przygotowane do takiego stosowania muszą być stosowane wyłącznie w fabrykach paszowych. Utrze się to jakoś utrze, lecz jakimi kosztami? Kosztami gospodarczymi w hodowli, prawną odpowiedzialnością lekarzy za błędy nie w sztuce lekarskiej, lecz błędy wobec Temidy.

I wchodzi to nowe w stare. Stare stawia opór, ma wypracowane latami metody które trzeba raptownie zmieniać. Nowe zasady są wszczepiane w stare, czasem i spróchniałe drzewa. Mało jest tu młodych skłonnych do patrzenia wyłącznie po nowemu, wolnych od zbrodniczych wręcz naleciałości starych ustaw. Zmienimy się. Zmieni się nasza praca, będziemy leczyć po nowemu w starym systemie, w starych układach. Oj, będzie tarć, niesnasek ale podobno inaczej nowego wprowadzić się nie da… lecz patrząc z drugiej strony – może się uda to jakoś dla nas wykorzystać? Może to jest metoda na postawienie tamy nielegalnemu handlowi lekami. Ścisłe obwarowania i farmaceutyczne i żywieniowe spowodują inne podejście do prawnych zasad leczenia zwierząt konsumpcyjnych. Może to nie będzie tak do końca złe?

Przejdźmy do innych prób. Ministerstwo chce wejść z nowym tematem. Choroba Aujeszki. Nowoczesność – to przebijanie się przez stare przepisy weterynaryjne. Przepisy, które nie przewidują zwalczania z urzędu tej choroby. Wiadomo muszą się zetrzeć te przepisy ze sobą, aż w końcu wygrają te ważniejsze dla Ministerstwa. Zawsze rzucamy gromy na legislatorów, że wprowadzają nowe prawo bez stosownych konsultacji, lub nie biorąc pod uwagę opinii konsultantów. I skutek jest taki, że dopiero w działaniu powstaje prawo, które się w końcu da stosować. Przy okazji wdrażania tego novum – Ministerstwo posłużyło się jeszcze jedną starą opcją. Wydane zostało rozporządzenie o wynagrodzeniu za pobieranie prób. Niby jeśli chodzi o laboratorkę – sprawa jasna, są sztywne cenniki, Państwo płaci Państwu. Gorzej z lekarzami wolnej praktyki, których powiatowi mają zmusić do ciężkiej i brudnej pracy za groszową lafę. I tu po raz pierwszy prawie błysnęła w swej krasie gospodarka rynkowa. Prawie nikt nie zgodził się pracować poniżej kosztów! I słusznie! Nie jest tak ważne, że doszło tu też do próby wciśnięcia nowej procedury w stare układy, bo to też miało swoje miejsce. Niestety, metodą małych kroczków w końcu się udało. Lekarze lekarzom zgotowali ten los. Ważne jest, żebyśmy nauczyli się jednego, że możemy i powinniśmy sami o sobie decydować. Bez pomocy zza biurek! Nic na siłę. Część z nas, powiedziałbym spora część - podjęła się kiedyś kolczykowania bydła. To też było novum, też byliśmy starymi grzybami na których testowano nową procedurę. Ale tam były dane pieniądze, na które się zgodziliśmy… Ciekawe, czy to kogoś czegoś nauczy? Ciekawe, jaka jest tam, w Ministerstwie struktura wiekowa pracowników i na ile potrafią być innowacyjni?

Pytaniem jest w jaki sposób weterynaria ma się zabrać za IRZ. Czy zostanie to nam przekazane w sposób podobny do zwalczania choroby Aujeszki? Ciekawe, czy nasze Ministerstwo czegoś się nauczyło tej jesieni… Projekt nowej Ustawy o Bezpieczeństwie Żywności przewiduje przekazanie weterynarii prawie pełnej pieczy nad tym tematem. Ale pytanie jest – jak to zostanie zrobione? Czy będzie to eksperyment typu lubuskiego? Poczekamy, zobaczymy te nowe. Nas, starych pryków do roboty można ruszyć. Teraz to tylko pieniędzmi, albo szantażem. Dobrze, że ta druga metoda jest już przebrzmiała… A młodzi? Niech najpierw przyjdą w teren, porozmawiamy.

No, a teraz o nowym kierunku studiów. Ja mam wrażenie, że jest to kierunek ewidentnie przystosowany do potrzeb Inspekcji. Chodzi o tanich pracowników, niekoniecznie posiadających wystarczającą wiedzę. Jedyne kryterium to taniość. A perspektywy? Perspektywa fizycznej pracy w trudnych warunkach, za psie pieniądze? Znajdą się chętni do studiowania, znajdą. Pytanie – czy ci bakałarze przyjdą do pracy? Jakie ich czekają perspektywy rozwoju? Możliwość eksternistycznego uzyskania tytułu lekarza weterynarii? No ciekawe, ciekawe. Dziś na weterynarii studiuje mnóstwo kobiet. To chyba jeden z najbardziej „żeńskich” kierunków studiów! Gdzie się podziewają te piękne absolwentki kształcone za nasze podatki na tak trudnym kierunku studiów? Azaliż pobierają krew od macior i warchlaków?

Gdzież jest Car, co na rzeź te tłumy wyprawia?
Sam piersi nadstawia? Po pachy w gnój wpada?

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.