Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Gospodarka świńskim zdrowiem"-Włodek Szczerbiak

2007/02/13 01:36:17


Wśród weterynaryjnej braci trwają zacięte dyskusje o pryncypiach. Zaangażowali się zarówno lekarze zatrudnieni w Inspekcji, jak i lekarze prywatnej praktyki. To ważne, kto będzie naszym głównym decydentem. Ważne, że i sami próbujemy określić swoje miejsce w społeczeństwie. Nie jesteśmy bierni, o coś walczymy. O coś ważnego dla weterynarii, ale nie tylko. Nasz pogląd na miejsce weterynarii w urzędniczej hierarchii przekłada się też na bezpośrednie efekty dla społeczeństwa.

Temat, który mam zamiar poruszyć „chodził” za mną od dość dawna, jednak brałem się za to co najmniej ostrożnie. Dziś, niestety jest już chyba po wszystkim. Była pewna kąpiel, a w niej dziecko. Zostało to wylane razem. Tym dzieckiem nazywam przekonanie WHO o zgubnym wpływie antybiotyków na oporność bakterii. Uczeni Światowej Organizacji Zdrowia obarczyli między innymi weterynarię winą za powstawanie szczepów antybiotykoopornych. Najczęściej powoływano się tutaj na problem ASW, antybiotykowych stymulatorów wzrostu. Przez cały świat przetoczyły się wielkie dyskusje na temat stosowania, lub nie stosowania antybiotyków stymulujących wzrost.

Do dziś nikt nie potrafi dokładnie wyjaśnić jak te stymulatory oddziaływają na organizmy zwierząt, że przyspieszają ich wzrost, zmniejszają spożycie paszy. Ekonomika podawania ASW jest prosta – zdecydowanie opłacają się w hodowli. Pierwszą reakcją na protesty WHO było ograniczenie antybiotyków używanych jako stymulatory do ściśle określonej grupy. Warunkami tymi stały się przede wszystkim: brak wchłanialności z przewodu pokarmowego, niestosowanie tychże antybiotyków w terapii ludzi i zwierząt. Dlatego WHO z nadzieją w oku oczekiwało na ograniczenie szarogęszących się wszędzie szczepów szpitalnych bakterii. Czas mijał, a efekty nie przychodziły, został wprowadzony całkowity zakaz stosowania ASW w żywieniu zwierząt. Tym razem badacze zaczęli odnotowywać pewną poprawę sytuacji. W skali globalnej doszło do gwałtownego spadku produkcji i sprzedaży ASW. Jednocześnie gwałtownie wzrosła sprzedaż antybiotyków terapeutycznych. Wszak hodowcy jakoś musieli ratować ekonomikę swoich stad. Po pierwszej euforii poziom produkcji antybiotyków stosowanych w weterynarii nieco opadł i ustabilizował się na poziomie jednak wyższym, niż poprzednio. Mimo tego badania antybiotykooporności dowodziły, że ten wzrost stosowania antybiotyków terapeutycznych nie przyczynił się do wzrostu ilości szczepów szpitalnych. Ba, ich ilość jakby nieco spadła. Kręte są ścieżki oddziaływań w biocenozie i bardzo trudno powiązać logicznie niektóre zjawiska, ale skoro ktoś potrafi odpowiednio mocno się uprzeć – udowodni wszystko!

Hodowla zwierząt straciła cudowny środek. Została zmuszona do zastępowania go substytutami też wprawdzie działającymi, lecz słabiej i droższymi. Żeby uregulować obieg antybiotyków w przyrodzie, a w hodowli w szczególności zostały wprowadzone odpowiednie rygory administracyjne. Ścisłe uregulowania zasad przesyłu antybiotyków służących do leczenia zwierząt. Mądre rządy też wpadły na pomysł, że hodowcy w miejsce ASW wprowadzą w podobnych dawkach antybiotyki terapeutyczne i koło się zamknie. W Polsce nadzór nad antybiotykami do stosowania w paszach uzyskała weterynaria. Odkurzono stare, stworzono nowe przepisy. Nic, że jeden śmieszniejszy od drugiego. Na początku zawsze tak jest. Aż łezka się kręci w oku na te uregulowania powodujące, że preparaty antybiotyczne o specjalnej formule, przystosowane do mieszania z paszami zostały wyłączone z powszechnego stosowania na rzecz koncernów paszowych. Tylko tam da się takowy preparat poprawnie wymieszać. Lekarzowi, hodowcy wara od sypania do paszy jakiegoś leku! Nie mają do tego celu wystarczających kwalifikacji.

W uczonym zamyśle wygląda to może i nieźle. Pasza pod ścisłym nadzorem laboratoryjnym. Kontrola każdej partii towarów, próbkobrania na poszczególnych etapach, a wszystko to, żeby zapewnić właściwą homogenność. Słowem pełna kontrola od najmarniejszego źdźbła trawy aż do pieczonego szaszłyka. Polskie przepisy uległy ostatnio pewnym drobnym modyfikacjom. Otóż nadal obowiązuje wystawienie przez lekarza weterynarii recepty (w pięciu egzemplarzach – sic!). z taką receptą właściciel osiemnastu tuczników musi jechać do zakładu uprawnionego do produkcji pasz leczniczych. Tych zakładów mamy w Polsce niczym mrówek! Tak średnio wypada ich aż jeden na sześć powiatów. Ich ilość wprawdzie rośnie, ale wolno. Fabryko pośle konie do lecznicy po lek, a pewnie raczej do hurtowni weterynaryjnej, bo tam taniej. Uczeni w piśmie ułożą właściwą kompozycję paszową z dodatkiem niezbędnych odczynników, zakwaszaczy, antyoksydantów, i całej ogromnej gamy różnistych proszków. Na koniec domieszają i przepisany antybiotyk, czy też środek przeciwrobaczy. Potem taki produkt leczniczy trzeba dowieźć do gospodarstwa, gdzie pod ścisłe dyktando recepty zostanie podany chorym zwierzątkom. Dzięki tak dokładnemu nadzorowi zwierzęta dostaną zdrowe, właściwie wymieszane lekarstwo. Czas od wystawienia recepty do pierwszego podania nie powinien przekroczyć pięciu dni.

Ja tu tak rygorystycznie o tym przestrzeganiu terminów, pięciu kopiach, nowym typie recept weterynaryjnych honorowanych tym razem nie przez apteki, a przez wytwórnie pasz. Życie nie znosi utrudnień. Czy ktokolwiek widział, żeby ludzie niczym konie na okrągło kombinowali pod górkę? Od kiedy to kupiec czeka, żeby mu zrobili jakiś towar? No, może gdy ktoś zechce sobie kupić „Fiata” według specjalnych życzeń. Ja czekałem trzy miesiące. Myślę, że rolnik ani nie będzie miał takich fanaberii, ani też nie poczeka trzy miesiące. Te pasze lecznicze będą na niego już czekały! Ba! Jakże często pojawią się pod strzechami na wózkach najrozmaitszych domokrążców! Praktyka sama skoryguje co bardziej nieżyciowe przepisy. Przepisy, które dziś jeszcze tak ociupinkę przeszkadzają firmom paszowym w naprawdę masowym wprowadzaniu produktów leczniczych na rynek.

Pierwsze kroki zostały poczynione. Jak Polska długa i szeroka – firmy planujące produkcję pasz leczniczych potworzyły gabinety weterynaryjne i pozatrudniały tam lekarzy weterynarii. Lekarzy z ogromniastymi pieczątkami, w zarękawkach, ze śladami tuszu za uszami. Ci ludzie nic innego nie robią tylko piszą recepty na pasze lecznicze. Właśnie dzięki nim będzie prościej i lepiej. Teraz wystarczy, że rolnik przyjedzie do chlewika, gdzie mieści się punkt dystrybucyjny, popatrzy na ścianę z ogromnymi napisami i będzie już wiedział wszystko.

Czemu będzie wiedział wszystko? Ano na tej ścianie będzie plakat z wytwórni i tam będzie pisało wielkimi jak byk literami: - „Na laksę”, a maczkiem - adenomatoza, albo dyzenteria. Więc na laksę będą przysługiwały ta, ta, lub tamta pasza. Na każdym worku też pisze ile ma ppm i inne takie! Te będą miały czegoś tamuj więcej, tamte mniej. Ta droższa, tamta lepsza, a ta po środku ma więcej białka. Pan rolnik wybierze sobie kilka woreczków po uważaniu, najlepiej zaś pomiesza, zapakuje na dwukółkę i hajda do domu. No może nie tak do końca, bo w buchalterii trzeba będzie odznaczyć nazwisko i dać panu hodowcy receptę z tego gabineciku koło wytwórni, co w nim ci lekarze tak ciężko pracują… W takim układzie ten rynek w końcu zacznie mieć ręce i nogi! Odpadnie koszt lekarza weterynarii, bo każden wi, kiedy świnie kaszlą, a kiedy biało robią. Wprawdzie może koszt tej paszy nie będzie zbyt miły dla oka czy ucha, lecz z czasem i z tym da się cosik zrobić.

Zresztą już nawet wiadomo! Teraz, dla usprawnienia procedur, dla wyjścia naprzeciw Społeczeństwu Sejm przegłosował nową Ustawę paszową i tam są wszystkie usprawnienia! Więc będzie tak. W firmie produkującej pasze lecznicze będą teraz premiks (farmaceutyk fabrycznie zmieszany z otrębami), więc będą ten premiks mieszać, bardzo dokładnie mieszać z nośnikiem. Najlepiej z otrębami. To dosyć bezpieczny składnik i nie powinien w żaden sposób zaszkodzić. I taki preparat na receptę lekarza weterynarii będzie już mógł sobie kupić rolnik.

Ale, ale! Nie tak hop! Państwo dba o Społeczeństwo, jego zdrowie, kondycję, wykształcenie i inne takie. Ten rolnik dlatego musi spełnić nieco srogich uwarunkowań, które zapewnią dobrostan ludności naszego kraju! Więc po pierwsze taką paszę może rolnik zrobić tylko dla swoich zwierząt. Musi mieć urzędowo zatwierdzone klepisko i szypę mieszającą. Musi w końcu mieć wykształcenie. Najlepiej średnie, bo potem nic więcej już nie musi, ale jak wiedzy brakuje – to i egzamin może sobie zdać! U dyrektora weterynarii. Jeszcze wprawdzie nie ustalili listy podchwytliwych pytań i odpowiedzi, ale…

Nikt nie będzie musiał sobie zamawiać tej skomplikowanej paszy leczniczej. Sam sobie zrobi taką wymyślną paszę. Jakby nawet jakiś lekarz kupił sobie najwymyślniejsze agregaty mieszające – wara mu od tego! Nie wolno i basta! Przyjedzie nasz hodowca z tym nowoczesnym „produktem pośrednim” do domku, na klepisku pomiesza z śrutą, dosypie sobie wiadomych, tych najlepszych, a i nie za drogich dodatków paszowych i da jeść. Może czasem zwierzęta i zdechną, ale przynajmniej hodowca się nie wykosztuje! Dzień, dwa i po kłopocie! Zwierzęta zdrowe, tanio, elegancko!

Jak się ma ustawić nowoczesny lekarz weterynarii wobec tych rewelacji? Wobec przełomu nie spotykanego w medycynie weterynaryjnej od setek chyba lat? Ja to sobie wybuduję hurtownię. Kiedyś się mówiło, że do trzymania paszy leczniczej będzie potrzebne specjalnie klimatyzowane pomieszczenie. Już nie! Wystarczy, żeby nie było tam cieplej, niż bodaj dwadzieścia pięć stopni i trzyma! No ostatecznie jakieś warunki to trzeba zapewnić! To jest pasza dla zwierząt, które kiedyś w końcu będą jeść ludzie! A dobrostan Społeczeństwa jest absolutnym priorytetem dla Rządu i Parlamentu! Inna sprawa, jak to uprości się wszelkie leczenie zwierząt! Koniec zabawy w jakieś tam karencje, dawki uderzeniowe, podtrzymujące, zabawy w pulsacyjne stosowanie leków. Są gotowe receptury! Jasne, przejrzyste, nawet bez kantów na marżach! Co jeszcze na osłodę można by tu dodać? Temat będzie dotyczył świń. Bydło ma swoje własne problemy z żołądkami wielokomorowymi. Nie wsypiesz krowie „Mepataru” bo jej żołądek stanie. A drób? Drób jest trzymany wyłącznie w fermach, gdzie woda jeszcze nie załapała się do końca na Ustawę paszową. Hodowcy większych ilości zwierząt nie wiedzieć czemu uważają, że jest sens od czasu do czasu porozmawiać z lekarzem weterynarii, choćby i o leczeniu. W kurnikach antybiotyki idą i będą szły do wody. To dobra metoda podawania leków. Wodę wypije nawet chore zwierzę, a z paszą to rozmaicie bywa, łyżeczką nie podasz…

Co jeszcze zostanie do roboty lekarzom obsługujących te dziewięćdziesiąt procent poza fermowego sektora tuczu trzody chlewnej? Spoko! Niżej strzykawki nie upadniemy! Straciliśmy gro antybiotyków, bo nie umieliśmy we właściwym czasie o nie zawalczyć, ale tych strzykawek to może nam nie odbiorą. Inna sprawa, coraz częściej się zdarza, że sprzedajemy leki w strzykawkach…

Wiem! Wiem! Inspekcja! Pójdziemy do Inspekcji! Oni nas uratują! Przykręcą kurek z lekami podnoszącymi antybiotykooporność. Tak przetrzepią tyłki tym domokrążcom, że ruski miesiąc popamiętają! Ale, ale czy na pewno? Inspekcja nie radzi sobie z upilnowaniem dystrybucji antybiotyków przez lekarzy weterynarii, ludzi z bądź, co bądź wyższym wykształceniem, czasem i specjalizacją, doktoratem. Bywa, że nawet lekarze z uporem maniaków patrzą jak zrobić sobie i ludziom na złość, te bakterie szpitalne nic, tylko produkują i produkują! Czy nowocześni dystrybutorzy pasz leczniczych z magazynami w obórkach i kurnikach będą ściślej przestrzegać przepisów WHO? Czy wykażą się większym zrozumieniem tematu od lekarzy? Najwidoczniej Parlament, Rząd i producenci pasz bardzo na nich liczą!

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.