Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Sfrustrowany " Włodek Szczerbiak

2007/03/04 00:34:22


„ SFRUSTROWANIE     „

   Nie wiem, jak nazwać uczucie, które się pojawiło we mnie po przeczytaniu dywagacji na temat studiów pielęgniarstwa weterynaryjnego. „Gazeta Kujawska” zamieściła artykuł, którego autorem jest pani Lucyna Talaśka-Klich. Autorka powołuje się na wypowiedzi profesora Zbigniewa Pomorskiego, doktora Bartosza Winieckiego, doktora Tadeusza Jakubowskiego i lekarza weterynarii Andrzeja Sadowskiego. W oparciu o zasłyszane opinie wysuwa poniekąd słuszny wniosek, że weterynarze „nie chcą nowego kierunku studiów”. Przedstawiciele Izby Krajowej i „Medicusa” są pokazani przez autorkę, jako osoby próbujące stanąć na drodze postępu naukowego, konkurencji w weterynarii, jako ludzie niewiedzący, co dla weterynarii jest dobre.

Zawsze podziwiałem i nadal chylę czoła przed dokonaniami, wizjonerstwem profesora Pomorskiego, tuza naszej kadry naukowej. Dziś jednak nie umiem zając stanowiska wobec autorskiego projektu Profesora, który tworzył weterynaryjne studia podyplomowe, który zawsze znajdował się i nadal znajduje wśród najznamienitszych przedstawicieli naszego zawodu. Możliwe, że nie sięgam myślami tak daleko, jak Profesor. Możliwe, że widzę Projekt w niewłaściwym świetle.

Profesor Pomorski chce wprowadzić trzyletnie studia licencjackie dla pielęgniarzy, którzy mają według Niego pełnić funkcję asystentów lekarzy weterynarii. Mają to być zdaniem Profesora fachowcy do obsługi telefonu, poczekalni, sali operacyjnej, do wykonywania niektórych zadań w terenie. O takich pomocników prosili lekarze ze Stowarzyszenia Lekarzy Weterynarii Małych Zwierząt, które to także zawdzięcza swoje istnienie Profesorowi. Ja też uważam tą ideę za piękną i wartą bliższego zainteresowania.

Do lat dziewięćdziesiątych w Polsce funkcjonowały świetne technika weterynaryjne. Absolwenci tych szkół to znakomici fachowcy. Próbę konkurowania z technikami podjęły także policealne dwuletnie studia kształcące absolwentów z tytułem technika. W praktyce okazywało się, że ci „prawdziwi” technicy byli jednak lepiej przygotowani do pracy. Różne były powody upadku techników. Z jednej strony zmieniły się koncepcje oświatowe, skierowane raczej ku tak zwanym liceom uzawodowionym, które jako podstawę miały profil ogólnokształcący, a uzawodowienie polegało na dodaniu bodajże kilku lekcji z przedmiotów weterynaryjnych. Ponadto nasza Izba Lekarsko-Weterynaryjna, kierowana wówczas przez prezesa Bartosza Winieckiego wydała bezpardonową walkę technikom weterynarii. Zaskutkowało to wprowadzeniem ustawy, w której prawa przyznane technikowi weterynarii są mniejsze, niż posiada zwykły rolnik bez przygotowania weterynaryjnego. Nie zostały stworzone przepisy określające, jakie zabiegi przy zwierzętach może wykonywać rolnik, a także inżynier zootechnik. Natomiast kawa na ławę jest wywiedzione, w kilku zaledwie punktach – co może technik weterynarii. To powoduje, że technik weterynarii, w obliczu przepisów prawa ma mniejsze uprawnienia, niż opiekun zwierzęcia.

Współdziałanie tych trendów doprowadziło do stanu, z jakim mamy do czynienia dziś – braku dobrze przygotowanego średniego personelu weterynaryjnego. Albowiem absolwentów dzisiejszych techników trudno porównywać z tymi dawnymi, co przedmioty zawodowe mieli poprzeplatane pół na pół z ogólnokształcącymi.

Do pewnego stopnia naświetliłem sytuację, w jakiej znalazła się weterynaria, jeśli chodzi o średni personel. Obraz ten byłby niepełny, gdybym nie wspomniał o profilu zatrudnienia wśród lekarzy weterynarii w szalonym tempie produkowanych przez cztery wydziały weterynaryjne. Okazuje się, że lekarze weterynarii kończący studia nie mogą sobie znaleźć pracy w kraju. Bywa niejednokrotnie, że wyjeżdżają za granicę, gdzie zatrudniają się jako pielęgniarze weterynaryjni, średni personel zawodowy.

Opory przed zatrudnianiem lekarzy wynikają z niedoskonałości prawa korporacyjnego, które nie reguluje jak należy kwestii tworzenia nowych gabinetów weterynaryjnych. Często bywa tak, że po krótszym, lub dłuższym stażu odchodzi z lecznicy młody lekarz i otwiera własną praktykę pod nosem dotychczasowego pracodawcy. Jak do tej pory przepisy o zawodzie lekarza weterynarii zadbały jedynie o nakreślenie w sposób bardzo siermiężny zrębu zasad umożliwiających otwarcie własnej praktyki. Oczywiście wiąże się to ze sporymi kosztami, z koniecznością posiadania praktycznych kwalifikacji weryfikowalnych przez klientów. Niemniej niewielu jest lekarzy gotowych stażować u siebie ewentualnych konkurentów. Z zatrudnianiem młodych lekarzy najczęściej godzą się właściciele miejskich lecznic, obsługujących zwierzęta towarzyszące. W lecznicach wiejskich młodych lekarzy można szukać nieomalże z latarką. Przyczyna to wyjątkowo ciężka praca, ostrożność właścicieli tworzeniu sobie ewentualnej konkurencji, oraz – co tu ukrywać – niższy splendor wśród społeczeństwa.

Kolejny czynnik, kwestia proporcji pomiędzy kobietami i mężczyznami kończącymi studia. Mężczyźni stanowią dziś około dwudziestu – trzydziestu procent lekarzy wypuszczanych przez uczelnie. Pracę w terenie stosunkowo najczęściej podejmują mężczyźni między innymi ze względu na siłę fizyczną niezbędną w naszym zawodzie. Kobiety znajdują zajęcie przy „mniej siłowych” zadaniach. Są to laboratoria, różne inspekcje, leczenie zwierząt towarzyszących.

Obecna struktura zatrudnienia powoduje, że jest coraz mniej lekarzy chętnych podejmowania pracy „z wyznaczenia”, pracy na rzecz Inspekcji Weterynaryjnej. Jest to praca oparta o państwowy, jakże skromny taryfikator, polegająca na egzekwowaniu nie najlepiej sformułowanego prawa. Przepisy Unijne są dosyć rygorystyczne w wymaganiach, co do wykształcenia osób mogących uzyskać autoryzację państwowej inspekcji. Nie mieszczą się w tych widełkach obecni technicy, ani technicy opuszczający obecne szkoły.
Swego rodzaju marzeniem rozmaitych kontrolowanych przez państwową inspekcję podmiotów produkujących żywność jest posiadanie jak najtańszej kontroli, niekoniecznie o jak najwyższych kwalifikacjach. Wśród decydentów wciąż ścierają się dwa przeciwne nurty – czy zatrudniać droższych lekarzy ze specjalizacjami podyplomowymi, czy tańszy średni personel weterynaryjny. Raz wygrywa jedna, raz druga opcja, ale ciągle języczkiem u wagi pozostaje brak odpowiednio przygotowanego „średniego personelu”.

Niemniej działania grup producenckich, oraz niektórych Inspektorów mających problemy z obsadzeniem niezbyt popłatnych stanowisk przez lekarzy weterynarii – drobnymi kroczkami zmierzają ku wprowadzeniu do weterynarii tak zdecydowanie usuniętych przed bodaj piętnastoma laty średnio wykształconych kadr.
Ku takim rozwiązaniom dążą liczne sformułowania w przepisach o inspekcji weterynaryjnej. Coraz częściej pojawiają się stwierdzenia, że badanie mięsa to tylko analiza substancji, a nie czynność lekarska, monitoring bydła na gruźlicę, zdaniem niektórych lekarzy urzędowych też już przestał być czynnością lekarsko-weterynaryjną. Te luki są właśnie miejscem, które mają kiedyś zająć specjaliści średniego szczebla, w miejsce lekarzy, którzy odejdą sprzedawać papierosy na Stadionie Dziesięciolecia.

Dopiero w tym kontekście można podjąć merytoryczną, nie polityczną dyskusję o tworzeniu nowego kierunku studiów. Moim zdaniem pielęgniarze weterynaryjni nie będą, jak planuje pan profesor Zbigniew Pomorski wyłącznie asystentami w nieźle wyposażonych lecznicach miejskich. Profil ich studiów jest dziwnym zbiegiem okoliczności ściśle dostosowany do potrzeb reprezentowanych przez niektórych decydentów nawet i z Inspekcji Weterynaryjnej, niejako pod dyktando kontrolowanych podmiotów. Podmiotów, którym nie zawsze zależy na szczególnie dobrze wykwalifikowanych kontrolerach. Pielęgniarze weterynaryjni są kadrą, o której wykorzystaniu w łańcuchu bezpieczeństwa żywności myśli między innymi doktor Bartosz Winiecki, który ostatnimi czasy stale powtarza, że badanie bydła na gruźlicę, pobieranie krwi, czy badanie zwierząt rzeźnych i mięsa nie są czynnościami weterynaryjnymi.

Do pewnego stopnia rozumiem desperację Powiatowego Lekarza Weterynarii mającego problemy kadrowe, chyba rozumiem niektóre przesłanki skłaniające profesora Pomorskiego do tworzenia nowych kierunków studiów, miejsc pracy dla kadry naukowo-dydaktycznej, do tworzenia konkurencji lekarzom, a poprzez to do podwyższenia jakości ich wiedzy i pracy.

W miejscach, gdzie podobno woda jest czysta, a trawa zielona – weterynaria ma konkurencji aż za dużo. Konkurują z nami o antybiotyki firmy paszowe – tak zresztą skutecznie, że odebrały nam możliwość dowolnego rozporządzania tymi lekami przy leczeniu zwierząt. Konkurują z nami różne agencje – jak na przykład Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, która umiała przejąć pałeczkę w momencie, gdy były niezłe pieniądze przeznaczone na znakowanie zwierząt i potrafi równie szybko pozbyć się zadania na rzecz weterynarii w chwili, gdy pieniądze na identyfikację się skończyły. Konkurują z nami różni handlarze farmaceutykami i parafarmaceutykami. Dziś rynek parafarmaceutyków w Polsce to istne Eldorado! Są to ludzie zdolni sprzedać preparat, a niepotrafiący go zastosować we właściwym momencie. Ten właściwy moment to taki, kiedy podanie preparatu jest skuteczne, a jednocześnie nie niesie następstw w postaci pozostałości w mięsie, mleku i produkcji drobnoustrojów opornych na działanie leków.

Żeby zrozumieć sytuację, w jaką wciskana jest weterynaria – wyobraziłem sobie drogę, którą idę, jako Decydent. Po obu stronach mam parkingi. Z prawej auta o nowoczesnej technologii, już wyprodukowane, energooszczędne, oparte o porządne materiały. Może i szybkie, wygodne, oszczędne, ale czy nie nazbyt ekstrawaganckie? Z lewej – pusty jeszcze parking, gdzie za chwilę staną samochody o średnim standardzie, wyprodukowane i wyposażone w doskonale od dziesięcioleci sprawdzone rozwiązania techniczne. Fabryka tych samochodów – praktycznie jest już w budowie! Wiadomo, te auta średniej klasy także potrzebują paliwa. A czemu mają palić mniej, niż te z drugiej strony płota? Bo tańsze, bo średniej klasy?
Czy różnica pomiędzy płacą inspektora weterynaryjnego i dozorcy w Inspektoracie jest aż tak duża, żeby promować dozorców, w miejsce lekarzy? Drezyny są o tyle wygodne, że w razie czego – wystarczy je wstawić na jeszcze dwa lata do fabryki i – założą w nich – automatyczną skrzynię biegów! Ale wróćmy do decydenta. Kroczę sobie dalej tą alejką i mam wybrać samochód. Gdybym był piewcą przebrzmiałych komunistycznych teorii z okresu Gierka – pewnie bym wybrał auta nowoczesne, twierdząc, że jestem za biedny na produkty lichej jakości. A jak mam w takim układzie postąpić będąc człowiekiem Renesansu? Oj trudna ta decyzja, trudna. Myślę, że trzeba ją bardzo głęboko przedyskutować. Ja nie podejmuję się wybierać.

Zgryz polega i na tym, że ta limuzyna typu „ful wypas” pojedzie po każdej nawierzchni, byle tylko nie po torach. A tory są częściowo ułożone…

Kwestia pielęgniarzy nie jest więc kwestią pomocy w pracy lekarza, jak widzi to profesor Pomorski. Jest to kwestia zastąpienia lekarza przez sanitariusza. Taki kontekst spowodował, że obecna Rada Krajowa, (może rzeczywiście o nieco przestarzałych poglądach) – nie chce tworzenia nowego, paraweterynaryjnego kierunku studiów – pielęgniarstwa weterynaryjnego.

Możliwe, że jest to decyzja wyłącznie polityczna dla zawodu. Niemniej tak samo decyzją polityczną była kiedyś nagonka, podczas której zniknęli technicy weterynarii, tak jak i dziś opcją polityczną jest twierdzenie lansowane przez doktora Bartosza Winieckiego, że badanie zwierząt nie jest czynnością weterynaryjną, a bliżej niesprecyzowaną, i że badanie powinien wykonywać personel ze średnim wykształceniem.

Rozwiązaniem problemów może być właściwe ukształtowanie prawa weterynaryjnego, w oparciu o potrzeby konsumentów żywności zwierzęcego pochodzenia, o możliwości współczesnej weterynarii, a nie o próby minimalizacji nadzoru przez producentów. Lekarzy ci u nas dostatek. Mamy wspaniałą kadrę dydaktyczną, której przedstawicielem jest profesor Zbigniew Pomorski. Czemu więc iść do Europy niszcząc coś, co jest już niezłe? Czy nie prościej naprawić niektóre błędy legislacyjne, odpowiednimi oddziaływaniami przywrócić lekarzy weterynarii na wsiach? Skoro dziś lekarze doskonale radzą sobie w mieście, a na wsi mają problemy z wiązaniem końca z końcem – czy nie jest to właściwy moment, żeby nasz Rząd zainteresował się, jak można naprawić sytuację? Dróg naprawy Izba Lekarsko-Weterynaryjna, Stowarzyszenie „MedicusVetrinarius”, Związki zawodowe – widzą sporo. I są to drogi oparte na koncepcjach ekonomicznych, a nie – nakazowych, na zasadach merytorycznych, a nie – politycznych.

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.