Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Primum non nocere" wg Wlodka Szczerbiaka

2007/05/31 08:42:40


Niniejsze opracowanie stanowi przyczynek w temacie prawdy.

Key words: prawda, czy prawda jest jedna, co warta jest prawda.

Wstęp.
Zbyszek takich nazywa „młynkami” Nie mam pojęcia, skąd to zapożyczył. Ot, pies, ze dwa świniaki, czasem chuda krowinka. Oni zawsze mają nierzeczywiste problemy. Ot, na przykład: ile podać leku na robaki dla dwóch kokoszek i koguta? Czyżby nie wiedzieli, że lek na robaki podaje się nie na kokoszki, tylko na litry wody do picia? Ech! Wardusiak zgłasza rzadko. Ale, jak już dzwoni, to z góry wiadomo, że ma problem natury kosmologicznej. Zaczyna się od Big Bangu, a kończy, kończy dokładnie tam, dokąd zmierza świat.

Materiał i metody.
Do południa to słońce grzało, że strach było wyjść z lecznicy. Wiatru ani na lekarstwo, totalna flauta, liście zwisały do dołu, jak na wierzbie. Pewnie i dlatego tak szybko nadciągnęły chmury, zaczęło błyskać, a potem grzmieć. Zdążyłem wskoczyć do samochodu zanim spadły pierwsze, parujące, grube krople deszczu. Chwilowo nawet wydawało się, że jest po wszystkim, delikatna mgiełka unosząca się znad ziemi zaczęła znikać. I wtedy zaczęło się na dobre. Najpierw spokojnie, pod równymi strumieniami wody, bez nadmiaru inicjatywy, poznikały wszystkie suche miejsca. Potem deszcz stał się jeszcze gęstszy. Musiałem zamknąć okienka, potem włączyć wycieraczki na trzeci bieg. Do tego doszedł grad. Taki namolny, że nie dało się jechać z jakąkolwiek przyzwoitą szybkością. Przednia szyba w każdej chwili groziła wgnieceniem do środka. Wycieraczki migały jak wściekłe, ale przez zaparowane okna, mimo wyjącej dmuchawy niewiele było widać.

Najśmieszniejsi okazali się właściciele garaży pobudowanych pod domkami. Niedoceniali możliwości letniej ulewy. Zjazdy do garaży, jak zwykle pootaczali workami z piachem. W pierwszej chwili było to może i skuteczne, ale nie na dzisiejszą nawałnicę! Początkowo do garaży zaczęła wlatywać woda rozbryzgiwana jako ogromne fontanny spod jadących szosą samochodów. Niektórzy z kierowców nawet próbowali zwalniać widząc wysiłki tych domowych ekip przeciwpowodziowych. Niemniej szybko dali sobie spokój, bowiem im dalej od Ciechocinka, tym więcej wody było w garażach. Na obrzeżach samochody stały w wodzie po szyby, a ich właściciele, mokrzy niczym żałosne kurczaki z jakąś wewnętrzną bezsiłą patrzyli na otaczające ich wodne szaleństwo. Ci, co przewidując nadchodzący kataklizm zdążyli wyjechać z garaży – zajmowali się piwnicami, albo serdecznie rżeli patrząc na zabiegi sąsiadów.

Kierowcy dostosowywali szybkość praktycznie tylko do swoich opinii o wytrzymałości szyb. Każdy nadjeżdżający samochód niósł przed sobą wał wodny przypominający tsunami. Coraz więcej maszyn najwyraźniej poddało się naturze i stojąc na poboczu, obryzgiwane gradowo – deszczową nawałnicą, oraz potokami buchającej spod samochodów wody usiłowało dotrwać lepszych czasów. Za miastem, gdy zjechałem na gminny asfalt, tylko miejscami widziałem drogę. Przeważnie kierowałem się ustawieniem linii rachitycznych pieńków posadzonych za rowem, albo śladami po miotanej wichrem i wodą trawie. Wysokie zawieszenie jakoś sobie radziło z brodzeniem w wodzie, a napęd dieslowski nie narzekał na przebicia prądu. Włączył mi się co prawda autoalarm, ale cóż to wobec rozszalałego żywiołu!

Goszczewo leży na gruntach siłą wydartych spod poligonu artyleryjskiego. Toteż nie bez kozery liczyłem, że największa nawet powódź tam nie dotrze. Przesympatyczne piaski powinny natychmiast wchłonąć każdą ilość wody. Prognozy mają to do siebie, że w najlepszym układzie sprawdzają się zaledwie połowicznie. Na wzniesieniach, owszem dawało się jechać, a w zagłębieniach musiałem pływać. Świeży deszcz nie zdążył poczynić spustoszeń w drodze i jakoś brnąłem, mimo że chwilami samochód stawał pomiędzy ścianami pryskającego w górę błota.

Wardusiak niezbyt już liczył, że przyjadę do niego dziś. Rozmamłany był jakiś, z wzrokiem tańczącym pośród błyskawic, zasłuchany w grzmot rozdzierających powietrze piorunów.
- A pan doktor, jak tu kurwa dojechał? – oględnie rozpoczął konwersację. Hm. Muszę zauważyć, że Wardusiak znowu tak za wielu znaków interpunkcyjnych nie używa. Niemniej zawsze jest bardzo sumienny w swojej dbałości o poprawność wymowy. Toteż w toku dalszej narracji pozwolę sobie jedynie czasami, dla podkreślenia starań Wardusiaka i epickości scenerii, zaznaczyć co poniektóre z używanych przez niego znaków przestankowych.
- Dzwonił pan do mnie od rana, panie Wardusiak! Grażyna mówiła, że ma pan straszny problem, prawie niebo wali się panu na głowę! Więc przyjechałem.
- Tak, ale ja dzwoniłem, kiedy na drodze się za samochodami kurzyło, a pan przyjechał jak chlapie.
- No wie pan, to już nie moja wina, ani mojego samochodu, że sobie pan taką drogę do domu obstalował!
- Ale k. doktorze, taki ynteligentny człowiek jak pan powinien uszanować ewentualnych przechodniów!
- Przechodniów to ja i szanuję, a kurz i błoto, to pana wina! Pan zawsze wszystko zwala na innych. Pan jest jedyne niewiniątko na świecie! Deszcz pada – bo zesłał go Pan Bóg. Jest sucho, bo w sejmie nie uchwalili jakiejś ustawy o melioracji. Tylko pan jest niewinny! Wardusiak - zawsze niewinny!
- Bo jestem biedny, panie doktorze. Taki ynteligentny człowiek jak pan powinien wiedzieć, że biednemu to wszystko w oczy k. wieje, albo k. pada.
- To co się stało, panie Wardusiak, że zamiast iść na zasłużoną poobiednią drzemkę, musiałem tu gonić niczym motorówka?
- Pan stale o tej drodze! Mówiłem, że droga dobra, tylko pan doktor źle po niej jeździ. Taki ynteligentny człowiek jak pan, powinien to sam wiedzieć!
- Więc co z tą krową? Podobno nie je, nie żuje, nie wstaje, nie kładzie się, nie daje mleka i nie defekuje.
- Aj, aj, żeby pan doktor tak od razu jednym tchem wszystkie jej kłopoty! Ale i prawda taka, że tak właśnie jest. Zaczęło się ze dwa miesiące wstecz, zaraz po porodzie. I trzyma do dziś.
- A gdzie ta krowa? Pływa po łące, czy zdążył ją pan sprowadzić?
- Una poszła, zara wróci.
- Aha… A ta Una, to kto? Żona?
- Aj skąd, panie doktorze taki inteligentny człowiek jak pan mógł tak sobie k. tak pomyśleć? To synowa, od Kazika.
- A Kazik?
- Śpi teraz.
Z drzwi stodoły to na deszcz było nawet przyjemnie sobie popatrzyć. Chłostane nim drzewa słaniały się po ziemi raz za razem gubiąc gałęzie. Chwilami w powietrzu przeleciał kłąb jeszcze suchego siana, ale namoknąwszy zaraz zapadał przy ziemi. Granatowe niebo orane elektryczną szachownicą, wystraszone zwierzęta, fruwające dachówki i całe połacie blachy z pobliskich dachów. Ogólnie mówiąc widok warty zapamiętania. Ale jak na złość człowiek nigdy nie ma ze sobą kamery właśnie wtedy, kiedy potrzeba.
- To siano, co leciało, to pana?
- Yhym. – pociągnął mocniej już ledwie tlący się ogarek papierosa. – Una nie pozwoziła na czas.
- A kazał jej pan?
- Nie, ale powinna coś dla domu zrobić, a nie tylko się włóczy po obejściu. Jak tylko tu przyszła nic nie robi, a jak już się za coś weźmie to zaraz zepsuje, albo ukradną!
- Ukradną?
- A tak, jak jej ostatnio kieckę skradli!
- Co?
- Pan słucha, doktorze! Pan, taki inteligentny człowiek to od razu zrozumie jak to było. Syn kupił Onej na imininy kieckę z dżinksa. Za całe sto dwadzieścia osiem złotych!
- Sto dwadzieścia osiem złotych? Widocznie ładna była.
- Aj, doktorze k. Słuchaj pan! Nie była wcale ładna, tylko droga! Mógł kupić jej, głupek ostatni w ciucholandzie i też by miała. A to musiał w sklepie! I ma za swoje! Ukradli!
- Jak to ukradli?
- Una powiesiła na płocie, żeby wysuszyć i ukradli!
- Rozumiem.
- Zaraz wiedziałem, że pan zrozumi. Z pana ynteligentny człowiek!

Zza zasłony dżdżu wyłoniły się cienie kobiety i krowy – żywicielki wiedzionej na łańcuchu. Raz prowadziła kobieta, raz krowa.
- No pan patrzy, k. doktorze! Jak una idzi! Nawet krowy ni umi prowadzić. – Wardusiak z przejęcia całkiem popadł w lokalny żargon.
- Nie pomoże jej pan? Jest za słaba do tej krowy.
- Na wsi jest! Ma mieć siłę! Darmo karmił nie będę!
- A to znaczy, że gospodarstwo jeszcze nie na syna zapisane?
- Na Kazika? Jeszcze za głupi! Taką wywłokę se k. wybroł! – ponownie zdenerwował się gospodarz.
- A ona to kto? Nie jest to Anka od Piechockich? To była piękna dziewczyna!
- Od Piechockich, od Piechockich. Ale gdzie tam od razu piękna! Jak się nie umaluje, wygląda jak wszystkie! A na farbki nie będę jej dawał! Ino cięgiem łazi i tymi cyckami świeci!

Ej, ta Anka to naprawdę miała czym świecić. Nie, żeby jakoś zaburzało to proporcje, praktycznie idealne. Niemniej wzrok ciągle się koncentrował w jednym miejscu. Fiksował. I nic z tych rzeczy! Ostatecznie na czymś trzeba wzrok zawiesić! A czemu nie miało by to być coś fajnego? Ale wróćmy do tego kreślenia sylwetki. Niby linie, wszędzie linie, ale - jak trzeba. Tam, gdzie należy - wklęsłości, a tu i ówdzie wypukłości. I ubrana tak, że co trzeba było odsłonięte, a co niezbędnie trzeba – zasłonięte no, ale nie tak zupełnie do końca. No i ten deszcz, deszcz, niczym ściana wody. Gdybym nie miał zaufania do swoich umiejętności artystycznego oceniania kobiecych powabów nawet w fatałaszkach – teraz wszelkie niedociągnięcia by się stały widoczne. Ale tu żadnych felerów nie było! Materiał dokładnie przylegający do ciała uwidocznił wszystkie co ciekawsze szczegóły anatomiczne. Ot, rozkosz dla oczu.
- Widzi pan, doktorze, jak kuleje?
- Co? Wcale nie kuleje, tylko krowa ją łańcuchem pociąga!
- O krowie k. mówię!
- No tak, ale tak mocno wcale nie kuleje, może trochę.
- Jak Una ją prowadzi, zawsze kuleje, k!

Moim zdaniem, jednak nie kulała, a jeśli chodzi o Ankę od Piechockich, to ta doskonale sobie radziła z wystraszonym bydlęciem. I ta gracja ruchów, niby nieco ospałych, a tak kocich, miękkich…
- Doktorze! Doktorze! No mówię, niech pan jako ynteligentny człowiek sam powie, czy to nie okropne?
- A co?
Anka tymczasem pochyliła się przy żłobie i zaczęła wiązać krowę. Ta zaś nieco szarpiąc się, łańcuchem ściągnęła jej kawałek ramiączka. Nie, żeby to dużo zmieniło, bo deszcz zrobił swoje, ale zawsze taki widok w naturalnym stanie bardziej cieszy oczy. Niestety takie uroki, jak zwykle daje się bardzo krótko podziwiać. Są jak uśmiech losu. Anka zaraz podciągnęła ramiączko.
- No pan patrzy, doktorze, jak się obnaża! Nic k. poszanowania!
- Ej, panie Wardusiak, a pan to sobie nie lubi popatrzeć?
- Wie pan, doktorze, z pana ynteligentny człowiek Powiem panu, że czasem stanę sobie pod oknem, żeby popatrzyć. Nie jakieś tam podglądanie zaraz, ot, tylko jak się rozbiera, tylko tak, rozumie pan?
- Tak, rozumiem.
- To widzi pan, jak mnie tylko zauważy, zaraz zasłania okno!
- Nic pożytku, prawda?
- A żeby pan wiedział! Ja ją tu żywić i utrzymywać muszę, a ona taka nic!
- Ale to jest żona syna, Kazika?
- I co? A ojciec nie powinien dopatrzyć jak się synowi wiedzie?
- Cóż, panie Wardusiak. Może i ma pan rację.
- Oj, doktorze z pana taki ynteligentny człowiek, a nic na życiu się nie zna! Toć w takiej gospodarce syn ojcu wszystko zawdzięcza!
- I żonę?
- A jakże!
- Ma pan żal, że się z panem nie podzieli chociaż trochę, co?
- Aj, tam!

Krowę tak dokładne zmył deszcz, że nawet te wieczne grudy zaschłego gnoju, co to zawsze na nogach zostają, rozpuściły się. Trochę wychudzona może i była, ale żeby aż do przesady, to nie. Nawet niespecjalnie schudła. Może dlatego, że tak mało mleka daje? Pewnie Wardusiak znowu ma jakiś filozoficzny problem.
- To co panu się w niej nie podoba? Taka, raczej przy ciele jest.
- Wszystko! Wywłoka taka! A przy ciele, bo i biedy u mnie nie ma!
- O krowę pytam!
- Aha! Ona mi się też nie podoba! Tak dwa miesiące się jej przyglądam i nie widzę jej, oj nie widzę!
- Dwa miesiące? Zaznaczył sobie pan w kalendarzu termin?
- No, jak Unej te kieckę podp(niedomówienie)! – brodą wskazał w kierunku Anki.
- Aha.
- A doi?
- Co doi? Mleko? Jeszcze w ciąży nie była!
- O krowę pytam panie Wardusiak, a pan, taki inteligentny człowiek wciąż o Ance!
- A, bo mnie denerwuje, jak ją widzę!
- Więc co?
- Najbardziej mi się nie podoba, jak po liściach beka.
- Po liściach? Anka?
- Nie, krowa!

Nogi krówsko może nieco zbyt szeroko rozstawiało. A i przygarbiona jakaś taka, że jak Anka za nią stała, to prawie całkiem widok mi zasłaniała. Ni to je, ni to stęka. Mleka to ze dwa, trzy kubeczki, a wymię, że aż przyjemnie popatrzyć.
- A kiedy ona stęka panie Wardusiak?
- Wczesną nocą, albo nad ranem.
- O krowę teraz pytam!
- A! Krowa, krowa, to jak wstaje, albo jak się kładzie, ale ostatnio niespecjalnie. – Wardusiak pokręcił głową niezadowolony, że znowu nie zrozumiał mojego pytania. – No, cholera mnie bierze doktorze, jak na nią patrzę! Zupełnie mi się nie widzi!
- Anka?
- Krowa, doktorze.
- Tak, tak! No, to ja mogę dać jej proszki, ale chyba niewiele pomogą. Mogę też wpuścić magnes, bo myślę, że ma gwóźdź. Inna sprawa, że to już późno na taki zabieg.
- I co? Ma tak zostać? Nic się nie da zrobić?
- No, chyba, że byśmy poszukali tego gwoździa w jej brzuchu. Operacyjnie.
- Operacyjnie. Pan, doktorze, taki ynteligentny człowiek i chce szukać gwoździa operacyjnie? To w sianie nie łatwiej? Czy to warto?
- To musi pan ocenić. Widzi pan, panie Wardusiak, jak ta krowa stęka i przysiada, gdy ją ściskam tu, za kłębem?
- Widzę.
- Niech pan patrzy na krowę, nie na Ankę – mruknąłem scenicznym szeptem. Anka na szczęście poszła na drabinę, ściągać z góry siano i chyba nas nie słyszała, bo widać było tylko jej nogi i mocno podciągniętą od ruchów widłami sukienkę. – Co pan się tak za nią ogląda, panie Wrdusiak? Pilnuje jej pan, czy co?
- A kto to wie, kiedy taka czegoś tu nie napsuje? Jak nie będę patrzyć swojego, zaraz z torbami pójdę! Tak, jak ona, latawica! Własnej kiecki za sto dwadzieścia osiem złotych upilnować nie umiała!
- To co, rżniemy ją?
- Kogo, doktorze? – podejrzliwym tonem spytał gospodarz, patrząc za moim wzrokiem.
- No, Krasulę przecież.
- A jest inne wyjście?
- Zawsze może ją pan oddać rzeźnikowi.
- Taką chudą? Dobra! Niech pan operuje!

Wardusiak zawołał do pomocy Kazika. Sam trzymał krowę za łańcuch, a Kazik był na posługi. Anka stała za mną. I dobrze, bo przynajmniej mogłem spokojnie operować. Nie pokaleczyłem się. Nie będę opisywał szczegółów zabiegu. To po pewnym czasie zaczyna być nudne. Grzebie człowiek w tych bebechach i grzebie, wyrzuca z przedżołądków masy nieprzetrawionych zieloności. Taczki zaprzężone w jakiegoś Kazika wożą te skarby na stos za oborą, do recyklingu. Deszcz pada tak aby, aby, przejaśnia się niebo. Burza poszła w Polskę. A tu człowiek tkwi po pachę w krowim żołądku. Jakże trzeba uważać na każdy gest. Pomocnicy zdają się chwytać w pół słowa wszystkie polecenia.
- Wody!
Jest woda.
Przywiązać ogon!
Ogon przestaje bić po twarzy i trzeba samemu opędzać się od much.
- W plecy podrapać!
- Tu? Czy obok?

Operacja trwa. W końcu znalazłem gwóźdź zagięty, rdzą pokryty, w czepca ścianie. Tkwił tam sobie pewnie od lat. Obrośnięty włóknikiem, nieco dyndał wolnymi końcami, bo akurat samo zagięcie było obrośnięte tkanką. Tego włóknika nawet niezbyt wiele, sprawa najwyraźniej stara. Jak tu pomóc krowinie? Toż nie ten stary kawałek stali jej przeszkadzał. On może trzy, czy pięć lat temu był ważny dla tej krowy. Indukował zachowanie, bólem odbijał się na jestestwie zwierzęcia. Przez to żelastwo nie żarła, może i nawet w ciążę zajść nie chciała. Ale nie w maju, nie w czerwcu, nie w tym roku! Totalne pudło z diagnozą! Ciało obce? Owszem, ale nie dziś. Teraz każda krowa ma swoje ciało obce. Nie każde ciało obce i nie każdej krowie szkodzi!
Na dnie piasek. Piasek w przedżołądku? W Goszczewie, które piaskiem stoi? Toż on tam ma być! Bez tego piasku nikt by nie uwierzył, że ta krowa jest z Goszczewa! Szukam dalej! Gdzie? Nic tu nie ma! O! Coś mam! Chyba coś mam. Jakby płat skóry. Tfu! Nie skóry, bo gdzie skóra w czepcu? Zachyłek któregoś przedżołądka? Wystaje te dziadostwo z utworu prowadzącego do ksiąg. Ba! Ciągnąć się daje! Po kawałku, po kawałeczku. Jakaś sprzączka, jeszcze jakiś metal. To nie skóra. Może worek? Ręcznik też nie, bo ma te sprzączki, też zresztą za twardy.
- I co? Znalazł pan, doktorze? Taki ynteligentny człowiek jak pan, wiedziałem, że na pewno coś znajdzie!
- Coś mam, ale jeszcze nie wiem co!
Podciągam to coś bliżej do otworu wyciętego w brzuchu. Wreszcie zrozumiałem! To kiecka Anki! Kiecka za sto dwadzieścia osiem złotych na wpół wkręcona w ujście do ksiąg!
- Panie Wardusiak! Już wszystko wiem! To jest – no właśnie co powiedzieć w tym układzie ? – To jest chyba to!
- Znaczy co, panie doktorze? – Wardusiak inteligentnie i w skupieniu czeka na diagnozę.
Zaraz, zaraz. Powiedzieć, że to ten prezent za pieniądze ojca, za całe sto dwadzieścia osiem złotych, niby od Kazika, dla Anki? W takim miejscu, stanie, poszanowaniu? Spokojnie! Mam ten luksus, że bez wyjmowania ręki z brzucha mogę wymyślić, jaką mi się spodoba chorobę. Doświadczenie! Z tą ręką tkwiącą po pachę w krowich trzewiach mogę wszystko!
Refleksja? W takim momencie? Zwykle jestem raptusem. Bardzo lubię Wardusiaka. Uwielbiam patrzyć na Ankę, szczególnie, jak włazi mokra po drabinie. Kazik też jest w porządku. Umiał wybrać!
Ale jak tylko się okaże, że kiecki od Kazika nie upilnowała Anka, że nie złodziej cwany ją skradł, a tylko krowa głupia ją zeżarła, zamiast trawy zielonej, to może się zasadniczo zmienić sytuacja geopolityczna w całym domostwie. Anka kiecki od Kazika, za ciężkie pieniądze Wardusiaka aż tak nie uszanowała, że krowie ją zjeść pozwoliła? A i przez Ankę jeszcze i ta krowa by zdechnąć mogła! A zresztą teraz koszty jakie. Mało sukienka, to jeszcze operacja! Czarna mogiła! Oj! Oj, trzeba spokojnie! Co wymyślić? Kto winien? Czy winna Anka, że suszyła spódnicę na płocie? Czy Kazik, że upalował wedle płota krowę, czy Wardusiak, że nie dał jej wyprowadzić na łąkę? A co mnie w końcu obchodzi wina? Każdy ma swoją rację i każdy jest winny! Ja tylko leczę! Ale co z tym zrobić?

- Panie Wardusiak, leć pan migiem po wrzątek! Wiadro całe! Tam jest gwóźdź! I ropień!
- Kazik, Kazik – leć po… po, po drut wygięty!
- A Anka, zostań tu! Wiadro mi przynieś!
Domownicy rozpierzchli się wypełnić rozkazy.
- Dawaj to wiadro Anka! Widzisz, co tu jest?
- O rany!
- Cicho bądź! Weź to wiadro i zakop to za oborą, że niby ropa od gwoździa, a wracaj szybko!
Anka z wiadrem i kiecką udającą ropę po gwoździu poleciała za stodołę. Wardusiak przytargał wrzątek, a Kazik drut. Wsadziłem drut do wrzątku, potem do żołądka. Wydobyłem gwóźdź ze ściany czepca, zamocowałem do końca druta i dopiero wtedy podałem Wardusiakowi.
- A jednak miał pan rację, doktorze, jak to ynteligentnie umiał pan zrozumieć, co mi się nie widzi w tej krowie! A i jeszcze naprawić! Czy to na pewno to?
- Oczywiście! Anka wyrzuciła ropę, bo śmierdziała, aż mi kolana się zginały. Teraz będzie dobrze!

Podsumowanie i wnioski.
Dla kogo to zrobiłem? Czyja jest prawda? Anki, Kazika, Wardusiaka, moja? Uratowałem krowę, skłamałem Wardusiakowi, Kazikowi. Czy tak wypada? Przynajmniej deszcz przestał padać.
Przedstawiłem widzom swoją prawdę, ich prawdę. Czy tą właściwą? Wątpię, bardzo wątpię. Ale przynajmniej nikomu nie zaszkodziłem. Skłamałem? E! Lekarzowi weterynarii wiele wolno, byle primum non nocere!

I dzięki temu świat stał się piękny!
Nawet tablica rejestracyjna się znalazła. Widocznie, jak jechałem na zgłoszenie falanga wody oderwała ją od zderzaka. Inna sprawa, te tablice teraz zamiast być przykręcone, trzymają się tylko na plastikowych reklamach warsztatów naprawczych. Za literki. No i zerwało!
A u Anki mam herbatę.
U Wardusiaka - poważanie, bo jako ynteligentny człowiek, sobie tylko znanymi sposobami spowodowałem, że nie wchodząc w szczegóły, jego krowa znowu „mu się widzi”. Czy tylko krowa? Wardusiak będzie teraz starał się przy mnie wyrażać jeszcze kulturalniej. Pełen Wersal! No, bez przesady, o interpunkcji raczej nie zapomni.
A Kazik? Cóż Kazik, ten świat kręci się najwyraźniej nie wokół jego osi... Ale w tym akurat wypadku wcale nie jest tak źle.

A gdzie prawda? Prawda? Komu ona w końcu potrzebna? I tak każdy chce mieć swoją! Choćby to i była, mówiąc słowami Wardusiaka – gówno prawda.

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.