Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Refleksje po refleksjach" Włodka Szczerbiaka

2007/06/15 09:05:51


Nie wycieram posadzek w ministerialnych korytarzach. W związku z powyższym nie umiem też powiedzieć, jakich argumentów można i należy użyć wobec dyrektora Wojtyry, a jakich Dyrektor ma używać wobec osób wyżej postawionych. „Nasz” departament jest chyba kierowany przez osobę, która nie potrafi przedstawić, ani zrozumieć potrzeb ludzi, którymi zarządza. Tak to niestety widzę mojej żabiej perspektywy. Tak mi to zostało przedstawione. Tak widzę efekty naszych działań dla ratowania weterynarii. Może się i mylę, ale jakoś nikt nie umie wyprowadzić mnie z błędu.

Gdybym ja miał uzasadnić, czemu konieczna jest walka z pauperyzacją weterynarii, najpotężniejszego członu, poza działem ekonomicznym w Departamencie – bym wyszedł z punktu zasadności istnienia weterynarii. Weterynaria w państwie jest moim zdaniem potrzebna do jak najtańszego zawiadywania bezpieczeństwem żywności przeznaczonej dla ludzi. Nie jest dbaniem o bezpieczeństwo dbanie o rozdział funduszy klęskowych z powodu powodzi. Dbaniem jest wał przeciwpowodziowy. Nie jest dbaniem o bezpieczeństwo żywności zamykanie zakładów mięsnych z powodu zatrucia ludzi. Dbaniem jest prewencja, zapobieganie. Od zamierzchłych czasów wiadomo, że lepiej zapobiegać niż leczyć. I taka jest podstawowa rola wszelkich organów rządowych, organów opłacanych z naszych podatków: dochodowego, akcyzowego, VAT i kilku innych. Społeczeństwo scedowało troskę o swoje bezpieczeństwo na rząd, a jednocześnie chce za te działania jak najmniej płacić. Siłą rzeczy takie prace muszą być bardzo dobrze przemyślane, oparte na nowoczesnych zasadach.

Weterynaria historycznie rzecz ujmując zajmuje się leczeniem zwierząt. Ale nie tylko! To fakt, że z różnych względów nie każdej chorobie daje się zapobiegać. Wtedy leczymy, jak najlepiej umiemy. Ale i chorobom zwierząt, a tym samym zagrożeniu żywności dla ludzi można i trzeba zapobiegać. To jest akurat zadanie Departamentu Bezpieczeństwa Żywności i Weterynarii. Ten departament ma nie dopuścić do zagrożenia zdrowia i życia konsumentów. W idealnym układzie – każdy producent za swój punkt honoru powinien uważać taką produkcję, żeby do zagrożeń nie dochodziło. Niestety tak nie jest. Niezbędna jest kontrola. Wiem, że dla rządu nadzór nad jakością żywności nie jest tak istotny, jak rozdział funduszy unijnych, jak badanie ubeckiej przeszłości niektórych funkcjonariuszy. Tak, te zadania są zdecydowanie pilniejsze niż troska o jakość żywności. A człowiek, jak wiadomo – wybredny nie jest, zje wszystko. Czy jednak do końca?

Produkcja żywności stała się potężną gałęzią gospodarki. Rządzą nią prawa przyrody, ale i ekonomii. Pojawiają się górki i dołki produkcyjne. Konieczny jest handel nie tylko wyrobami, ale i zwierzętami. W trakcie nadprodukcji żywca, żywności – warto jest jego nadmiar tu i tam upłynnić. Cóż, sytuacja jest taka, że niestety, ewentualni kupcy chcą mieć dobry towar, stawiają wymagania! Nie kupią zwierząt z gruźlicą, chorobą Aujeszki. Weterynaria dba o interes rolników próbując uwolnić kraj od chorób posiadających znaczenie nie tylko ekonomiczne, a i polityczne. Nie jest to może na pierwszy rzut oka widoczne. Restrykcje związane z likwidacją chorób są dla osób patrzących wyłącznie celów bliskich, leżących w zasięgu ręki – są bardziej przemawiające, niż nowe możliwości handlu, które pojawią się dzięki czasowemu zaciśnięciu pasa wobec różnych weterynaryjnych zakazów i nakazów. Nie wiążą się one obecnie z tak chwytliwymi i przerażającymi społeczeństwo chorobami, jak BSE, HPAI. W związku z powyższym wielu ludzi, a czasem i decydentów pochopnie sądzi, że działania weterynaryjne są stekiem bzdur, sposobem na utrudnianie i tak ciężki ego życia producentom żywności.

Kwietniowa manifestacja w Warszawie miała pokazać społeczeństwu i rządowi, że w weterynarii zaczęło się dziać źle. Z ilości manifestantów – widać, że wszyscy tak myślimy. Pion zajmujący się prewencją jest niedofinansowany, wynikiem czego jest odpływ fachowców, zajmowanie się wyłącznie „gorącymi” tematami. Dziś Inspekcja Weterynaryjna zamiast przygotowywać grunt pod ekonomiczne sukcesy rolników i producentów żywności, mogących swobodnie korzystać z zagranicznych rynków zbytu – gasi pożary. W momencie, kiedy dojdzie ewentualnej do katastrofy epizootycznej, będziemy mieli zbyt mało specjalistów. Dofinansowanie weterynarii w takim momencie, z funduszu klęskowego, owszem podniesie jej możliwości działania, ale dopiero po latach, gdyż potencjał ludzki niezbędny w tym zawodzie jest wysoko wykwalifikowany, po sześcioletnich studiach dziennych, po kilkuletnich specjalizacjach. Takiej luki nie da się wypełnić sypiąc pieniądz wyłącznie w razie awarii. Czemu sytuacja z wynagrodzeniami dla Inspekcji wygląda dokładnie jak w starym kawale:
- Czy jest praca dla mojego synka?
- Oczywiście! Przy budowie dróg. Za siedem tysięcy netto.
- Oj to za dużo! Co no zrobi z takimi pieniędzmi? Będzie pił!
- To może w transporcie – dwa – trzy tysiące netto?
- Też za dużo! Zapije się na śmierć! Za tysiąc to nic pani nie ma?
- Za tysiąc? Do takiej pracy to trzeba mieć wyższe wykształcenie!

Trochę zdziwiony jestem żądaniem pana dyrektora Wojtyry o podanie argumentów za podwyżkami. Akurat to żądanie padło w związku z pieniędzmi płaconymi przez kontrolowane podmioty na „konto dochodów własnych Inspekcji”, dla lekarzy wyznaczonych. O podwyżkach pensji inspektorskich nawet się nie wspomina. Rząd, szczególnie obecny, jest bardzo nieskory do wydawania pieniędzy podatników na ich zdrowie. Zauważyłem to doskonale przy okazji strajków lekarzy medycyny. Może więc da się jakoś pozyskać pieniądze z „usług” świadczonych przez Inspekcję różnym kontrolowanym podmiotom? Niestety dla weterynarii, te „kontrolowane podmioty” wcale głupie nie są. Skoro rząd uważa, że nie trzeba łożyć na weterynarię, cierń w oku co bezczelniejszych producentów (brudasów) – to czemu właśnie oni mają to robić?

Miałem ostatnio do czynienia z niewielką chlewnią. Ot liczy ona sobie dwadzieścia kilka macior. Żyją one w pomieszczeniach zaadoptowanych ze stodoły, jakiegoś garażu. Ściany są pokryte grubą warstwą brudu, pajęczyn. Właściciel, owszem czytający prasę fachową nagle zdecydował się na wyprowadzenie swoich zwierząt na „szerokie wody”. Zawiózł zdechłego prosiaka od odległego o ponad setkę kilometrów laboratorium. Z wynikiem badań przyszedł do lecznicy.
- Amoksiklav poproszę!
- A co chce pan zrobić?
- Wyleczyć świnie!
Cóż pomysł może i dobry, ale bez logicznych przesłanek. Streptokokoza ma bowiem to do siebie, że uwielbia brud. Antybiotyki owszem, pomogą, szczepienia też zadziałają. Niemniej prawdziwie przyszłościowy i tani w dłuższej perspektywie efekt można uzyskać wyłącznie przez prawidłowe zarządzanie chlewnią! Trzeba spełnić pewne uwarunkowania środowiskowe. Niby głupoty, ale pajęczyny trzeba – ściągnąć, ściany połatać, wybielić, zmniejszyć nadmierną obsadę, słowem – poprawić dobrostan. Swoją drogą, w tej sytuacji to najgłupiej zareagowałem ja. Zamiast leczyć, szczepić, mieć obrót, zyski – zaproponowałem wyjście z zaklętego kręgu. Fakt, koniec końców – wyszedłem na swoje, bo rolnik okazał się mimo wszystko ciemny jak tabaka w rogu i mam zarobek.

Zgadza się, nie do każdego taka polityka przemówi. Nie każdy umie spojrzeć dalej, niż teraz, już. Niemniej, jako konsument żywności, podatnik, lekarz weterynarii – oczekuję od rządu, żeby ten potrafił widzieć cokolwiek więcej. Walka o pieniądze dla weterynarii to coś więcej, niż zapewnienie bytu kilku tysiącom lekarzy weterynarii. To zdrowie konsumentów. To szerokie wody dla handlu zwierzętami, żywnością.

Negocjatorzy strony weterynaryjnej, różni krzykacze stron internetowych, tacy jak między innymi ja – szermują argumentami, co się może stać, jeżeli weterynaria zastrajkuje. Zastrajkuje? Czy o ten strajk tu chodzi? Osobiście sądzę, że rząd, a bezwzględnie Departament zajmujący się weterynarią – powinien podchodzić do tematu zdrowia narodu nie tak, jak ów rolnik z przytoczonej anegdoty. Z tego też powodu dziwi mnie sytuacja kiedy Dyrektor żąda argumentów za realizacją statutowych celów podupadającego departamentu. Co najdziwniejsze, mając nasze szerokie poparcie żądań ekonomicznych dla zapewnienia realizacji zadań departamentu, dyrektor „naszego” departamentu – zamiast uderzyć o wsparcie do rządu, gdzie jest łatwiej o zrozumienie potrzeb w zakresie bezpieczeństwa – idzie po najmniejszej linii oporu. Próbuje uzyskać pieniądze wyłącznie od podmiotów kontrolowanych. W taki sposób, poprzez doraźne działania nigdy nie staniemy na straży bezpieczeństwa żywności, będziemy wiecznymi strażakami. Strażakami starzejącymi się, bez dopływu młodych kadr, bez sikawek, bez możliwości działania.

Obietnice związane z przenajrozmaitszymi wersjami rozliczania lekarzy wyznaczonych, wobec globalnych rozwiązań, planowanej likwidacji kont specjalnych, kont dochodów własnych są śmieszne – są łataniem dziur na najbliższe pół roku. O pensjach dla obecnych pracowników inspekcji weterynarii – w ogóle się nie mówi. Martwi mnie to osobiście, bo lada dzień lekarze z Inspekcji przyjdą leczyć w teren, psy, krowy, będę miał więcej konkurentów. Za dużo!

Może to i wygodnie taki przyglądać się z żabiej perspektywy zmaganiom ministrów, krytykować ich działania. Pewnie i wygodnie jest przyjąć moje założenie, że ja na etat do Inspekcji nie pójdę. Ale, jako konsumenta – zastanawia mnie, czy społeczeństwo w ogóle zdaje sobie sprawę ze strat, jakie poniesie wobec złego zarządzania produkcją żywności. A może to i lepiej, że społeczeństwo jest niczym tabaka w rogu?

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.