Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Dialektyka prawa farmac... :Część I-pryncypia W.S.

2007/09/12 22:16:31


Dialektyka prawa farmaceutycznego.

Część pierwsza – pryncypia.

Zadzierając głowę widzimy niebo, na nim gwiazdy. Ich ilość i dziś możemy określić tym samym słowem, jakim aborygeni określali wszystko powyżej pięciu. Mnóstwo. Gdy do patrzenia użyjemy teleskopu możemy zobaczyć na przykład Gromady Kuliste. To takie kłębuszki tkane z waty, czasem poprzesłaniane filowaniem znajdujących się pomiędzy nimi, a obiektywem ciał niebieskich. Spoglądając z kosmosu na Ziemię widzimy ją piękną, niebieską od gazowej powłoki, oceanicznych wód. Ogromny kosmos, piękna i czysta Ziemia. Marzenie ludzi, ekologów. Marzenia mają to do siebie, że nie zawsze umiemy je zrealizować.

Bo po co są ludzie? Celowo, czy przez przypadek? Inteligentny projekt, czy ewolucja? Ludziom wydaje się, że mają przed sobą jakiś cel, misję do spełnienia. Pragną pięknej i czystej Ziemi. Chcą być mądrzy, syci i szczęśliwi. Czym dokładniej się przyglądamy naszej planecie, tym więcej szczegółów staje przed naszym wzrokiem. Spójrzmy na ten bałagan z mniejszej odległości. Weterynaria stanowi jedną z milionów dróg wiodących ludzkość przed siebie.

Nasz zawód jest znany od tysięcy lat. Początkowo były to przypadkowe, z czasem celowe eksperymenty. Doszło do tego, że hodowca zaczął się przekształcać w lekarza zwierząt. Obserwacje, nadały sens pierwocinom leczenia. Tak prawdopodobnie narodzili się pierwsi lekarze. Na pół szamani, na pół fachowcy. Dzisiejsza weterynaria dysponuje wielowiekowymi obserwacjami, eksperymentami. Stała się wiedzą, podzieliła na specjalizacje. Jednym z jej atutów są lekarstwa. Im skuteczniejsze, prostsze do stosowania – tym mniej potrzebni stają się lekarze. A ludzkość nadal obserwuje, szuka wygodnych rozwiązań. Po co wołać do leczenia lekarza, gdy właściwie zastosowany środek może załatwić problem? A i wtedy bywa, że tańszy jest eksperyment niż fachowa pomoc.

Ta dociekliwość, chęć do upraszczania sobie życia, żeby nie powiedzieć – lenistwo stawiają każdy zawód w nieco delikatnym położeniu. Fachowiec musi być na tyle lepszy i tańszy od ignoranta, żeby był wart swoich pieniędzy. Ta opłacalność to oś wagi, na której oscyluje każdy zawód. Sens korzystania z fachowców najlepiej widzą obserwatorzy z zewnątrz. Są bezstronni aż do bólu. Ogarniają całość tematu, mogą ukierunkować działania wysoko wyspecjalizowanych fachowców, którzy często poza końcem nosa nic nie widzą. Oczywiście, tak, jak każdy kij ma dwa końce i przeciwstawna relacja ma rację bytu.

Weterynaria jest ekspertem od zdrowia zwierząt. Ze strony teoretycznej, jak i praktycznej. Zostaliśmy wyposażeni w policyjne uprawnienia, zakazy, nakazy. Nadzorujemy bezpieczeństwo żywności pochodzenia zwierzęcego, zdrowie zwierząt, ich leczenie. Chronimy, bo mamy wiedzę, jak to robić, otrzymaliśmy w tym celu też odpowiednie uprawnienia, mandat społeczny. Stosujemy specjalne procedury, żeby nie dopuścić powstania szkód w łańcuchu żywnościowym człowieka.

Człowiek z natury jest bardzo czuły na wszelkie ograniczenia. Ma od zarania wolną wolę i doskonale o tym pamięta. Ciągle dąży do prostoty. Działania ludzi mają to do siebie, że gdy popadają w pewien rozsądny automatyzm zyskują na jakości. Nauczył nas tego Ford, wynalazca taśmy produkcyjnej. Wszelkie ograniczenia, prawem perwersji – mają pomagać. Doskonałym przykładem genialnego rozwiązania są wózki w supermarketach. Ot, wystarczył drobiazg, kieszonka na monetę i każdy odstawia wózek na miejsce, żeby odzyskać swój grosz. Piękne zagranie psychologiczne. Ograniczenie, skuteczne i nieuciążliwe. Najśmieszniejsze jest to, że są osoby chwalące się tym, że się wyrwały z systemu. Monetę zastępują kapslem, dorobionym kawałkiem blaszki. Lecz ta fałszywka ma dla nich częstokroć wartość większą, niż dla niektórych moneta!

Weterynaria wyszła z epoki doświadczeń, są skuteczne leki, zabiegi, a ludzie nadal chcą eksperymentować z leczeniem. Cóż, leczyć każdy może. Aby tylko miał właściwe lekarstwo. W tym tkwi szkopuł. Są dziedziny nauki, gospodarki, gdzie wysoko zaawansowane technologie zostały udostępnione na wolnym rynku. Każdy rolnik samopas stosuje nawozy, środki ochrony roślin, a w wielu krajach i leki. Polskie prawodawstwo, opiera się takim rozwiązaniom. Jak długo to potrwa? Nie wiadomo. Teraz nie zależy to wyłącznie od nas, jesteśmy częścią Unii. Tak po namyśle dodam, że podobno mają być wprowadzone ograniczenia odnośnie sprzedaży benzyny w niedzielę. Każde uzasadnienie jest dobre.

Lekarstwa weterynaryjne są dobrem o zaawansowanej technologii. Skuteczność idąca coraz częściej w parze z łatwością stosowania korci do dróg na skróty. Ten sposób postępowania wybierają nie tylko hodowcy, ale często i lekarze. Nie od dziś wiadomo, że mimo najrozmaitszych regulacji ciągle mamy rynek producenta, a nie konsumenta. Działania mające na celu zmianę sytuacji są niezwykle trudne, gdyż lobbystami w kręgach decyzyjnych są producenci. Prowadzi to do bardzo ciekawych sytuacji, czego znakomitym przykładem są uregulowania dotyczące weterynaryjnych produktów leczniczych.

Leki weterynaryjne podlegają Ustawie Farmaceutycznej. Wraz z kolejnymi konsultacjami, poprawkami nabiera ona precyzji i doskonałości. Niemniej każda strona zainteresowana tematem stara się ciągnąć obrus do siebie. Kto wygra te zmagania? Dobrze by było, żeby społeczeństwo, konsumenci. Niemniej oni są tu często i dyletantami i pozornie najmniej zainteresowaną stroną. Leki weterynaryjne od ludzkich, (jeśli chodzi o ich uboczne skutki) - różnią się praktycznie tylko jednym. Nie mogą w żaden sposób przedostać się do żywności przeznaczonej dla ludzi. Nie mogą stać się zarzewiem chorób społeczeństwa. Nie mogą szkodzić ludziom!

Języczkiem u wagi są możliwości, jakie dają lekarstwa. Małym kosztem redukują straty w produkcji zwierzęcej. Zakup lekarstwa zwraca się w postaci zmniejszonych upadków, a przede wszystkim – w postaci większych przyrostów w połączeniu z mniejszym zużyciem paszy. Nie bez znaczenia jest i skrócenie okresu produkcji. W chowie zwierząt, a szczególnie w coraz powszechniejszym chowie wielkofermowym nie liczy się zdrowie jednego zwierzęcia. Ważne jest zdrowie stada. W kąt idą dotychczasowe pryncypia weterynaryjne. Zmienia się sposób ordynowania leków, znaczenie, kształt weterynarii.

Nadeszła chwila, kiedy lekarze weterynarii zajmujący się kliniką zaczęli się dzielić na dwie coraz bardziej oddalające się od siebie grupy. Część zajmuje się leczeniem zwierząt towarzyszących. Często za wszelką cenę, ze stosowaniem najnowocześniejszego sprzętu ukierunkowanego na poszczególne zwierzę. Nie są tu istotne pozostałości antybiotyków, hormonów. Natomiast leczenie zwierząt gospodarskich staje się leczeniem stad. Liczą się wskaźniki ekonomiczne, im są podporządkowane zasady „dobrostanu zwierząt”. Zwierzęta w lepszych warunkach jest taniej produkować. Dwoistość etyki weterynaryjnej idzie ręka w rękę z dulszczyzną naszego społeczeństwa. Raz lekarz ma leczyć szczura z nowotworem jądra, innym razem ma nadzorować zniszczenie za pomocą trucizn całej ich populacji na fermie.

Wiedza jest droga, coraz droższa. Ceny usług weterynaryjnych w miastach pną się w górę, ich relacja w stosunku do ceny ordynowanych leków rośnie. Odwrotnie wygląda sytuacja na wsi, gdzie to samo społeczeństwo żąda, aby zwierzęta były leczone tanio, tylko wtedy, gdy jest to absolutnie niezbędne, a najlepiej za darmo. Tu relacja między ceną usługi a lekarstwa zmienia się na niekorzyść usług. Aby się utrzymać na rynku lekarze stosują coraz więcej lekarstw, muszą ogarniać jednym „lekarskim spojrzeniem” coraz większe rzesze zwierząt. Ta relacja między ceną użytych lekarstw, a malejącym w tej cenie udziałem usługi weterynaryjnej – wcale nie prowadzi do zwiększenia zapotrzebowania na usługi weterynaryjne. Te usługi tanieją, a jednocześnie stają się coraz bardziej elitarne.

Hodowla znalazła się, jak i całe polskie rolnictwo wobec zasadniczych przemian ekonomicznych. Kolejno padają nierentowne minigospodarstwa. Rodzą się molochy. Te zmiany struktury są okupione tragediami, nędzą, brakiem perspektyw. Każda złotówka wydana na leczenie zwierząt stanowi w wypadku podupadających hodowli - nie inwestycję w przyszły produkt, lecz wymierną stratę. Lekarstwo, pomoc lekarska, dojazd do zwierzęcia - to bankructwo dla biednego gospodarza. Często opłaca się zaplanować straty z powodu upadków, z powodu gorszych przyrostów (ten najgroźniejszy ekonomicznie czynnik w małych gospodarstwach nie jest dostrzegany), żeby tylko nie ponosić kolejnych kosztów. Nic, że te koszty generują przyszłe zyski. W danym momencie są wyłącznie kosztami! Z pustego jest trudno karmić…

Lekarze weterynarii są wśród ludzi, ich praca jest przeznaczona dla ludzi, nie dla zwierząt. Czy tak trudno zrozumieć, że podupadający rolnik nie ma za co leczyć? Taki rolnik gotowy jest sam zdiagnozować, podjąć ryzyko błędu, samodzielnie podać lek, który był kiedyś skuteczny. Lekarz w gabinecie, którego drzwi trzaskają o futrynę, bo uderza nimi wiatr, a nie klienci – pójdzie na wszelkie ustępstwa, aby tylko mieć obrót, żeby sprzedać leki o kończącej się ważności, aby zapłacić podatki, długi. Z czasem takie działania wchodzą w nawyk. Lenistwo jest śmiertelną przywarą wszystkich ludzi. Także moją. Po co jechać w daleką trasę do trzech świniaków, jak wystarczy sprzedać lekarstwo i objaśnić stosowanie? W tym czasie może przyjść kilku klientów, którzy pocałują klamkę i co gorsza – pójdą na zakupy do konkurencji!

Weterynaria jest taka sama, jak potrzebujące jej rolnictwo. Tam, gdzie jest dużo zwierząt, gdzie lekarstwa dowozi się ciężarówkami usługi weterynaryjne owszem, są w cenie, ale zupełnie niewspółmiernej do ceny zużywanych lekarstw. Dobry lekarz zajmujący się kilkoma fermami ma i czas i pieniądze. Tymi pieniędzmi obraca przy pomocy kont bankowych, leki podają hodowcy we własnym zakresie w oparciu o wskazówki lekarskie.

Są wśród tych lekarzy i dobre dusze, które nie odmówią pomocy drobnym producentom. Oczywiście, za symboliczną cenę, bo jak w tym układzie od takiego obdartego detalisty zdzierać pieniądze za nic? Za jednego cielaczka, dziesięć kurek? Toż to grzech! Ale pojechać z usługą, podać leki – to już byłaby przesada. Każda dobroć serca ma swoje granice. W sąsiedniej lecznicy może i podupada lekarz zajmujący się leczeniem pojedynczych zwierząt. Może nie zna się na nowoczesnej weterynarii? Młoda kapitalistyczna gospodarka jest niezwykle drapieżna. Sprostać jej potrafią tylko najlepsi. Kto nie daje rady jest - sam sobie winny! Zresztą, jak ten pracuś chce – niech jeździ na zgłoszenia, niech rolnicy wybierają jego! I tak się to kręci. Ale - Chłopcy! Nie tak się robi pieniądze! Nie przez leczenie detalistów!

Rynek lekarstw jest niezwykle ponętny finansowo. Między innymi z tego powodu do głosu dochodzą producenci parafarmaceutyków. Rzesze drobnych hodowców jak najbardziej sprzyjają rozwojowi tej gałęzi. Ta branża obecnie przeżywa boom. Preparaty na wszelkie choroby zwierząt można swobodnie kupić w sklepach z cementem i gwoździami, nie wspominając o okienkach na poczcie. Zaczęło się to od dawien dawna. Lekarz i nauczyciel są z zasady najliczniejszymi zawodami świata. Każdy człowiek ma inklinacje do pouczania, doradzania. Parafarmaceutyki to wygodne rozwiązanie dla łykaczy pigułek, czasem i hipochondryków, którzy doskonale wiedzą, co im pomaga. I dzięki temu nie muszą szukać recept w zatłoczonych poradniach. Coraz większa świadomość społeczeństwa, możliwości współczesnych środków przekazu a jednocześnie oczywisty pęd do upraszczania życia spowodował, że substancje kiedyś owiane nimbem tajemnicy, dopuszczane na rynek wyłącznie za pośrednictwem specjalistów – dziś można kupić choćby i przez Internet.

W wypadku weterynarii, przy leczeniu najistotniejsza jest kwestia pozostałości. Parafarmaceutyki, szczególnie te, przeznaczone dla ludzi - nie zawsze spełniają warunki, czasem nawet dopuszczane są do obrotu środki mogące zmienić smak, zapach produktów żywnościowych. Lecz pierwsze koty za płoty. Weterynaria dysponuje instrumentami umożliwiającymi kontrolę i eliminację takich zjawisk.

Niemniej preparaty te wprowadzają sporo zamieszania w leczenie zwierząt. Który lekarz orientuje się, jaki skład, działanie mogą posiadać produkty czasem niszowych firm? Często zdarza się, że lekarstwa stoją na oknach w oborach, chlewniach, bez etykiet. Niemożliwe jest wtedy na podstawie oględzin, powąchania – ustalić jakie działanie ma zastosowany wcześniej przez rolnika środek. Utrudnia to leczenie, lecz jest nie do wyeliminowania. Bowiem, jeśli nie będzie profesjonalnych parafarmaceutyków natychmiast zastąpią je różne glinki, ziółka bez jakichkolwiek już etykietek.

Byłbym niewdzięcznikiem zapominając o zasługach dla hodowli, jakie ma przemysł paszowy. Po krótkim zastoju w rozprowadzaniu antybiotyków na wielką skalę, związanym z zakazem stosowania w paszach antybiotykowych stymulatorów wzrostu – tym razem wchodzą na rynek antybiotyki terapeutyczne w postaci tak zwanych pasz leczniczych. Jest to niewątpliwie osiągnięcie technologiczne. Premiksy są to weterynaryjne produkty lecznicze równomiernie rozprowadzone w nośniku zbożowym, przystosowane do podawania razem z paszami. Obecnie będą one mieszane w zakładach produkujących pasze lecznicze. Dla odbiorców zainteresowanych samodzielnym przygotowywaniem pasz zostało wprowadzony tak zwany produkt pośredni. Jest to najogólniej mówiąc premiks, zmieszany z otrębami, bardzo wygodny przy leczeniu w dużych obiektach, a jednocześnie zabezpieczający podawane lekarstwo przed niepożądanymi reakcjami ze składnikami pasz.

Przejęcie rynku antybiotyków przez dealerów paszowych jest bardzo korzystne dla hodowców. Marża, jaką się posługują sprzedawcy waha się w granicach trzech, do pięciu procent, rzadko więcej. Hurtowy zakup dużej ilości premiksu umożliwia kolejne obniżki ceny. Zakłady lecznicze nawet korzystając z przysługujących im upustów, ze względu na stosunkowo niewielkie obroty – nigdy nie uzyskają tak korzystnych cen. Chyba tylko dla czystości i jednorodności rynku obecnie wyłącznym dystrybutorem premiksów są firmy paszowe. Gabinety, czy przychodnie weterynaryjne mają zakaz sprzedawania tych preparatów komukolwiek poza producentami pasz. Doszło nawet do tego, że uniemożliwione zostało podawanie do paszy zwykłego preparatu przeciwgorączkowego, paracetamolu. Od czasu, kiedy stał się premiksem, wyszedł poza apteki weterynaryjne. Z zainteresowaniem obserwuję, jaki będzie los kolejnych premiksów. Czy jakikolwiek z nich po wstępnym przetestowaniu w lecznicach – tam pozostanie?

Drobny szkopuł polega na tym, że obecnie rynek pasz leczniczych jest jeszcze w powijakach. Brakuje odbiorców. Jego prawdziwy rozwój nastąpi z chwilą zmiany struktury polskiego rolnictwa. Posługiwanie się paszami leczniczymi w hodowlach drobnotowarowych, może i atrakcyjne cenowo stwarza obecnie spore kłopoty logistyczne, ze względu na niewielką ilość mieszalni uprawnionych do wykonywania tego rodzaju towarów. Niemniej w najbliższym czasie rozwinie się sieć dealerów dostarczających nowoczesne produkty prosto do zagrody zainteresowanego rolnika. Perturbacje znikną. Nie od razu Kraków zbudowano!

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.