Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Dialektyka prawa farmac... :Część II-teoria...W.S.

2007/09/18 22:38:18


Dialektyka prawa farmaceutycznego.

Część druga – teoria władzy (nad lekami).

Sprawowanie władzy to nadzór nad wszystkim i wszystkimi. Skąd pochodzi władza? Żeby móc dzielić, trzeba mieć coś do dzielenia. Można odciąć ludzi od jedzenia, wody, seksu, a później racjonować te dobra. Na kartki, za pieniądze, przy pomocy odpowiedniego aktu nadania. Działa też wersja polegająca na tym, że wyznacza się określoną przymusową kontrybucję, aby następnie przyznawać ulgi wybranym grupom podatników. Przykładem jest podatek VAT w wysokości 22%. Opodatkowanie 7% jest już preferencyjne! Proszę zwrócić uwagę na terminologię! Władza uśmiecha się do swego ludu, do wybranych!

Można wejść w posiadanie dóbr poprzez zdobycie wojną. A można i inaczej. Teraz modna jest teoria wojny asymetrycznej – Dawida z Goliatem. Taktyka osiągnięcia władzy w ten sposób jest może nieco perwersyjna, lecz niesamowicie skuteczna. Opiera się na drobnych, niezauważalnych działaniach, niczym kropla, co drąży skałę.

Divide et impera. Starożytni to wiedzieli. Żeby móc rządzić, najpierw się dzieli. Właśnie niedawno mieliśmy jeden z przykładów, jak to się robi. Władza za darmo władza zafundowała kolczyki wszystkim krowom. Darmo? Ale do czasu. W pewnym momencie okazało się, że są outsiderzy, co nie zgodzili się na kolczyki. Zostali z całą pompą ukarani jako odszczepieńcy i mamy porządek. Teraz rolnik sam zakłada kolczyki, ba nawet je kupuje, żeby tylko nie odstawać od innych! Władza może się wziąć z rozdawania. Dziś rozdaję jałmużnę, jutro rządzę.

Jedna ze sztandarowych formacji politycznych, oparta w dużej mierze na dialektyce lansowała kiedyś hasła: ziemia chłopom, fabryki robotnikom. A lekarstwa? Czemu nie poszły w ręce ludu? Brak wiary w spontaniczną mądrość? A może tu zadziałała zasada, że młotek kowalowi, a śrubokręt elektrykowi? Czyżby odegrały rolę względy praktyczne, jak w sklepie z płytkami, gdzie niekoniecznie kręci się glazurnik, lub w zakładzie stolarskim, gdzie dla odmiany majster rzadko robi szafę z powierzonego materiału?

Jak narodziła się władza nad lekami? Zabobon? Brak wystarczającej wiedzy, żeby się nimi posługiwać? W każdym bądź razie na dziś lekarstwa są w Polsce towarem reglamentowanym.
Nadzór nad produkcją, przechowywaniem, rozprowadzaniem, a w weterynarii nawet nad wkładaniem zwierzętom do pyska i nad tym, co w zwierzętach, ich produktach z tych lekarstw pozostaje.

Pominę kwestie badań nad lekami, produkcji w zakładach farmaceutycznych, żeby skupić się nad najbardziej interesującymi użytkowników lekarstw zagadnieniami. Limitowanie dostępu do farmaceutyków weterynaryjnych, jakie istnieje w Polsce oparte jest na przepisach Ustawy Farmaceutycznej, ustaw weterynaryjnych, paszowych. Obowiązuje podwójny nadzór. Z jednej strony oparty o przepisy dotyczące zasadności i sposobu używania lekarstw, a z drugiej na ścisłym rozliczaniu ilościowym.

Księgowanie lekarstw na poszczególnych kontach, ich dokładne rozchodowywanie w wypadku medycyny zajmującej się ludźmi – w dużej mierze rozwiązuje kwestię nadzoru nad użyciem farmaceutyków. Lekarz wypisujący receptę nie posiada bezpośredniego dostępu do lekarstwa, farmaceuta jest z kolei zmuszony do dokładnego rozliczenia się jakościowego i ilościowego z tego, co ma na półkach. Zarówno z recept, jak i sprzedawanych, czy kupionych preparatów. Znacznie utrudnia to niepowołany dostęp do tych środków. Szpitale także dokładnie rozliczają leki, niemniej istnieje tu może trochę większa swoboda, związana z bezpośrednim dostępem lekarza do leków, ich stosowaniem przy zabiegach, leczeniu szpitalnym. Prawie identyczna sytuacja panuje w weterynarii. Lekarz w terenie, lub gabinecie bezpośrednio stosuje farmaceutyki u zwierząt.

Wygodne dla lekarza, a chyba i dla klienta jest posiadanie w gabinecie weterynaryjnym niezbędnych lekarstw. Rozliczenie użytych leków weterynaryjnych dotyczy merytorycznych powodów ich zastosowania, zaordynowanych ilości, sposobu podania, a także rozliczenia ilościowego poszczególnych kont, rozliczenia finansowego w postaci podatku dochodowego, VAT. Te kilkakrotne restrykcje mają na celu uszczelnienie rynku, dopuszczenie leków podawanych zwierzętom do obecności poza aptekami i magazynami tylko przez czas podawania zwierzętom. Chodzi między innymi o uniemożliwienie pozostawania resztek lekarstw w gospodarstwach, co może rodzić pokusę ich samowolnego stosowania przez hodowców. Zapiski w dokumentach stanowią też dowody w wypadku spraw spornych, sądowych.

Przepisy skarbowe związane z obrotem lekami są takie same, jak i w wypadku wszelkich innych towarów. Dokładne ich przestrzeganie, stanowi pierwszą barierę w dostępie do leków. Natomiast przepisy weterynaryjne rozróżniają nie do końca dokładnie zdefiniowane – stosowanie weterynaryjnych środków leczniczych i obrót detaliczny tymi środkami. Stosowanie leków wiąże się z inną uciążliwością administracyjną niż obrót lekami. „Stosowanie” jest nieźle przystosowane do potrzeb weterynarii. Obejmuje rozliczenie celowości, sposobu, ilości, czasu podawania, karencji. Natomiast przepisy dotyczące obrotu lekami są raczej typowo magazynowymi rozliczeniami kont. Z jednej strony dostawa, poprzez magazynowanie, aż do wydania towaru. Zapisy ustawy są wielokrotnie podważane przez lekarzy praktyków w związku z szalonymi utrudnieniami w prawidłowym (zgodnym z przepisami administracyjnymi) posługiwaniu się lekarstwami przez lekarzy weterynaryjnych. Właściciel często jednoosobowego gabinetu więcej czasu musi poświęcać na administrowanie, niż na leczenie. Administracyjny rygor, przy stosunkowo niewielkiej dochodowości praktyki weterynaryjnej budzi niechęć. Prowokuje liczne skargi, próby upraszczania sytuacji.

Izba Lekarsko-Weterynaryjna stoi na stanowisku, że dla zaabsorbowanego leczeniem zwierząt lekarza wystarczającym utrudnieniem jest wywiązanie się z przepisów dotyczących stosowania leków, ich rozliczania z Urzędem Skarbowym. Inspekcja Weterynaryjna chcąc literalnie interpretować istniejące prawo twardo stoi na stanowisku, że poza już prowadzonymi czynnościami administracyjnymi lekarz prywatnej praktyki musi prowadzić konta rozchodowywania leków. Przyznaję, że w wypadku zakładu leczniczego świadczącego jedną, dwie usługi dziennie – lekarzowi (o ile nie podejmuje na przykład czynności z wyznaczenia Lekarza Powiatowego) może starczyć czasu na wypełnienie stosu niezbędnych dokumentów. W wypadku zakładów o większych obrotach – są tam zazwyczaj używane komputery wyposażone w program, który automatycznie rozlicza lekarstwa zarówno stosowane, jak i podlegające obrotowi.

W zatem czym tkwi problem? Z administracją lecznicy można sobie poradzić albo ręcznie, albo elektronicznie. Niemniej ilość produkowanych przez lecznicę dokumentów jest taka, że muszą się tam pojawić błędy. Celowość działań administracyjnych związanych z limitowaniem leków staje pod znakiem zapytania. Administracja zakładem leczniczym zaczyna być sztuką samą dla siebie. Więcej problemów powstaje przy rozchodowywaniu lekarstw, niż przy ich używaniu dla zwierząt, przy leczeniu. Powoduje to wręcz alergiczne reakcje właścicieli lecznic na kontrole farmaceutyczne. Przy literalnym sprawdzaniu wykonania przepisów – nieistotne stają się działania lekarskie. Problem najczęściej zamyka się jedynie wokół prawidłowości rozliczenia lekarstw. Kwestia prawidłowości leczenia jest czymś mało wymiernym w porównaniu do rozliczenia pastylek. Z tego powodu rzeczowość kontroli musi się opierać o rozliczenia administracyjne, a pomija zasadność, efektywność prowadzonego leczenia. Sam proces leczenia jest na tyle trudny i skomplikowany, że jego ocena przez kogoś z zewnątrz, choćby i drugiego lekarza weterynarii jest niesłychanie trudna i subiektywna. Każdy lekarz opiera się na własnej wiedzy, doświadczeniu. A te – praktycznie każdy ma nieco inne. Czemu bowiem lekarze składają przysięgę, gdy w innych zawodach wystarczy pracownika rozliczyć z konkretnie wykonanych przedmiotów?

Obwarowania administracyjne nie są więc tak do końca sztuką dla sztuki. Ich założeniem jest zabezpieczenie żywności przed obecnością w niej substancji niedozwolonych. Ich założeniem jest udostępnienie leków wyłącznie fachowcom, którzy są zorientowani w ubocznych skutkach stosowanych preparatów. Ograniczenia te są swego rodzaju odpowiednikiem zasad HACCP tak powszechnych w przemyśle spożywczym. Kontrola każdego etapu produkcji, wychwytywanie punktów krytycznych, ich eliminacja. Założenia z gruntu słuszne. Założenia straszliwie utrudniające życie. Tak na marginesie towar, nawet wyprodukowany zgodnie z wszelkimi zasadami norm ISO, HACCP, czy innych staje do ostatecznej kontroli u konsumenta. Można założyć, że jest to artykuł zdrowy, spełniający wymogi trwałości, składu i mnóstwo innych. Tymczasem, niejako prawem absurdu – konsument popatrzy, powącha i stwierdza, że on tego do ust nie weźmie. Nie, bo nie!

Niejako ubocznym działaniem kontroli farmaceutycznych może być wyeliminowanie handlu lekami bez badania, leczenia. Niemniej rzeczywiste i prawne możliwości kontrolerów niezbyt na to pozwalają. Także nasze środowisko stwarza wrażenie, że mimo głośnych deklaracji o walce z nieprawidłowościami w dystrybucji leków – toleruje ten stan, choćby przez wrogi stosunek do inspekcji farmaceutycznej.

Do pewnego stopnia kryterium właściwie zaordynowanej terapii jest badanie pozostałości w mleku. Rolnicy już się nauczyli nie sprzedawać mleka od chorych, a nawet tylko źle czujących się krów. Wiedzą, że dodanie kilku litrów mleka z dodatkiem antybiotyku może odbić się płaceniem odszkodowania za zawartość całej cysterny. W związku z powyższym mleko opuszczające nasze obory ma jakość nieporównywalnie lepszą, niż miało ją w czasach, kiedy lekarze weterynarii jako główny punkt programu pracy mieli jeżdżenie po całym terenie i pobieranie mleka do probówek. Zostało zastosowane proste i skuteczne rozwiązanie. Dobrze by było podobne rozwiązania wprowadzić odnośnie badań laboratoryjnych mięsa. Dzisiejsze wyrywkowe próbki nie rozwiązują problemu tak dobrze, jak to się stało w przemyśle mleczarskim.

Wszelkie unijne programy pomocowe wśród swoich prerogatyw związanych z przyznawaniem dotacji zawsze bardzo wysoko punktują osoby prowadzące działalność podlegającą koncesjonowaniu, limitowaniu. Takie założenia stanowią o totalnym wręcz wycięciu konkurencji i zapewniają stosunkowo pewny interes. Osoba składająca oświadczenie, że jest nielicznym beneficjentem jakiejś reglamentacji – ma ogromne fory podczas przyznawania pomocy unijnej. My, lekarze terenowi bardzo często zdajemy się zapominać, że administracyjne ograniczenia w dostępie do lekarstw działają także na naszą korzyść. W dużej mierze wyeliminowani są handlarze, domokrążcy chcący sprzedawać leki. Działa to na naszą korzyść, bo leki są jednym z podstawowych narzędzi naszej pracy.

To narzędzie ze wszystkich stron próbują nam wyrwać różni inni biznesmeni. Swobodny dostęp do lekarstw mógłby się przydać każdemu. Tak jest w niektórych krajach. Wystarczy tam wysłać maila, zrobić przelew i na następny dzień listonosz przynosi potrzebne lekarstwo. Karencja? Żaden problem. Wszelkie produkty odzwierzęce są badane w sposób regularny, a nie wyrywkowy na pozostałości. Ale. Ale czemu, kiedy wydaje się, że osiągnęliśmy pewien postęp związany z możliwością prawidłowego stosowania leków – mielibyśmy wracać do epoki kamienia łupanego? Do czasów, kiedy hodowcy znowu robią doświadczenia na zwierzętach?

Zapełnieniu luki w potrzebie samodzielnego działania – służą uregulowania dopuszczające niektóre preparaty do leczenia typu „zrób to sam”. Są to preparaty o raczej znikomej szkodliwości dla organizmu, łatwo podlegające biodegradacji, jednym słowem bezpieczne w użyciu. (Wiadomo i Aspiryną można się otruć, ale na to raczej rady nie ma.) Tego rodzaju powiedzmy – parafarmaceutyki można sprzedawać praktycznie wszędzie, wystarczy tylko spełnić podstawowe warunki higieniczne, fiskalne. Dzieje się tak często w rozmaitych sklepach, sklepikach, ale najczęściej parafarmaceutyki pozostają w aptekach. Czemu? Towaroznawstwo. Każdy sklepikarz musi choćby tylko liznąć to zagadnienie. W wypadku stale wyrastających niczym grzyby po deszczu firm produkujących specyfiki lecznicze doszło do tego, że częstokroć sprzedawcy nie nadążają z uczeniem się o właściwościach sprzedawanych środków. Farmaceutom i lekarzom jest nieco łatwiej, lecz coraz grubsze wykazy wprowadzanych na rynek wynalazków powodują totalny szum informacyjny.

W Polsce rynek parafarmaceutyków przeżywa swój boom. Pojawia się coraz więcej preparatów przeznaczonych do leczenia zwierząt z pominięciem weterynarii. Powoduje to szereg nieporozumień. W sklepikach, na poczcie, w składach z gwoździami można kupić coraz to nowe cudowne środki lecznicze. Ich mnogość, intensywna reklama powodują, że znajdują się one w każdej oborze, chlewni.

Spróbujmy to jakoś pozbierać. Czyli wiemy, że prawo rozróżnia sprzedaż, stosowanie i obrót lekami. Handel to wiadomo – sprzedaję końską maść dla zreumatyzowanego dziadka. Stosowanie – tu trzeba zrobić krowie lewatywę. A obrót to jest wtedy, jak wystawię sobie samemu receptę i ją później zrealizuję w swojej apteczce, albo jakiś kumpel przyśle do mnie gościa z receptą, bo mu „wyszła” powiedzmy - surowica przeciwróżycowa. Dobrze, dobrze. Nic nie jest takie proste, na jakie wygląda. A prawo w szczególności. Popatrzmy, jak obrót weterynaryjnymi produktami leczniczymi widzi przemysł paszowy.

Bardzo skuteczne w działaniach proweterynaryjnych okazało się lobby paszowe. Po ciosie polegającym na wprowadzeniu zakazu stosowania w żywieniu antybiotykowych stymulatorów wzrostu – do pasz dodaje się antybiotyki terapeutyczne. Oczywiście ma to swoje dokładne uregulowania. Obrót paszami leczniczymi jest domeną weterynarii. Usługą weterynaryjną, co stanowi odpowiednia ustawa. Także nowoczesny wynalazek w postaci „produktu pośredniego” podlega podobnym ograniczeniom. Żeby hodowca mógł podać taki lek – zwierzęta muszą być zbadane, zdiagnozowane. Następnie lekarz weterynarii wypisuje coś w rodzaju recepty na paszę leczniczą, lub produkt pośredni.

Czyli obrót środkiem leczniczym w tym wydaniu to jest wystawienie zlecenia na produkcję paszy leczniczej. A faktyczna sprzedaż, dokonywana przez magazyniera nazywa się dystrybucją. Proste? Jak drut! Ale to też i trzeba sobie tak ładnie wymyślić! W prawie farmaceutycznym obrót to czynności administracyjne związane z włożeniem, zdjęciem z półek leków. Stosowanie – to wsadzenie koniowi do gardła jakiegoś specyfiku, wystawienie recepty. W prawie paszowym – obrót – to zaś wystawienie zlecenia, czegoś w rodzaju recepty, a dystrybucją nazywa się rozliczenie księgowe półek z paszą leczniczą. Jak zwał tak zwał. Najwidoczniej każda ustawa posługuje się innymi definicjami i to nam ułatwia życie.

Dokładne rozliczenia użytych antybiotyków są wykonywane w firmach paszowych we własnym zakresie. Te firmy się też samodzielnie kontrolują i oceniają. Mają po temu odpowiednie laboratoria. A któż tam kontroluje rozchód weterynaryjnych środków leczniczych? W takiej fabryce prowadzi się wyłącznie produkcję pasz. Prowadzi się rozliczenie księgowe zakupionych i wydanych leków. Ale nie ma tam ani obrotu, ani stosowania leków, które, jako domena weterynarii pozostała poza ścianami fabryki. Fabryka nie prowadzi obrotu, tylko lekarz wypisujący zlecenie. Fabryka też nie stosuje weterynaryjnych środków leczniczych. Więc inspekcja farmaceutyczna jest tam nie potrzebna, prawda? Fabryka prowadzi dystrybucję, nie stosuje swych pasz leczniczych. Hodowca podaje zwierzętom gotową paszę zawierającą takie środki lecznicze, jakich one potrzebują. Hodowca stosuje pasze lecznicze u swoich zwierząt. Firmy paszowe zapewniły sobie współpracę lekarzy weterynarii w ten sposób, że potworzyły, (zgodnie z odpowiednimi przepisami) gabinety weterynaryjne. Są tam zatrudnieni lekarze weterynarii zajmujący się na co dzień promocją pasz, dodatków paszowych, obliczaniem dawek pokarmowych. Oczywiście, z racji zawodu i pracy w gabinecie weterynaryjnym w każdej chwili mogą podjąć leczenie zwierząt. Wystarczy tylko, że hodowca podczas wizyty lekarza, speca od żywienia – zgłosi, że zwierzęta chorują. Lekarz natychmiast podejmuje czynności lekarskie. Wypisuje w pięciu egzemplarzach odpowiednie zlecenie do swojej firmy macierzystej i za kilka dni pasza jest dowieziona pod drzwi gospodarstwa. Weterynaria się nie reklamuje, a wchodzi pod strzechy.

Reasumując lekarzom została całkowicie odebrano możliwość podawania zwierzętom jakichkolwiek lekarstw z pokarmem. Teraz, żeby podać pięciu świniakom Levamisol granulat, żeby zrobić to zgodnie z prawem – trzeba go najpierw rozpuścić w wodzie, a potem wlać do pyska. W zamian za to lekarze weterynarii mogą swobodnie handlować, ba – nawet reklamować parafarmaceutyki. Dobrze, że pozostała jeszcze forma iniekcyjna i podawanie leków rozpuszczonych w wodzie.

Z podawania zastrzyków są wykluczeni technicy weterynarii (mogą to robić wyłącznie pod nadzorem). Natomiast dojarki, obsługa chlewni nie posiada takich zakazów. W wielu dużych gospodarstwach powstały już własne gabinety weterynaryjne…

Pewna spółka wodna zajmująca się też zakładaniem dozatronów zadała mi ot, tak niezobowiązujące pytanie: Jak się zakłada lecznicę weterynaryjną? Ale te dygresje to tylko tak na marginesie robienia wody z móżgu…

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.