Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Dialektyka prawa farmac... :CzęśćIII -SPONAA... W.S.

2007/09/21 20:13:40


Dialektyka prawa farmaceutycznego.

Część trzecia - "SPONAA" - sposób na Alcybiadesa?

Władza w demokracji musi się uśmiechać na wszystkie strony. Rząd stojąc na cenzurowanym stara się sprostać dyrektywom z Brukseli, żądaniom konsumentów, problemom producentów i fizycznym możliwościom. Bo demokracja, kapitalizm to taki trójkąt utworzony przez tych samych ludzi: producentów, konsumentów i trybunów. Każdy z nas jest po trosze każdym.

Najłatwiej być konsumentem. Ściskając w dłoni pugilares zielony wydaje się polecenia producentom: tamto dobre, ale za drogie, Owamto brzydkie, siamto ewentualnie wezmę.

Producent dwoi się i troi, żeby tylko sprostać wymaganiom rynku. Za każdą cenę stara się ciąć koszty, poprawiać jakość. Najłatwiej zrobić to kosztem pracowników, którzy są de facto i konsumentami.

Tę samozaciskającą się pętlę usiłuje ratować od kompletnego zadzierzgnięcia demokratycznie wybrana władza pochodząca spośród konsumentów, producentów. Jej zadaniem jest prowadzić politykę ratującą społeczeństwo od samozagłady.

Przeszkodą w tym działaniu jest globalizacja. Nawet, jeżeli jedna, czy kilka firm zmuszona przez demokratyczną władzę zacznie produkować w taki sposób, żeby zapewnić pracownikom chleb na życie, a konsumentom przetrwanie ? długo nie pociągnie. Konsumenci rozwydrzeni możliwościami, jakie daje dziś teleinformatyka, stosunkowo tani transport ? zaraz znajdą sobie tańszego dostawcę, nieobarczonego zasadami narzucanymi przez państwo. Jakąż więc rolę w tym układzie, gdzie wąż zjada własny ogon ma odegrać demokracja, państwo? Żadną? Cóż po państwie, którego nikt nie słucha? A co zrobić z autostradami, szkołami, wojskiem? Kto da na to pieniądze i komu?

Dziś coraz częściej mamy do czynienia już nie z kapitalizmem, lecz z jego hybrydą ? superkapitalizmem. Jest to formacja społeczno-ekonomiczna, gdzie w rzeczywistości rządzi producent mający na pasku pozorującą dbanie o konsumenta demokrację. Jedyny sposób na uczłowieczenie tej maszyny do robienia pieniędzy, jaką jest z zasady i wyboru ? państwo ? traci moc sprawczą.

Nasz zawód wpisuje się do tego obrazka zarówno po stronie producentów, jak i konsumentów. Część z nas reprezentuje też stronę obywatelską, tą demokratyczną w postaci nadzoru państwa. Niby sami sobie jesteśmy sterem, żeglarzem i okrętem, ale czy wiatr który dmie w nasze żagle aby na pewno spowoduje, że ten statek dopłynie do celu? Do jakiego celu? Coraz częściej słyszę pytania zadawane przez rzutkich lekarzy: Na co jest mi ta Izba? Czemu Inspekcja wprowadza rygory? Przeszkadzają tylko w pracy!

Te cechy obywatelskie w naszym zawodzie, jakie reprezentuje Izba, Inspekcja przestają się lekarzom podobać. Tym samym ? narzędzia demokratyczne tracą władzę. Nikt nie chce pamiętać, że ta władza chroni nasze dobra, że dzięki niej mamy jakoś rozsądnie ustawione granice, w jakich się możemy poruszać. Zachłyśnięci wolnością gospodarczą robimy, co się tylko da, żeby więcej i więcej mamony wpadło w nasze kieszenie. A kto nas będzie bronił przed zakusami innych korporacji zawodowych, przed chętnymi do przejęcia rynku weterynaryjnych produktów leczniczych?

Zawód, który reprezentujemy stale jest zagrożony, jeśli chodzi o lekarstwa ? możliwością całkowitego przejęcia ich przez lobby farmaceutyczne. Dziś to lobby przejęło nad nami nadzór w postaci Inspekcji Farmaceutycznej, co będzie jutro? Czy możemy puścić samopas leki? Czy nasze społeczeństwo jest na tyle kulturalne i zdyscyplinowane, że nie wydrze nam ich z rąk? A co się stało z premiksami paszowymi?

Wolna gospodarka to nieokiełznany żywioł. Ona tylko czeka na popuszczenie cugli. Ot, w ludzkich aptekach dla przyciągnięcia klientów stosuje się gratis w postaci darmowych leków, ba leków połączonych z bonami na kolejne zakupy! Te pieniądze, które wydaliśmy na ZUS ? idą na co? No właśnie ? na co? Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach może liczyć, że gdy tylko nasze przedstawicielstwa w postaci Izby i Inspekcji popuszczą cugli ? nie stracimy i tego źródła finansowania?

Zastanówmy się, z jakich źródeł jest finansowana wiejska lecznica. Zlecenia z Inspekcji weterynaryjnej w zasadzie nie wchodzą do obrotów lecznicy. W zasadzie. Prawo jest tak skonstruowane, że na dziś lecznica ponosi bardzo duże koszty związane z ?prywatnym? wykonywaniem zleceń przez swojego właściciela. Potrzebny jest i czas lecznicowy i samochód i pomieszczenia i dostęp do leków (np. tuberkulina), nie mówiąc o płaceniu ZUS za właściciela sprzedającego się poza księgami rachunkowymi własnej lecznicy. Czyli zlecenia w rzeczywistości obciążają zakład, który musi prowadzić lekarz. Doskonale pamiętamy, komu do dziś zawdzięczamy ten galimatias prawny, czyjej ?przychylności? się naraziliśmy. Aż dziw, że nikt nie chce rozwiązać tego absurdu. Usługi lecznicze świadczone w nieco wolniejszym czasie, sprzedaż leków, pasz, karm leczniczych, części do dojarek, smyczy i najrozmaitsze inne formy dofinansowania zakładu oto zasady, na jakich funkcjonuje lekarz w terenie.

Cały ten biznes kręci się w oparciu o jedno, o prawo do wykonywania zawodu lekarza weterynarii. W innym wypadku ? bardzo niewielu ludzi z tak wykształceniem ciężko zdobytym zdecydowałoby się na mało dochodowy handel paszami, smyczami, sprzętem oborowym. I tu się wyłania kwestia leków. Podczas, gdy Inspekcja pilnuje wyznaczeń niczym Konstytucji ? leki leżą sobie na podłodze. Kto się nimi pierwszy poważnie zainteresuje ? tego będą. Paradoksalnie, najmniej problemami związanymi z lekami weterynaryjnymi zdają się przejmować lekarze z nich właśnie korzystający.

Farmaceutyki weterynaryjne w wiejskich lecznicach są sprzedawane przez personel zastępujący lekarza, który w danym momencie bada w rzeźni, albo szuka gruźlicy. Sytuacja jest bardzo wygodna dla właściciela zakładu ? oszczędność czasu, a mimo to ? prawie pełne pokrycie zapotrzebowania weterynaryjnego w terenie. Dzięki temu po powrocie do zakładu cała robota terenowa jest zrobiona, nic już nie czeka na załatwienie. Skądinąd ? tego rodzaju lecznicę musi mieć każdy starający się o wyznaczenie. Nie ważne, czy będzie wyłącznie badał mięso, albo wykonywał jakieś monitoringi. Lecznica musi być i koniec! To po co ma ona stać pusta? Niech będą tam jakieś leki, może i trochę jeszcze jakiegoś barachła. Niech siedzi tam na straży jakiś sklepikarz czy dozorca. Leki, których nie sprzedał bezpośrednio lekarz ? jakoś nie obciążają jego autorytetu. Skoro rolnik je tylko kupił i to w dodatku nie od lekarza ? z jakiej racji ma mieć pretensje, że zwierzę zdechło? Jeśli chodzi o odbiór społeczny takiej sytuacji ? jest jak najbardziej akceptowana. Leki bez marży za usługę, bez dojazdu, bez czekania, kiedy to wreszcie doktor będzie miał czas przyjechać? Toż to jest sama wygoda!

Czy wiele jest takich lecznic? Oj o wiele, wiele za dużo. A zły przykład szerzy się niczym pożar prerii. Dziś często lekarze sprzedają leki do ręki. Tłumaczenie proste: jak ja nie sprzedam, to kolega. Jak mam jechać piętnaście kilometrów do różycy u dwóch świniaków? To strata czasu! A rolnik sam poda. Umiał zdiagnozować, to i poda! Zresztą grzechem byłoby naciągać biedaka na koszty!

Mamy mnóstwo lekarzy ? sklepikarzy, sami nimi często jesteśmy! Mamy coraz więcej lekarzy specjalistów, którzy tak naprawdę zajmują się wyłącznie leczeniem dużych stad, a niejako po godzinach ? pomagają drobnym rolnikom z dobrego serca. Z ?altruistycznych? pobudek. Na zgłoszenie oczywiście nie pojadą, szkoda czasu, ale leki sprzedać, nawet dosyć tanio ? mogą, czemu nie? Od przybytku głowa nie boli! Mamy w Polsce ogromne fermy, rządzące się bliżej nieokreślonymi prawami farmaceutycznymi. Są to wielcy adsorbenci leków. Skąd te leki pochodzą? Z hurtowni? Od bezpośredniego importera? Z własnego importu?

Masa, masa problemów. Jak weterynaria ma to przetrwać? Jak obsługiwać rolników, zwanych ?zoofilami?, jako że stanowią wymierający gatunek hodowców? Wiadomo, jaka będzie weterynaria za piętnaście lat ? same fermy. Ale co robić dziś, kiedy gro produkcji zwierzęcej, może z wyjątkiem drobiu ? pochodzi właśnie od tych ?zoofilów?? Włos się jeży ze zgrozy. Taaa? to by chyba wyjaśniało ? czemu jest tylu łysych weterynarzy.

Widocznie dobrze nam jest, jak jest. Czy mamy jakiś ważny powód, żeby się przejmować rozgardiaszem? Tą stajnią Augiasza? Czy musimy ją czyścić? Po co, skoro lekarze sami wołają o uwolnienie ich od Izby, Inspekcji? Wolność gospodarcza! Kapitalizm! Kapitalizm? A może jakieś wynaturzenie tego ustroju? Kapitalizm był kiedyś, kiedyś ustrojem dla ludzi. Przynosił pożytki tym, co zarabiali i tym, co płacili. Ramy działań ustalało państwo, a skoro ono uznało, że powinien to być wolny zawód przejmowała te zadania ? Izba. Tak się działo zanim nie staliśmy się jedną wielką wsią, gdzie każdy rozmawia z każdym, gdzie każdy handluje, pracuje z każdym. Po co więc jakiekolwiek normy, zasady? (Dziś najwyraźniej Izby nie chce ani państwo, ani weterynaria, nie mówiąc już o rolnikach.)

Konkluzja (czyli nasuwający się wniosek):
Niebo gwiaździste nade mną, prawo farmaceutyczne pode mną. Zdeptane! Spójrzmy na nasz światek z pewnej perspektywy. Może nie z kosmosu, gwiazd, a okiem społeczeństwa, Temidy. Oto cytaty: ?Sprawa oddalona? ?Mała szkodliwość społeczna czynu?.

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.