Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Co w trawie piszczy - Włodek Szczerbiak

2007/10/16 08:49:22


"Co w trawie piszczy” – list dość osobisty do doktora Zbigniewa Kowalskiego.

Właściwie – Zbyszku - to miałem nic nie pisać o sympozjum farmakologicznym. Zwyczajnie z tego powodu, że weterynaria terenowa potraktowała je po macoszemu. Niemniej wywołałeś mnie do raportu, więc opiszę moje wrażenia z Sympozjum.

"Farmacja weterynaryjna w Polsce" – to pierwsze tego typu spotkanie, poświęcone – jak twierdzi doktor Adam Dzierżawski – celom legislacyjno–organizacyjnym. Szczerze mówiąc dużo, dużo było tam o legislacji, ale nie odniosłem wrażenia, żeby nasze przemyślenia wywarły jakikolwiek wpływ na przyszłość stanu prawnego. Na szczęście, jak się okaże z dalszego ciągu mojego listu.

Owszem, byli decydenci a może właściwie – realizatorzy prawa w postaci przedstawicieli Departamentu z panią doktor Marią Boratyn-Laudańską na czele, Głównego Lekarza reprezentowała pod nieobecność pani doktor Ewy Lech – doktor Ewa Maślikowska i doktor Jacek Boruta. Przybył profesor Leszek Borkowski z Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych. Profesor Waleria Hryniewicz reprezentowała Narodowy Instytut Leków, mówiła o poszanowaniu antybiotyków. Krajową Izbę Lekarsko-Weterynaryjną reprezentował doktor Tadeusz Jakubowski i kilku jej członków.

Układ spotkania był przygotowany pod kątem bezpieczeństwa żywności. Mnie osobiście nie interesował specjalnie panel poświęcony rejestracji leków, natomiast chciałem przysłuchać się rozmowom o nadzorze nad weterynaryjnymi produktami leczniczymi i o uregulowaniach dotyczących pasz leczniczych. Sporo czasu zostało poświęcone celowości nadzorowania farmaceutyków, a szczególnie antybiotyków. Okazuje się, że dziś wręcz hitem działań mafijnych staje się produkcja podróbek leków. Pieniądze praktycznie te same, co z narkotyków, a odpowiedzialność karna nieproporcjonalna. Czasem pojawiają się w prasie oświadczenia o wycofaniu takiej, czy innej serii jakiegoś leku. Podobno w wielu wypadkach jest to związane z takimi eksperymentami biznesowymi.

Czemu konieczny jest nadzór nad antybiotykami? Między innymi dlatego, że u osób obsługujących fermy, gdzie podawane są antybiotyki dla zwierząt znacząco wzrasta oporność bakterii na te preparaty. Z tego między innymi powodu konieczny jest fachowy nadzór nad celowością i sposobem podawania zwierzętom leków. Był demonstrowany wykres przedstawiający ilość antybiotyków terapeutycznych stosowanych u ludzi i u zwierząt w którymś z krajów Niderlandii. Okazuje się, że antybiotyków dla zwierząt podaje się dwa razy tyle, co w tym samym okresie obliczeniowym dla ludzi! Jest więc to i zagrożenie środowiska w postaci pozostałości w żywności, wodzie, gnojowicy, a także warta zachodu, wymierna kwota pieniędzy o którą mogą sobie powalczyć firmy farmaceutyczne i inne (z wyjątkiem weterynarii, która została wycięta z tego rynku).

Z listy obecności można sądzić, że lekarstwami dla zwierząt są zainteresowane prawie wyłącznie firmy paszowe i Inspekcja Farmaceutyczna. Prelegentka występująca w barwach firmy LNB, doktor Hanna Botko świetnie przedstawiła uregulowania prawne handlu (przepraszam – obrotu i dystrybucji) paszami leczniczymi w Polsce. Trochę zaskoczyło mnie to, że LNB deklaruje, że nie wchodzi w produkcję pasz leczniczych, a wystawia swojego znakomicie przygotowanego w tej dziedzinie prelegenta. Może rzecz tkwi w tym, iż obecnie LNB jest własnością przeznakomitego „Cargila” – który absolutnie nie zakłada, że nie będzie obracać paszami leczniczymi. Kto to wie, co planują giganci? Niemniej – co by nie planowali wiadomo jedno – ogromny kwotowo rynek antybiotyków przeznaczonych do podawania doustnego u świń – został bezgłośnie przejęty i odpowiednio zabezpieczony prawnie przez przemysł paszowy.

Ja, Zbyszku sądziłem, że w Polsce, w kraju gdzie 85% gospodarstw produkujących świnie - odstawia rocznie zaledwie do 50 sztuk z gospodarstwa – nie trzeba jeszcze wprowadzać uregulowań uniemożliwiających lekarzowi weterynarii podawanie premiksów do pasz. Niestety jest inaczej. Musimy albo podawać leki do wody (muszą to być leki do tego przystosowane, gdyż niejednokrotnie te, przeznaczone do pasz, w wodzie podlegają niekorzystnym reakcjom chemicznym, lub zwyczajnie niechętnie się rozpuszczają) – albo zwyczajnie kłuć świniaki za uchem i patrzeć czy kwiczą, czyli żyją. Jest to znakomita metoda na zwalczanie lenistwa w branży, oraz na zagwarantowanie likwidacji nadwagi lekarzom weterynarii w Kraju. Nic złego, co by się na dobre nie obróciło!

Dystrybucją pasz leczniczych, jak wynika z moich „badań terenowych” zajmują się głównie lekarze (choć niekoniecznie lekarze) zatrudnieni w firmach paszowych. Są do tego znakomicie przygotowani, a na Sympozjum przyjechali, aby zawalczyć o kilka niewygodnych dla nich szczegółów. Najbardziej im doskwiera fakt, że od wystawienia zlecenia na paszę leczniczą do jej dostarczenia odbiorcy nie może upłynąć więcej niż trzy dni. Oni walczą o choćby pięć dni, a najlepiej pewnie i o dwa miesiące. Spodobało mi się nieugięte w tej mierze stanowisko naszej Inspekcji reprezentowane przez doktora Borutę. Trzy dni i kropka! Mówiąc między nami – ciekawy jestem jak długo Doktor utrzyma się w tej grze do jednej bramki. Podczas Sympozjum prawie wszyscy krzyczeli o utrudnieniach dla firm paszowych, a prawie nikt nie chciał słuchać zwykłych lekarzy terenowych, niezwykle gorąco zainteresowanych problemem (a było nas tam aż prawie pięciu). Szkoda, że moja propozycja, żeby dopuścić w Polsce układ istniejący w Holandii – nie wzbudziła jakiejkolwiek dyskusji. Gdyby polski lekarz weterynarii mógł, jak Holender podać albo paszę leczniczą, albo premiks paszowy – zniknąłby wtedy nawet problem tych trzech dni – nieprawdaż? Było jeszcze wiele różnych zastrzeżeń w tym temacie. Niestety, najważniejsza była kwestia tych trzech dni. Trzymam kciuki za Główny Inspektorat! Ale cóż, siła dobrego na jednego. Miałem w tej dyskusji niesamowicie silne wsparcie taktyczne w postaci opłacanych srebrnikami lekarzy.

Cóż jeszcze Ci powiedzieć – Zbyszku? Może o kwestii stosowania leków i obrotu nimi? Nie będę Ciebie zanudzał szczegółami. Rzecz jest w tym, że nasza Izba z żelazną konsekwencją walczy z „obrotem” lekami. Wiąże się to między innymi z kontrolami kont i tak dalej. Te pojęcie zostało wprowadzone chyba poślizgiem, kiedy leki weterynaryjne wchodziły pod ogólne prawo farmaceutyczne. Legislatorzy niezbyt się orientowali co to za towar te leki weterynaryjne i zmieszali je z ludzkimi. A teraz trzeba to odkręcać.

Ba, był czas kiedy groziło, że „Rhusionorminy” pójdą do aptek ludzkich, ale jakoś negocjatorom udało się je wyszarpać dla nas. Pod pewnymi oczywiście warunkami. Między innymi – mowa o „obrocie” i związanej z nim ewidencji. Fakt, że i moim zdaniem - dokładniejsza księgowość (a tym samym i niestety kontrola) tych preparatów może uszczelnić rynek przed zbyt nachalnym handlem.

Pamiętasz, Zbyszku – jakiś czas temu na „Medicusie” zapuściłem sondę na temat zabezpieczeń przed nazbyt swobodnym handlem lekami. Połowa uczestników wypowiedziała się za zwiększeniem restrykcji związanych z posługiwaniem się lekami. Jest jak jest, nie intelektualną, lecz rzeczywistą przewagę ma lobby „handlowe” opierające byt swoich lecznic o wyznaczenia i wręcz hurtową sprzedaż leków. Nasze lenistwo doprowadzi w końcu do tego, że stracimy leki.

Bardzo głupio się poczułem, gdy usłyszałem, że w niektórych województwach są Inspektorzy Farmaceutyczni uważający, że zwykły handel to jest „obrót lekami” w związku z tym tolerują różnorodne sklepiki z antybiotykami, hormonami, szczepionkami i czym tam jeszcze chcesz. Aby się tylko kartoteki zgadzały i gra! Zapytałem o badanie, wywiad, takie wiesz dyrdymaly i co mi pan Inspektor (wojewódzki) odpowiedział? Że to zbędne, bo rolnik w tym wypadku bierze na siebie całą odpowiedzialność za leczenie. Jeszcze kilka takich zagrań i zostanie mi tyle włosów, co Tobie…

Zastanawiałem się skąd takie różne układy w różnych województwach. W jednych – prawie sadzają chłopaków do karceru, w innych błogosławią urzędowym podpisem. Może to się bierze z tego, że Inspektorzy są owszem wspólnie szkoleni, ba nawet i jednolicie kontrolowani. Lecz co zrobi taki kontroler z GIW, czy NIK jeżeli ma czarno na białym napisane w dokumentach, że w kontrolowanych lecznicach uchybień nie stwierdzono? Daleki jestem od sadzania nas do więzienia (nie cierpię chodzić w pidżamie), niemniej kontrola nad lekami to kwestia tego, czy będziemy mieli do nich swobodny dostęp, czy nie.

Od kiedy starożytni Fenicjanie dokonali dziejowego wynalazku przyjęło się w kulturalnym gronie na jego temat nie rozmawiać. I tak wśród kulturalnego milczenia zastanawiałem się, o co tu tak naprawdę chodzi i – chyba dalej nie wiem. Czyli wiem, ale nie do końca.

Całe to Sympozjum pokazało, że lekami interesują się wszyscy poza nami. Najbardziej paszowcy – mają z tego chleb, medycy – bo im psujemy statystyki skuteczności terapii, naukowcy – bo ich interesuje wszystko i oczywiście instytucje kontrolne, bo oni też chcą wiedzieć, co w trawie piszczy. Ja osobiście nie jestem tak do końca przekonany, że leki są nam dane aż do końca weterynarii. No, chyba że właśnie ten koniec nadchodzi. A mówiło się i o tym, mówiło. W Ministerstwie doskonale o tym końcu wiadomo, ale kadra czeka z bronią u nogi. Będzie koniec – to coś się zrobi. Przyroda nie znosi próżni. Jeżeli – Zbyszku sami nie zawalczymy o swoje – musimy iść na wcześniejszą emeryturę!

Zdaję sobie sprawę z odmienności mojej opinii od całej reszty weterynarii. Taki się urodziłem, zawsze pod prąd. Pozdrawiam Cię serdecznie i nie próbuję się tłumaczyć, czemu nie chciało mi się pisać sprawozdania z konferencji. Może pewną pociechą jest to, że żadnego prawa nie zmieniliśmy. W tym gronie, co spotkało się w Puławach - nie jestem przekonany, że by to było dobre dla nas, terenowców.

P.s. Nie, nic już nie dodam. Mam dosyć, idę do mojego majstra stolarskiego zapytać, kiedy wreszcie przyjmie mnie do terminu.

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.