Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Depresja terenowca" - Włodek Szczerbiak

2008/01/03 01:56:07


Unijna strategia dla zdrowia

Nieprawdą jest, że urzędnicy zajmują się wyłącznie siedzeniem i pobieraniem pensji. Dotkliwie unaocznił mi to Komunikat Komisji Parlamentu Europejskiego, jaki ukazał się w grudniowym Życiu Weterynaryjnym. Jak na Unię przystało jest tam preambuła, wizja, cel strategia. Tekst spowodował praktycznie rzecz biorąc lawinę postów ze strony czytelników. Posty te zostały trochę dziwnym trafem skierowane do Zarządu Stowarzyszenia „MedicusVeterinarius”, zamiast do „Życia”. Autorzy rzucali gromy na redakcję naszego korporacyjnego miesięcznika za zamieszczanie tekstów bzdurnych, nikogo nieinteresujących. Obiecuję, że mój poniższy tekst będzie jeszcze gorszy! A czytać go należy wyłącznie w ramach realizacji statutów korporacyjnych. Domyślam się, że wielu czytelników pomimo całej swojej sympatii do mnie – nie wytrzyma do końca. Tym bardziej, że wiele skądinąd znanych, prostych słów zyskało nowe znaczenie. Posiadają własne, precyzyjne definicje, dość logiczne przesłanki. To straszne! Choć i nudne, co wielu czytelników nie omieszka zaznaczyć.

Dla kogoś nieobeznanego z urzędowym językiem naszej ukochanej Europy – strawienie takiego dzieła, jak „Komunikat” stanowi nie lada wysiłek intelektualny. Okazuje się, że to tylko wierzchołek kolosa! Osobiście zabrałem się za zgłębianie tekstu dopiero pod wpływem druzgocących opinii z terenu. Zarzuty respondentów dotyczyły celowości zamieszczania tego typu dzieł w czasopiśmie poświęconym przyziemnym sprawom zawodowym, w tym i chorobom kanarków.

Muszę przyznać, że pod wpływem lektury wspomnianego dzieła urzędników unijnych do dziś nie mogę ochłonąć, a jest już wieczór drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia. Zamiast kolędować wśród sąsiadów i umartwiać swój żołądek tonami żywności przeznaczonej na świąteczne straty, siedzę w fotelu i klepię w klawiaturę. Fakt, zaniedbałem odpisywanie na listy, wysyłanie życzeń. Siedzę i zastanawiam się, jak nasz padół wygląda z punktu widzenia urzędnika. Unijnego.

Otóż „Komunikat” jest wyrazem „nowego myślenia”. To „myślenie” ma najwyraźniej uwolnić szary tłum mieszkańców Europy od zbędnego balastu w postaci posługiwania się rozumem. Każdy krok opisany jako określone działanie. Jeżeli przez przypadek jeszcze czegoś nie opisano – stanie się to niebawem, bo całe zastępy wysokiej klasy specjalistów od tych działań tylko czekają, kiedy dane im będzie wtrącić i swoje trzy grosze. Mam nieodparte wrażenie, że dzieje się coś podobnego, jak onegdaj przy wejściu HACCP do naszych rzeźni. Niby robota cały czas ta sama, lecz nad każdym naszym krokiem, gdzieś tam na stryszku czuwa ekspert od wynajdywania zagrożeń, ekspert od ich likwidacji, albo omijania. Kiedyś stając na taśmie mistrz rzeźnickiego noża wyjmował narzędzie z futerału i sprawdzał na palcu jego ostrość. Dziś nie musi już tego robić, wszak zanim wszedł na halę – zdążył podpisać cyrografy
1) o przyjściu do pracy
2) o umyciu się
3) o zmianie odzieży
4) o pobraniu narzędzi opatrzonych etykietkami ślusarza
Co z tego, że ślusarz nie umie naostrzyć noża tak, żeby ciął włos w powietrzu? Ważne, że ma stempelek i podpisze we właściwym miejscu. Ja lada dzień zamknę sprzedaż dodatków paszowych, bo przepisy wymagają ode mnie codziennego pomiaru kilku parametrów i ich zapisywania w specjalnym kajecie. To przepełniło czarę mojej niechęci do biuralistyki!

W tym nowym systemie pracy ludzie próbują przy taśmie robić swoje, ale stale pamiętają, że każdy ich ruch jest dokładnie opisywany i ewidencjonowany tam na stryszku w komórce HACCP, gdzie siedzą eksperci. Teoretycy, mający w małym paluszku cały proces produkcyjny. Najstraszniejsze są wypadki przy pracy. Niech no tylko lekarz, albo zwykły wybebeszyciel skaleczy się. Blady strach pada na całą linię produkcyjną. Mało, że poszkodowany ma przed sobą zakażenie, zastrzyki. To najmniejszy pryszcz! Zbiegają ludzie ze stryszka i zaczyna się dochodzenie! Co jadł, co pił, gdzie patrzył, czy złożył wszystkie podpisy. Bo te podpisy są najważniejsze. Zaświadczają, że ci z kańciapy na górze są niewinni. Dzięki każdemu wypadkowi przybywa w szafach skoroszytów, paragrafów, zabezpieczeń. Każdą czynność da się dokładnie opisać, wymierzyć. Wara odstępcom! Krystian kiedyś mi mówił, że na podobnie nowoczesnych zasadach opiera się Izba Skarbowa, ich mottem działania jest hasło: „kontrola i nadzór - dowodem najwyższego zaufania”!

Natomiast ów tak odrzucany przez czytelników „Komunikat” z gwiazdkowego Życia Weterynaryjnego - niesie w sobie to „nowe myślenie” w odniesieniu do weterynarii. Urząd zaczyna myśleć, gdy tylko pan rolnik orze pole pod zasiew bezpiecznej i dobrej jakości paszy, a kończy dopiero wtedy, gdy konsument zasiada do bezpiecznie zastawionego stołu. „Komunikat” mówi o strategii postępowania. Doskonale zdaję sobie sprawę z pokutującej wśród starszych lekarzy niechęci do planowania. Te plany roczne, wieloletnie już kiedyś przerabialiśmy i jakoś nic, trzeba było „Solidarności”, żeby od nich w końcu odejść. Teraz będziemy mieli „strategie”, a to coś całkiem innego, wyższy szczebel niż zwykłe planowanie. Nie mamy się czym martwić! W tych strategiach przewidziany jest ruch każdego człowieka. Może jeszcze nie od dziś, ale za kilka lat te pokoiki na stryszkach pozbierają do kupy swoje opracowania, wsadzą do jednego komputera i caluteńka Europa zatańczy kankana, jak w zegarku! Między nami mówiąc – od tysiącleci ludzi intrygowało pytanie o przeznaczenie. Niektórzy uważali, że kroczymy po ścieżkach od dawien dawna ustalonych, inni twierdzili, że człowiek jest kowalem swego losu. I co się okazuje? Ludzie ludziom gotują ten los! Przejdźmy do szczegółów.

Drzewiej zwierzęta słabowały. Człowiek jechał, zbadał, podał lekarstwa i patrzył czy aby pacjent wyzdrowieje. Obecnie zwierzęta nie chorują, a stanowią ryzyko, albo stwarzają zagrożenie. Ot, wyszedł taki ukaz. Nastąpiło odwrócenie podejścia do zwierząt. Kiedyś, kiedyś zwierzęta pochodziły od Pana Boga. Później przejął je niejaki Mendel. Na dzień dzisiejszy zwierzaki stanowią pewien dysonans w doskonałości strategii Unii Europejskiej w zakresie zdrowia. Boża trzódka stała się w wizji „właściwej Komisji” elementem łańcucha żywieniowego prowadzącego do otwartej paszczy globalnego konsumenta. Jednym z trybików, podobno najważniejszym, przy tym u władzy jest weterynaria. Wielka weterynaria łańcuchowa decydująca o tym, kiedy zwierzęta czują się dobrze, a kiedy źle, co jedzą, piją jak są leczone. Podobnie, jak koszmarny huragan zaczyna się od trzepotu skrzydeł motyla, tak i zaczyna się łańcuch żywieniowy. Od biedronki, co zrobiła kupkę na liściu koniczyny czerwonej, aż po dziurę ozonową. Od teraz wszystko co zwierzę zrobi, zje, ba nawet produkowane przez to zwierzę gazy cieplarniane znajdują się pod ścisłym (przynajmniej nominalnie) nadzorem weterynarii. A weterynaria analizując te gazy cały czas pamięta o przenajświętszej zasadzie „działaj lokalnie, myśl globalnie”. Łańcuch to dosyć twarde określenie. Kojarzy się ze stalą. Z tego też powodu, zgodnie z dyrektywami, zwierzęta przestają chorować, a zajmują się wykazywaniem „wskaźników”. „Twarde wskaźniki” zastąpią choroby, upadki i eliminację zwierząt, a „miękkie” będą mówiły o zaufaniu do producenta, priorytetach kulinarnych obywateli UE. Już nie mamy „choroby szalonych krów” tylko BSE, zamiast „ptasiej grypy” mamy HPAI. Co za problem nadać tym nazwom jeszcze nowocześniejszą, bardziej naukową formulację? Może zero–jedynkową?

Tęgie to głowy wymyśliły „Strategię”. Ot, cała weterynaria, zarówno ta państwowa, jak i prywatni kolaboranci będą wyłącznie pisać sprawozdania z jej realizacji. Panuje cicha nadzieja, że może dzięki temu w końcu nastąpi kres udręki z pisaniem książki klinicznej. Czyżbyśmy nareszcie mieli odpuścić sobie rozliczanie weterynaryjnych produktów leczniczych? Jednak, jak znam życie do aż takich wszeteczeństw nie dojdzie! Wszak jednym z kardynalnych założeń całej tej strategii (co zdecydowanie zaznacza „Komunikat”) jest zmniejszanie obciążeń administracyjnych! Moim zdaniem – nie zapowiada się to różowo dla naszego zawodu, przynajmniej w jego dotychczasowej formie. Celem strategicznym każdego, tyciego cielaczka - jest realizacja „Strategii” poprzez uzyskanie „statusu minimalnego ryzyka”, nie wspominając już o czymś tak straszliwym, jak „zagrożenie”! Wiem, wiem, że to nieczytelne, ale szanowni państwo! Uczmy się myśleć po nowemu!

Nowe myślenie spowodowało, że jeden z panów parlamentarzystów stracił jakąkolwiek sympatię do weterynarii, która zniszczyła jego ukochaną ubojnię. Ot, przepisy, przepisy, próba ich realizacji, brak funduszy i finto eldorado lokalnego zakładziku! Kiedyś myślałem, że te małe ubojnie splajtowały w wyniku lobbowania dużych firm przetwórczych. Myliłem się, przepraszam. To rzeczywiście weterynaria, poprzez zewsząd słuszne „nowe myślenie” - zlikwidowała te małe ubojnie (o przepraszam, za wyjątkiem królestwa, w którym powiatuje mój serdeczny przyjaciel). Zabrakło mi wówczas globalnego spojrzenia na problem. Weterynaria to stalowe przedłużenie łańcucha żywieniowego. Weterynaria poprzez „nowe myślenie” rządzi światem żywności. Teraz widać to namacalnie. Staliśmy się awangardą nowoczesności, działamy niczym cyfrowe ramię nowo kreowanej rzeczywistości!

Oj, zmieni się teraz na naszym podwórku, zmieni. Koniec z zastanawianiem się nad sposobem leczenia mykoplazmozy! Zgodnie z odpowiednimi zasadami „Strategii”, opartymi na „wizji”, że „lepiej zapobiegać, niż leczyć” dla uzyskania minimalnego ryzyka będziemy nadzorować podanie paszy leczniczej o właściwym dla danego stopnia ryzyka potencjale prozdrowotnym! Cokolwiek by to miało znaczyć! Podejrzewam, że w razie czego ktoś mi to we właściwym czasie wyjaśni. Tyle lat pracuję w weterynarii, a zielonego pojęcia nie posiadam, co za potencjał będzie należało zastosować przy wspomnianym ryzyku! W życiu się nie spodziewałem tak radykalnej zmiany terminologii, tak nowoczesnego, globalnego podejścia do kwestii zdrowia. Tfu! Chciałem oczywiście powiedzieć po nowemu, nowocześnie – do stopnia ryzyka.

Polska weterynaria w obliczu nowego nurtu cywilizacyjnego.

Globalizacja, standaryzacja, unifikacja. Czym dla współczesnego lekarza weterynarii staje się zwierzę? Spójrzmy, co niesie ze sobą Komunikat Komisji w sprawie nowej strategii Unii Europejskiej w zakresie zwierząt. Zgodnie z dokumentami nadchodzącymi z Brukseli zwierzę jest co najmniej ryzykiem, jeżeli nie zagrożeniem. Ryzykiem nazywamy psa. Zagrożeniem, jak mu ktoś nadetnie na ogon. Dotyczy to wszelkich zwierząt. Od produkcyjnych, poprzez pracujące, domowe, dzikie, aż do laboratoryjnych. Od teraz nie leczymy zwierząt. Stosujemy natomiast nowoczesne i właściwe ramy w zakresie zdrowia zwierząt, lepsze zapobieganie, nadzór i gotowość w sytuacjach kryzysowych. Koniec, nareszcie koniec z jakąś tam bzdurną konkurencją, przeżytkiem kapitalizmu i temu podobnymi przepychankami. Od teraz mamy wyłącznie pracę w partnerstwie, zaufaniu, otwartości i gotowości do podejmowania trudnych decyzji!

Czy w Polsce weterynaria jest w stanie uniemożliwić powstanie epizootii, epidemii? Ech, znowu piszę po staremu! Chciałem napisać o eliminacji zagrożeń, przepraszam za stare nawyki. Te maty nasączone odkażalnikami, fizelinowe wdzianka mające powstrzymać wirusa, którego nie widać, nie słychać, do czasu aż zaatakuje. Owszem ważne jest powstrzymywanie paniki, ratowanie hodowli, lecz czy mamy gwarancję powodzenia? Mamy! Mamy, pod warunkiem, że będziemy działać ściśle w „ramach politycznych kwestii wpływu na środowisko”. Te „ramy” jutrznią ludzkości.

W nowej terminologii nikt nie powie, że pies zrobił kupę na trawniku. Teraz należy to ująć mniej więcej w ten sposób: „nieuprawniony podmiot, będący źródłem potencjalnego ryzyka doprowadził do zaistnienia zagrożenia w środowisku przy pomocy bliżej nieokreślonego czynnika o charakterze biologicznym, na dodatek w niedozwolonym miejscu. Ryzyko zdrowotne może w każdej chwili przekształcić się w zagrożenie (poślizgnięciem)! Cóż cały ten powyższy tekst świadczy o tym, że popadłem w depresję. Najgorsze – nie widzę wyjścia z sytuacji! Ona mnie przerosła. Zdecydowanie.

Rewolucja technologiczna, nowe możliwości komunikowania się pomiędzy ludźmi, niosą za sobą nie tylko sztandary wolności intelektualnej i cielesnej. Swoboda kontaktów w postaci oplatającej świat sieci powiązań komunikacyjnych – spowodowała niesłychane zagrożenie naszego zdrowia. Odkrycie Ameryki przez Kolumba to nie tylko ziemniaki dla Europy, ale i epidemia śmiertelnej dla Indian Odry. W dwudziestym pierwszym wieku zagrożenie wcale nie maleje. W Afryce, poza już nam sprezentowanym wirusem HIV, czeka jeszcze Ebola. W nadamazońskich dżunglach czyha wiele kolejnych niespodzianek. A współczesna cywilizacja zrobiła sobie z planety jedną wioskę, której mieszkańcy kręcą się gdzie popadnie. Jeden totalny bałagan. Mieszają się Narody, mieszają gatunki.

Powstaje zagrożenie stymulowane wędrówkami ludów i towarów. Tymi towarami jest często żywność, także zwierzęcego pochodzenia. Żywność transportowana z miejsca produkcji, gdzieś, gdzie ludzie nigdy nie mieli do czynienia z podobną niszą ekologiczną, jak w kraju pochodzenia. Tylko co udało się zaprowadzić względny porządek z chorobą szalonych krów, kolejnym wybuchem pomoru u świń, a już z głębokim niepokojem obserwujemy ptaki konsumpcyjne i wędrowne, roznoszące wirusa grypy. Po całym świecie, niezależnie od jakichkolwiek barier sanitarnych stawianych w migracjach ludzi. Panosząca się wśród ptaków grypa w każdej chwili może ulec genetycznej modyfikacji. Szczep ptasi nie jest obecnie groźny dla człowieka. Niemniej w każdej chwili może dojść do pandemii wysoce zjadliwej i zaraźliwej grypy u ludzi. Organizm świni domowej stanowi świetne naczynie mieszalne, w którym może dojść do rekombinacji ptasiego wirusa H5N1 w taki sposób, że stanie się on wysoce zakaźny i dla ludzi.

Kiedyś grypa „hiszpanka” była pogromem i zaskoczeniem dla cywilizacji, która uważała się za nowoczesną. Dziś sądzimy, że potrafimy dmuchać na zimne, myślimy że wiemy skąd może nadejść kolejna pandemia. Znamy nawet genom wirusa. Podobno na straży kataklizmu stoi weterynaria. Poprzez rozmaite zakazy i nakazy dotyczące obrotu materiałem genetycznym, zwierzętami, produktami zwierzęcego pochodzenia staramy się wpłynąć na sektor komunikacji, uczynić go bezpiecznym. Ludzie stawiają zapory drobnoustrojom, stwarzają przy tym wrażenie kogoś, kto się bierze za noszenie wody przetakiem.

Wirusy mają to do siebie, że nie ma porządnie działającego przeciw nim leku. Leku działającego In vivo. In vitro, jakoś dajemy sobie radę, ale całej planety odkazić się nie da. Toteż połączenie potencjalnych możliwości posiadanych przez zarazki chorobotwórcze, z koniecznością opierania się na półśrodkach w walce z nimi ciągle stawia nasze bezpieczeństwo pod znakiem zapytania.

Coś robić trzeba. Jedyną możliwością są dziś szczepienia i dezynfekcja, a także rozsądny nadzór nad wszelkim ruchem w stadach zwierząt mogących przenosić zarazki. Grypa, podobnie jak i salmonelloza, czy choroba szalonych krów istniały „od zawsze”. Zagrożenie pojawiło się w związku z nie do końca przemyślanymi działaniami człowieka stale zmieniającego otaczające go środowisko. Co chwila pojawiają się przenajdziwniejsze sytuacje. Raz się okazuje, że kanibalizm wśród zwierząt nie prowadzi do niczego dobrego, wzrasta możliwość wystąpienia BSE. Kiedy indziej dowiadujemy się, że pozornie ubikwitarne zarazki w określonych warunkach mogą się stać poważnym zagrożeniem, jak to ma miejsce w przypadku zwyczajnej różycy świń na fermie.

Podobno zmieniło się motto naszego zawodu. Nie zajmujemy się wyłącznie zdrowiem zwierząt, lecz ludzi poprzez kontrolę trzódki, jaką otoczył się nasz gatunek. Człowiek albowiem wybrał sobie kilka gatunków zwierząt, które udomowił i z upodobaniem wykorzystuje w celach konsumpcyjnych. Ta bliska więź ze zwierzętami nie tylko przypomina o korzeniach. Ta więź nadal głęboko splata nasze życie z przyrodą.

Niewielu młodych lekarzy jest skłonnych uwierzyć, że w latach siedemdziesiątych, czy osiemdziesiątych ubiegłego wieku lekarze weterynarii biegali ze strzykawkami po wsiach i szczepili świnie. Jest to ich zdaniem nierealne, bo jeszcze dziś w Polsce dysponujemy największą w Unii ilością gospodarstw rolnych. Jakim więc cudem kiedyś można było sobie pozwolić na taką rozrzutność wykorzystywania lekarzy? Ano czasy rzeczywiście były inne, inni ludzie. Państwowe Zakłady lecznicze dla Zwierząt liczyły sobie przynajmniej po kilku fachowców, nie licząc obsługi w postaci woźnego, palacza, sekretarki. Lecznice zazwyczaj dysponowały służbowym samochodem, oczywiście z kierowcą. W powiatach, gdzie dziś zostało na straży zawodu po kilka jednoosobowych gabinetów dla dużych zwierząt, kiedyś wręcz tętniło życie weterynaryjne. Jak nie szczepienie przeciwko różycy (dwa pełne szczepienia całego terenu i doszczepianie między zasadniczymi akcjami), badanie metodą TOK i pobieranie mleka do badań bakteriologicznych, zwalczanie jałowości bydła w postaci pełnych badań ginekologicznych i podejmowanego w związku z tym leczenia. Wiosna, podobnie jak dziś – była poświęcona monitoringowi gruźlicy a także brucelozy, białaczki. Jesienią pozornie nadchodził czas sielanki, a lekarze szli w teren podawać środki przeciwrobacze. Te badania, zabiegi były wykonywane na koszt płatników zastępczych, jakimi było państwo, spółdzielnie mleczarskie, czy choćby ubezpieczyciel – PZU.

Zmieniły się czasy, relacje. Badanie mleka, ba często i leczenie chorób wymion jest wykonywane w mleczarniach. Jałowością bydła nie przejmuje się nikt oprócz rolników, inseminatorów i wzywanych lekarzy. O masowych szczepieniach świń przeciw różycy dawno zapomnieliśmy. Najpierw pojawiła się szczepionka doustna, wygodna aczkolwiek dość niebezpieczna, bo oparta na żywej kulturze włoskowca, szczepiona którą z uporem godnym lepszej sprawy roznosiliśmy po zagrodach, rozpuszczaliśmy i podawali z wodą do picia w korytach. Zgodnie z zasadą, że od dobrego się trudno ludziom odzwyczaić, nadal wiele czynności w gospodarstwach hodowlanych jest opłacanych przez państwo.

Likwidacja państwowych lecznic, brak sponsoringu spowodowały, że z czynności wykonywanych na wsiach pozostały wyłącznie badania w kierunku gruźlicy, brucelozy i białaczki. Zmniejszyła się ilość lecznic, zmalała obsada. Technicy, sanitariusze, kierowcy, dozorcy, sekretarki poszli skubać zieloną trawkę, gdzieś zniknęło wielu lekarzy. Mimo tego, przed weterynarią stoją nadal podobne zadania. Czy trudniejsze? W ślad za odpowiedzialnością dysponujemy też większymi możliwościami. Praca pozostała pracą, a ludzie – ludźmi. Identycznie, jak dawniej - część rzeczy się nam udaje, część – nie. Nadal miewamy wielkie sukcesy i koszmarne błędy. Rolnicy od lat są przyzwyczajeni do tego, że weterynaria wiele usług wykonuje za darmo, stanowi to między innymi problem przy nadchodzącej walce z chorobą Aujeszki.

Daliśmy się na własne życzenie wcielić do Unii. Proces akcesji wiązał się z wyrzeczeniami, mnóstwem pracy. Lwia część przepisów wprowadzanych przez Brukselskie dyrektywy dotyczyła rolnictwa, a w szczególności weterynarii. Ot, takie administracyjne pchnięcie w dwudziesty pierwszy wiek. Pchnięcie bez sentymentów związanych z zastaną u nas strukturą społeczną. Kraj, który tylko co pod komunistycznymi sztandarami przekształcił się z rolniczo – przemysłowego w przemysłowo rolniczy – musi nadal ewoluować. Młody, kapitalizm wspomagany prawem ostro egzekwującym unijne standardy – sprowokował kolejne przemiany. Ludność przeniosła się ze wsi do miast. Może nie od razu w takim stopniu, co w krajach ościennych, gdzie wśród pól zostało zaledwie trzy do pięciu procent ludności. W Polsce „na wsi” nadal mieszka około osiemnastu procent ludności. Komasacja gospodarstw postępuje powoli. Jeszcze przez wiele lat pod względem ilości zagród będziemy przodującym krajem Europy. Dyrektywy z Brukseli nie przejmują się naszymi problemami. One stymulują. Wprowadzają nową jakość. Kto nie nadąża, ten kiep.

Obecnie sytuacja epizootyczna Polski, ogona Europy – okazuje się być nieomalże irracjonalnie dobra. Przodujące kraje Unii z totalnym niedowierzaniem śledzą nasze raporty weterynaryjne. Praktycznie żadnych problemów z wysoce zakaźnymi chorobami! Państwa o wysoko postawionej kulturze hodowlanej co kilka lat są nękane katastrofami epizootycznymi, a zacofana na ich tle Polska z ponad pół milionem chłopskich zagród - świeci białymi plamami kraju wolnego od pomoru, pryszczycy, BSE. Zwierzęta przebywające nawet w najtragiczniejszych warunkach są klinicznie zdrowe, mają może i mniejszą wydajność, ale nie stają się przyczyną hekatomb. Gospodarstwa utrzymujące małe ilości zwierząt o naturalnie podwyższonym ze względu na trudne warunki statusie immunologicznym stanowią swego rodzaju zaporę dla niewystarczająco agresywnych drobnoustrojów. Jak to się dzieje? Więc skąd ta ochronka? Czy to są przemyślane działania, spuścizna epoki kiedy byliśmy „przodującym narodem świata”? A może nadzwyczaj skuteczna weterynaria? A może ani jedno, ani drugie, tylko stale wymykająca się spod kontroli sytuacja?

Weterynarię mamy tak samo wykształconą, jak wszędzie w Unii. Tacy sami żyją tu ludzie. Może biedniejsi, może nie tak nowocześni, ale myślą tak samo. Liczne, drobne gospodarstwa, małe stada zwierząt, dążenie do samowystarczalności. Niewielu rolników goni za nowinkami hodowlanymi, stąd i niezbyt duża wymiana zwierząt pomiędzy hodowcami. Powoduje to inną skalę problemów. Weźmy upadki na poziomie pięćdziesięciu procent. Gdy w gospodarstwie liczącym sobie dwa tuczniki pada jeden – to pech. Gdy pada pół tuczarni liczącej sobie powiedzmy pięć, czy dziesięć tysięcy tuczników – pojawiają się pielgrzymki z całej Unii, latają helikoptery, a granice zamykają się automatycznie. Jednym słowem chwilowo mamy szczęście, choć robimy co się tylko da, żeby zmienić sytuację.

Weterynaria jak najbardziej, jest w stanie chronić zwierzęta, zmniejszać straty. Lecz przyjrzyjmy się ludzkiej naturze. Kiedy to chory człowiek idzie do lekarza? Zaraz, jak zacznie go boleć głowa? A czy nie wtedy jak, nie podziałają proszki kupione w kiosku, i tajemnicze nalewki serwowane przez sąsiadkę? Mam wrażenie, że większość z nas się tak zachowuje. Nie tylko nasi klienci. Lekarzu, lecz się sam! Hodowcy uważają się za specjalistów ani trochę nie gorszych od lekarzy zaparzonych w strzykawki i probówki. Leczą sami.

W miastach, gdzie w mieszkaniach trzymane są zwierzęta towarzyszące typu myszka albo, co najwyżej pies Baskerwillów – kwitnie weterynaria. Gabinet, gabinet, a gdzieniegdzie domki! Tu ludzie potrafią przychodzić do lekarza z najbłahszymi problemami, każdy pryszczyk stanowi zmartwienie. Niemniej pojawiają się dysonanse. Zupełnie inaczej bowiem wygląda sprawa, gdy przychodzi ktoś, kto ma się za „hodowcę” i uważa, ze wie wszystko, co gdziekolwiek napisano i powiedziano. Ci „hodowcy” uchodzą w dość zgodnej opinii lekarzy weterynarii, za najgorszych klientów. Przychodzą jak z łaski, mają z góry sformułowane żądania odnośnie sposobu leczenia. Konkretnie ten lek, w takiej ilości i koniec! Nic, że ich wymagania zazwyczaj są jak najdalsze od optymalnych rozwiązań. Znajomy tak zrobił i podziałało, więc ma być tak samo. A jeżeli lekarz nie zrealizuje ich zachcianek – grożą, odejściem do konkurencji. Cóż lekarze? Najczęściej w imię dobrze pojętej ekonomiki swojej wysuniętej placówki weterynaryjnej – realizują zachcianki „hodowców”. Oczywiście niebagatelną rolę odgrywa i chęć współpracy z sąsiednimi lecznicami. Toż nie wypada podrzucać sąsiadom tak kłopotliwych klientów! Konie – to osobna epopeja! A od hodowców psów, czy kotów gorsi są chyba tylko gołębiarze. Takiego nie przekona się absolutnie niczym! Ot, skąd bierze się taka duża różnica pomiędzy weterynarią zwierząt towarzyszących i użytkowych.

Spróbujmy to zrekapitulować. Wraz ze spadkiem ilości gospodarstw musi nastąpić spadek ilości lekarzy terenowych, pogorszenie opieki weterynaryjnej. Coraz bardziej zarysowują sie tendencje do udzielania konsultacji, zamiast zabiegów. Wynika to z lenistwa, wygodnictwa zarówno samych klientów, jak i naszego. Przepisy krajowe i te z Brukseli idą jeszcze dalej. Za wszelką cenę starają się zautomatyzować, uprościć każde leczenie, żeby udział czynnika weterynaryjnego, jako z różnych powodów bardzo zawodnego doszczętnie zmarginalizować.

Duże fermy, produkują taniej, przy mniejszym nakładzie robocizny. Słabszy jest tu nadzór weterynaryjny. Lekarz, lub jego pomocnik nie jest w stanie dotknąć każdego zwierzaka, podać zastrzyku, posmarować, opryskać. Taki stan rzeczy wymusza i ustawodawstwo. Przymusem wprowadzane są pasze lecznicze, bez możliwości alternatywy w postaci podawania premiksów leczniczych. Proteza w postaci „produktu pośredniego” zdaje się tylko potwierdzać tą opinię. Kolejnym punktem, który prawdopodobnie niedługo zaadoptujemy jest umowa z lekarzem weterynarii, który dostąpi „namaszczenia” do leczenia w gospodarstwach z jakimi podpisze umowy. Czy to dobrze? Pozornie takie rozwiązanie zapewnia zajęcie i chleb lekarzowi, a opiekę stadu. Pozornie. Wizyty wymuszane przepisem, zamiast potrzebą doprowadzą leczenie do absurdu.

Czy w krajach o „wysokiej kulturze hodowlanej”, gdzie lekarz, niejako „z rozdzielnika” musi co miesiąc odwiedzić stado nie wybuchają epizootie? Interes w ukrywaniu chorób mają zarówno hodowcy walczący o każdego eurocenta, jak i lekarze na ich garnuszku. Dziś w Polsce na razie jeszcze dysponujemy może i małą, ale jednak armią lekarzy. Co się stanie za kilka lat, gdy drobne gospodarstwa rolne wyginą, jak giną, lub wyginęły drobne rzeźnie? Zostaniemy, jako zawód wyniszczeni gospodarczo i administracyjnie.

Młode kadry dla weterynarii

Policzmy sobie, jak wygląda „pokrycie” absolwentami weterynarii zapotrzebowania na lekarzy. Cztery dotychczasowe wydziały „produkują corocznie około ośmiuset lekarzy. Zakładając, że każdy lekarz będzie pracował tylko dwadzieścia lat (coś jak policjant, albo wojskowy, bo oni po tym czasie nadają się wyłącznie do demobilu) – otrzymujemy 20 x 800 = 16.000 lekarzy. Natomiast w Izbie jest 12.500 członków, łącznie z emerytami. Najwidoczniej nic się nie zmieniło od czasów, kiedy w Toruniu były sobie dwie klasy technikum górniczego, z których rokrocznie dwaj absolwenci szli do pracy w wyuczonym zawodzie. Ba! Pojawiło się zapotrzebowanie na lekarzy, którzy będą umieli się posługiwać nowomową i zamiast strzykawką, będą operować zasobami ludzkimi. Trusty planistów twierdzą, że potrzeba tylu, a tylu lekarzy, więc należy zwiększyć nabór na studia. Już jesienią 2008r ma ruszyć nabór na wydział weterynarii w Bydgoszczy a może również i w Krakowie. Dla zainteresowanych – podaje adres: Uniwersytet Technologiczno-Przyrodniczy im. Jana i Jedrzeja Śniadeckich w Bydgoszczy. http://www.utp.edu.pl/page.php?item=371&lang=0. Wydział Hodowli i Biologii Zwierząt, magisterskie studia z weterynarii. Splendor dla miasta, pieniądze dla uczelni! Zapraszamy!

Jest wielu oratorów nowej teorii. Całkiem dobrze to wygląda – przedstawić rozwiązanie problemu nadchodzącego, myśleć perspektywicznie. A możliwości pracy? Ministerstwo Rolnictwa twierdzi, że potrzebuje kilku tysięcy lekarzy do pracy w Inspekcji! Tylu da się wykształcić! Co za problem?

O ile na szkolne ławy jakoś się znajdą pieniądze drenowane z kieszeni podatników, o tyle optymizm Ministerstwa Rolnictwa nie uwzględnia postulatu „taniego państwa” sztandarowego hasła każdej kolejnej ekipy podejmującej władzę. Dla budżetu mniejszym wydatkiem jest wykształcenie, niż późniejsze utrzymanie lekarzy. Kurczący się rynek usług dla zwierząt gospodarskich powoduje, że nie jestem skłonny podzielać optymistycznej opinii decydentów. Tym bardziej, że w dzisiejszych, nowoczesnych czasach, zgodnie z zasadą równouprawnienia – weterynarię kończy osiemdziesiąt procent kobiet. Rozglądając się po terenie – widzę te lekarki głównie w inspektoratach, laboratoriach, przy leczeniu zwierząt towarzyszących. Istnieje coś takiego jak samonapędzający się mechanizm prowadzący do rozbudowy wszelkich wydziałów cieszących się zainteresowaniem. Zainteresowane są tym szkoły wyższe, potencjalni studenci. A czy nie jest wyrzucaniem pieniędzy w błoto taka nadprodukcja kadr? Chyba nie, wiedza weterynaryjna zawsze się do czegoś może przydać. Choćby do prowadzenia programów telewizyjnych.

Moim zdaniem – podstawą weterynarii (będę tu niestety mało nowoczesny) jest praca u podstaw. Uważam, że najważniejsze jest zbadanie, wyleczenie zwierzęcia, natomiast tak istotne dla współczesnej cywilizacji zarządzanie zasobami, grafomania, czy też komputeromania jest wtórna. Nie chcę się wdawać, co jest pierwsze – jajko, czy kura. Z racji mojego terenowego rodowodu mam gruntownie niewłaściwy punkt widzenia. Obecnie żyje jeszcze paru lekarzy będących w stanie zrobić świni zastrzyk, założyć koniowi sondę. Są to na dzień dzisiejszy umiejętności reliktowe. Dziś lekarze leczą całe populacje zwierząt. Jednym podpisem ordynują podanie takiego, czy innego antybiotyku, nawet bez potrzeby odwiedzenia fermy. Wystarczy telefon od kierownika produkcji, że – „kaszlą”, w ostateczności sekcja kilku zdechłych sztuk, badanie laboratoryjne. A będzie jeszcze inaczej. Nowocześniej. Wystarczy wytypować punkty krytyczne, przydzielić wskaźniki i przy odrobinie dobrej woli nastąpi wzrost poziomu bezpieczeństwa naszej żywności. Przecież wcale nie trzeba odklejać łożysk, czy robić zastrzyków. Zupełnie wystarczy umiejętne wpływanie na spadek poziomu ryzyka, eliminację zagrożeń. Podstawę stanowi miareczkowanie punktów krytycznych, codzienny pomiar temperatury, wilgotności, zapisanie tych wskaźników we właściwie przygotowanym formularzu. Ryzyko numer 18.1.2 – przeciwdziałanie 3.12.8 i sprawa załatwiona! Ważne, żeby w druku cyferek nie pomylić, ale to pestka!

Myślę sobie, że postęp bierze sie z niechęci do pracy. Do pewnego stopnia niewątpliwie tak i jest. Niemniej korzystanie z najtańszych rozwiązań, mimo że jest przejawem lenistwa, wcale nie świadczy o innowacyjności. Wszak niby na tańszy towar nie trzeba się tak mocno napracować, jak na droższy. Mądry leń doskonale wie, że jest za biedny na tanie rozwiązania. Nasz agresywnie raczkujący kapitalizm dysponuje sprawdzonymi metodami na zaradzenie tej sytuacji. Są nim oczywiście pieniądze, których jednak tak naprawdę nigdy nie ma. Nie potrafię policzyć czy tańsze jest uczenie kolejnych lekarzy, którzy nie podejmą pracy w zawodzie, lub podejmą, ale za granicą, czy dofinansowanie pracy u podstaw. Podobno obie metody są podobno jednakowo skuteczne. Marketing, zgodnie z podręcznikiem - zazwyczaj odbywa się „z góry do dołu”, od „najwyższej władzy”, po ostatniego ciurę. Niemniej jest bardzo ciekawe rozwiązanie (szalenie skuteczne przy okazji) nazywane „marketingiem do góry nogami”. Tu propozycje wychodzą od dołu. Ale to zbyt nowoczesna teoria, wręcz ekstrawagancka w swoim futuryźmie. A może, może to już kiedyś było?

Kwestie polityczne zawsze były ważniejsze od gospodarczych. Budżet szkolnictwa wyższego jest niezależny od budżetu weterynarii. Podobnie, jak nie mamy wpływu na budżet i sposób kształcenia w szkołach średnich. Potencjał, którym dysponują te szkoły mógłby, pod warunkiem przywrócenia właściwej ilości godzin z przedmiotów zawodowych zapewnić znakomite kadry średniego personelu, techników. Czy ma rację bytu „wołanie na puszczy” doktora Pietrzaka, autora świetnego artykułu „” w „Życiu Weterynaryjnym”, wieloletniego nauczyciela z Technikum Weterynaryjnego we Wrześni, walczącego o reaktywację nauczania zawodu w taki sposób, żeby szkoły opuszczali fachowcy, a nie osoby tylko sądzące, że są nimi? Tu kłania się polityka ministerialna, jej priorytety i zadania. Nauczyciele akademiccy nie próbują podejmować dyskusji na te tematy. Mają swoje priorytety, realizują je w miarę możliwości, a weterynarii nic do tego. Tylko pytanie, czy dzisiaj jest nam jeszcze potrzebny technik, w dobie kiedy problemy zdrowotne będzie się rozwiązywać odpowiednim rozdzielnikiem?

Okazuje się, co zresztą ostatnimi czasy ostro badają informatycy, że znamieniem inteligencji wcale nie jest prosta reakcja na otaczającą rzeczywistość. Zero, albo jeden. Nie, sztuczna inteligencja, mimo, że nadal w powijakach – już na dziś dopuszcza możliwość błędu. Zakłada się, że dobrze oprogramowany komputer musi umieć się uczyć na błędach. Komputer, który się myli, lecz i wyciąga z tego wnioski jest mimo wszystko skuteczniejszy od sztywno zaprogramowanego. Czyżby machina społeczna, w której żyjemy była aż tak prymitywna jak pierwsze komputery? Jeżeli tak, to dobrze, że społeczność ma wspólny wektor, wypadkową kroków poszczególnych ministerstw i ludzi. Dobrze jest, kiedy jak największa ich część podlega zasadom logiki. Ideałem byłoby doprowadzić do ciągnięcia prześcieradła w zgodnym kierunku. Na dziś wystarczające jest zaledwie to, że płachtę ciągnie się we wszystkich kierunkach, ale bez nadmiernego rozrywania.

Lepiej zapobiegać, niż leczyć. To hasło pozostaje w nowoczesnej weterynarii, ale w innym rozumieniu. Teraz nie zapobiegamy, a niwelujemy ryzyko. Koniec leczenia, dziś likwidujemy ryzyko, a nawet i zagrożenie. Boję się, że trudno mi będzie zmienić moje staroświeckie podejście. To może być podobnie, jak wtedy, gdy zamieniałem długopis na klawiaturę. Jestem starszy, gorzej przyjmuję nowości. Pociecha, że wkrótce wejdą młode kadry z nowych wydziałów, władające nowomową, ambitną strategią i zastąpią mnie w pracy. Czy mi żal, że znikną strzykawki, skalpele? Ja miałem z nimi do czynienia aż nadto. I trudno mi wyrazić czynny żal, że następcy nie zaznają tych zabytków weterynarii. Oni będą rzucać wskaźnikami, priorytetami, a to zdecydowanie już nie moja weterynaria.

Za kilkadziesiąt lat o naszej wiedzy epizootycznej będzie się mówić z lekką drwiną. Tak samo spoglądamy na walki z chorobami początku ubiegłego wieku, zanim nie pojawiły się sulfonamidy, penicylina. Swego rodzaju triumfy nad leczeniem alopatycznym święciła homeopatia oparta na czymś tak śmiesznym, jak wyszydzana „pamięć wody”. A homeopaci, a co ciekawsze i ich pacjenci twierdzą, że stosunkowo najskuteczniej działa nie roztwór środka użytego do leczenia, ale wręcz popłuczyny po nim. Rozcieńczenia, kolejne rozcieńczenia, aż zgodnie z wszelkimi kanonami wiedzy chemicznej w roztworze nie ma szans znaleźć się choćby jedna cząsteczka pierwotnie rozpuszczonej substancji – działają właśnie najskuteczniej. Na dzień dzisiejszy, kiedy potrafimy sekwencjonować DNA takie twierdzenia wydają się być absurdem. Mimo to, popłuczyny działają, a homeopatyczne, szarlatańskie wręcz metody uzdrawiania sprawdzają się, są stosowane zamiennie, a czasem i równolegle z alopatycznymi.

Zanim nastał Koch, wściekliznę wywoływały złe moce. Ale jakoś wywoływały. I był to swego rodzaju pewnik naukowy, choć pozbawiony namacalnych, możliwych do pokazania dowodów. Ludzie lubią cytować trafniejsze myśli i przyporządkowują je rozmaitym sławom. Podobno George Bernard Shaw twierdził, że „wszystkie wielkie prawdy na początku wydają się bluźnierstwem”. Mając na uwadze ograniczenia posiadanej przez nas wiedzy musimy posłużyć się logiką w celu wypracowania działań służących czemuś w rodzaju walki z wiatrakami, jaką jest próba okiełznania natury. Możliwe, że za ileś lat ktoś będzie się z nas śmiał, nazywał szarlatanami, jak nie tak dawno się mówiło o leczących pijawkami, bańkami. Wiele rzeczy pomijamy, nie dostrzegamy, lecz mimo to wiemy coraz więcej. Poczynimy jeszcze mnóstwo błędów i pewnie robić je będziemy dopóki dane nam będzie istnieć. Niemniej coś robić musimy i dobrze, gdy są tego pozytywne efekty. Całe szczęście, że w tym szaleństwie pojawia się jakaś metoda, krok za krokiem zmieniamy świat. Czy zawsze we właściwym kierunku?

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.