Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"W sprawie listu otwartego" - Włodek Szczerbiak

2008/02/08 07:38:28


Właśnie się pojawił w „Życiu Weterynaryjnym”, albo lada dzień się w nim pojawi „List Otwarty” Andrzeja Borowskiego do Tadeusza Jakubowskiego. Doktor Borowski to inicjator ubiegłorocznego protestu weterynarii przeciwko niskim płacom, próbom niezgodnego z naszym odczuciem reorganizowania Inspekcji. Tadeusz Jakubowski jest prezesem Izby Krajowej, która poprowadziła ten głos poprzez wielką manifestację u stóp Sejmu i Prezydium Rady Ministrów – do rozmów na szczycie. Część rzeczy się udała, bo Inspekcja nadal istnieje w dotychczasowym kształcie, nie zamiast piątego koła u planowanego kolosa. Najważniejsza zaś rzecz, z tych przyziemnych, praktycznych natomiast nie wypaliła. Płace wśród lekarzy nie drgnęły. Była wprawdzie mowa o nowych etatach, podwyżkach, ale rząd się zmienił i temat poszedł ad actam. W proteście wzięło udział, oprócz inspektorów sporo lekarzy wolnej praktyki. Ci chcieli ugrać dla siebie kąsek i pokazać, że weterynaria jest jedna.
Chcieliśmy też pokazać, że w przeciwieństwie do niesympatycznej postawy części Inspekcji w 2004 roku, kiedy walczyliśmy z próbą przystrzyżenia naszych apanaży przez GIW, potrafimy stanąć razem.

Uwielbiam pisać listy otwarte. Ostatnio jakby trochę mniej. Do przemyślenia tematu skłonił mnie tekst rozesłany mailami do wszystkich Inspektoratów w kraju. Stanowi on swego rodzaju podsumowanie pracy Izby Krajowej z punktu widzenia jednego z jej zawiedzionych członków. Może nie takiego zwyczajnego członka, a inicjatora głośnego protestu zaniesionego później na sztandarach Izby pod gmachy Sejmu i Kancelarii Rady Ministrów. Inicjatora protestu, który nie widzi efektów swojej inicjatywy. Czemu tak się stało? Około dwóch tysięcy demonstrantów, bardzo znaczna, jak na naszą niewielką grupę zawodową ilość protestujących i – Wielka Cisza.

Naszej polityce zawodowej nie przyglądam się długo. Zaledwie cztery lata zaglądam pod podszewkę. Czego się zdążyłem nauczyć? Jaki jest sens zmagań podejmowanych, przez co bitniejszych członków naszej korporacji zawodowej? Bywają chwile, kiedy zdaje się, że chwyciliśmy byka za rogi, a bywa i minorowo. Walka o pryncypia odbywa się w Warszawie, rzadko cokolwiek zostaje przekazane w dół, często dopiero po podjęciu ustaleń. Ustaleń które, mimo że są owocem trudnych negocjacji – nie zawsze cieszą. Zdarza się, że nasi przedstawiciele przynoszą na tarczy piękne prezenty, ale czasem czynią zbyt daleko idące ustępstwa.

Są gremia, do których wstęp jest zamknięty, gdyż wygodniej obradować, jak nikt obcy się nie przysłuchuje. Sprawozdanie z takiego spotkania, kiedy pochodzi nawet z kilku źródeł jest wyłącznie opinią osób biorących bezpośredni udział w rozmowie, nie jest moją opinią. A ja najbardziej lubię przedstawiać swoje opinie… Cóż, taka jest kolej rzeczy. Zbyt długi jęzor potrafi dobrze służyć mrówkojadowi, niekoniecznie komuś, kto próbuje znaleźć jakieś sedno kociokwiku informacyjnego. Każda władza zazdrośnie strzeże swojej prywatności, tak samo jest i w weterynarii.

A weterynaria władz ma kilka. Departament, Inspektorat, Izbę i klientów, władzę ostateczną rozliczającą nas nie z umiejętności ślizgania się pomiędzy triumwiratem, a z umiejętności przeżycia tu i teraz. Udało się nam pozostać zawodem zaufania publicznego. Mimo poważnych obiekcji przedwcześnie padłego rządu - nadal możemy stanowić własne prawo korporacyjne, dysponujemy swoim sądownictwem. Prawo narzucane przez Departament i Inspektorat zaczyna być konsultowane z naszymi przedstawicielami. Idzie to opornie, ale coś już zaczyna być widać. Są to dopiero pierwociny i patrząc z dołu, od strony zwykłego lekarza weterynarii trzeba sporo dobrej woli, żeby te efekty zobaczyć. Ale one są.

Powstaje pytanie na ile Izba jest reprezentatywna dla naszego zawodu, na ile zasiadający tam przedstawiciele są lekarzami skłonnymi do walki o swoje i nasze. Tu zaczyna się problem. Otóż z dołu nie zawsze dobrze widać, co się dzieje na górze. Owszem, można sobie poczytać „Życie weterynaryjne” z relacjami z rozmaitych działań, ale dopiero po kilku miesiącach od tych wydarzeń. Normalny człowiek jest dziś tak rozpieszczany przez media, nie musi nawet nic czytać, może wszystko zobaczyć, wszystkiego wysłuchać i to na dodatek z pierwszych ust, a nie w postaci różnych pośrednich relacji. Pierwsze kroki zostały niby uczynione, co miesiąc pojawia się felieton naszego Prezesa relacjonującego ostatnie wydarzenia. Wygląda jednak, że to za mało. Pytanie – czy naszą Izbę stać na więcej? Czy nasza Izba chce więcej przekazywać? Wszak nie zawsze po drodze jest nazbyt dokładne relacjonowanie niektórych rozmów. Wystarczy spojrzeć, jak „otwarty” jest nasz Departament, Główny Inspektorat! Toż to są twierdze okopane tak grubymi murami, że nie pomogłaby nawet szwedzka armata, co to ją imć Babinicz posłał do kaduka! Najwyraźniej łatwiejszą do skruszenia fortecą jest nasza Izba i może z tego powodu łatwiej, a i bezpieczniej jest ją szturmować, a nie urzędy bezpośrednio odpowiedzialne?

„List otwarty”, nie wnikając w „problemy techniczne” zarzuca Prezesowi i „jego świcie” zasypianie gruszek w popiele, załatwianie interesów wyłącznie nieistotnej i przepłacanej rozmaitymi subwencjami grupy lekarzy prywatnej praktyki. Dochodzi nawet do tego, że doktor Andrzej Borowski oskarża Prezesa o dbanie wyłącznie o interes prywatnych lekarzy, bo to do nich mają iść kwoty za IRZ, za zwalczanie Aujeszki i mnóstwo innych rzeczy. Zaskakuje mnie wprawdzie porównanie, jakie zastosował mój kolega z Torunia. Pisze, nawet w tym samym zdaniu, że był siłą przekonywany do zasadności podniesienia wynagrodzeń lekarza wyznaczonego do stu złotych za godzinę, co by miało w przyszłości się przełożyć i na wzrost wynagrodzeń w Inspekcji. Nie wiem, co ma piernik do wiatraka. Ani terenowcy, ani urzędowi lekarze nie dostali od rządu tych Inflant, czy też gruszek na wierzbie. O co drzeć szaty? My też nie mamy lepiej, też nam źle! Spokojnie Doktorze!

Zawsze denerwuje mnie, gdy ktoś obcy próbuje liczyć moje pieniądze, z zawiścią krzyczy jak to ja „trzepię kasiorę” niedostępną dla innych lekarzy. Niedostępną? A chodź jeden z drugim, Panie Kolego - pomóż, razem sobie „potrzepiemy”! Czy którykolwiek lekarz prywatnej praktyki ma możliwość działać „na pół etatu” w Inspekcji, jako zatrudniony tam pracownik (oczywiście – nie kierownik zakładu!)? A Inspektorzy – mogą, jeżeli tylko pozwoli im ich bezpośredni zwierzchnik – dorabiać sobie w prywatnym biznesie!

Zastanawiam się, jak z psychologicznego punktu widzenia zostanie przyjęty ten „list otwarty”. Ja, idąc po linii najmniejszego oporu bym się chyba wściekł. Prezes i „jego świta” trochę się napracowali. Ta „świta” to też doktor Tomaszewski, Strawa – lekarze zatrudnieni w Inspekcji, którzy wiele trudu wnieśli w działania dotyczące blokowania pomysłu z konglomeratem kilku inspekcji, poczynili wiele starań związanych z pozyskiwaniem pieniędzy i etatów dla Inspekcji Weterynaryjnej. Nikogo ze zwykłych inspektorów czy terenowców nie musi interesować, że wszelkie rozmowy toczyły się w ogniu zaciekłych walk politycznych między PIS i PO. Nikogo z nas też nie obchodzi, że co kilka miesięcy zmieniali stołki rozmaici decydenci i dyskusję trzeba było niejednokrotnie zaczynać od zera. Zmiana rządu? To zmartwienie wyłącznie tych na górze! Oni są na świeczniku i za to odpowiadają, a naszą rolą jest ich dowartościować i pobudzić do działania na przykład – „listami otwartymi”. Zgadzam się z tym. Rolą wybranych przez nas przedstawicieli jest walka o nasze, a my ich mamy popędzać, stymulować. Jeśli chodzi o sposoby stymulacji, są one różne. Najprościej robić to gromkim głosem. Są i inne metody, ale chyba mniej skuteczne i trudniejsze.

Patrząc na proces kodyfikowania prawa, niejednokrotnie popadałem w totalny pesymizm. Weźmy coś, co ja uważam za istotne – spróbujmy zmienić przepisy w ustawie farmaceutycznej i paszowej tak, żeby lekarze mogli stosować premiksy do pasz, a nie wyłącznie dystrybuować je poprzez firmy paszowe. Żeby moje chciejstwo miało ręce i nogi – musi być po temu klimat. Tym zagadnieniem, za wyjątkiem kilkunastu Weterynaryjnych Inspektorów Farmaceutycznych w naszym kraju – mało kto się interesuje. Terenowcy – wiadomo, co robią – piszą, że antybiotyk ma być podany do wody, nie do paszy i jakoś to działa. Do czasu. Żeby ten zły czas nie nadszedł trzeba zaproponować tekst nowych ustaw. Farmaceutycznej i Paszowej. Tekst musi mieć ręce i nogi pod względem logicznym i prawnym. Następnie trzeba go przekazać do Sejmu. Może być to projekt poselski lub rządowy. I trzeba jeszcze głosowania. Tylko tyle! Aż tyle. A jak głosowanie nie wyjdzie? Zostaje czekać na oddolną, powiedzmy - stonowaną krytykę „świty”, która procedowała ustawy. Krytykę sprowadzającą się do grożenia utworzeniem nowej organizacji, która pokaże – jak to się robi. Niech i pokaże!

Jest wśród nas - o czym dobitnie świadczy „list otwarty” - wielu lekarzy, którzy chętnie coś zrobią, żeby poprawić swój los, żeby zmienić postrzeganie zawodu. Warto takich zawodników wykorzystać! Faktem jest, że trzeba chcieć to zrobić, trzeba być otwartym. Możliwe, że z krzykaczy kiedyś wyrosną działacze umiejący skutecznie cokolwiek dokonać. Krzyk jest objawem, że nie cała weterynaria się poddała, że są wśród nas tacy, co nie tylko widzą krzywdę, ale chcą ją naprawić. Na początek choćby i gardłując, a w przyszłości może inaczej.

Dostałem w tej sprawie kilka listów. Przytoczę niektóre (autorzy znani redakcji).

Myślę, że Andrzeja poniosły emocje i ostatnie wydarzenia strajkowe dodały skrzydeł jego wytrzymałości. Ale prawda jest też taka, że "święta czwórka" weterynaryjna, mającą niezłe pensje, będąca w wieku tuż przedemerytalnym oraz posiadająca układy, nie jest zainteresowana zmianą struktury obecnej weterynarii i nie będą dążyć do jakichkolwiek protestów i bratania się z plebsem. Oni to olewają i przy pełnym korycie chcą cicho siedzieć, bo to im po drodze.
Prawdą jest też, że nie ma u nas ludzi, którzy z determinacją zdolni są zadziałać na całym froncie, zebrać zewsząd i przedstawić wszystkie argumenty, pociągnąć za sobą ludzi. Zorganizować grupę. Nie ma. Zainteresowani w walce o swoje jest inspektor i lekarz terenowiec cała największa rzesza lekarzy małych zwierząt ma to gdzieś, oni nawet nie wiedzą, jakie są nastroje, bo są oderwani i nic to ich nie obchodzi. Została niewielka garstka ludzi, którzy i tak walczą między sobą, a co tu mówić o jedności w działaniach. My nie mamy guru do prowadzenia walki i tak zostanie po staremu. Przynajmniej za mego żywota. Amen.

No właśnie. My nie nadążamy za polityką. A może tam na górze o to chodzi. A my, możemy ugrać tylko wtedy, gdy my będziemy sami ustalać stawkę, za jaka zdecydujemy sie ubabrać w gnoju. Tylko wtedy. Ale jeżeli u nas w powiecie tylko ja sam jeden na Aujeszk'y powiedziałem -nie, a reszta dopytuje sie, kiedy mają zacząć, to o czym mamy mówić? Kto odmówił w waszym powiecie? A w innych?

Włodku. List, jak list... Przecież stale o tym piszemy na łamach Medicusa. To jest bicie głową w mur. Wszyscy wiemy o co chodzi. Tam są poruszane sprawy, o których wałkujemy na okrągło. No i co z tego. Wiara aż sie pali do tej Aujeszk'y....
I o czym tu gadać. A podwyżki dla budżetówki ugrają inne zawody, może nam coś z tego kapnie, ale nie dużo.
Ale niech pisze tylko czy to coś zmieni? Jak w komisji będzie rządził Mojzesowicz i kilku innych, to nie ma o czym mówić. Nikt nic nie zrobi. Po prostu nie ma szans. Czy to będzie Jakubowski, czy kto inny… Czas na zmiany w strukturach Izby. A nie w osobach tam zasiadających… Inna sprawa, to honor Prezesa. Jeżeli nie dałem rady załatwić, to abdykacja z honorem. Czy to realne? Chyba nie.

W zasadzie miałem się opowiedzieć za Izbą, za jej działaniami. Izba jest nasza. My mamy nią rządzić, a ona ma nas słuchać. Fajna to robota (mimo że na świeczniku), kiedy mocodawcy zewsząd wymagają, sami nic nie robiąc, żeby pomóc. Wynika z tego, że bycie na świeczniku jest tak rajcujące, że warto służyć za spluwaczkę? A może to misja? Ciekawe, jaka będzie reakcja naszych przedstawicieli, czy zamkną się w sobie, jak Rada poprzedniej kadencji, czy wezmą do siebie słowa krytyki? Osobiście długo się uczyłem, jak ze zwykłego „ochrzanu” wybrać coś dla siebie, co pozwoli iść dalej. Uważam, że jest to bardzo trudne – umieć przekuć błędy w zwycięstwo, znaleźć w krytyce totalnej elementy konstruktywne. Co zrobi Prezes, Rada? Będą się odgrażać? Ciskać gromy? Wyjaśniać, czego to nie dokonali? Ano – zobaczymy.

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.