Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Stara baśń" po nowemu - Włodek Szczerbiak

2008/06/20 17:56:37


Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, w górskiej kotlinie, otoczonej siedmioma morzami żył sobie Dobry Powiatowy. Jak to w bajkach bywa, szanowali go włościanie, poważali poddani. W kotlinie moc zwierza było i wszelkich plonów darzyła szczęśliwych pracowitych mieszkańców wszelakimi dobrami. Lecz oto dnia pewnego, dnia strasznego, za gór szczytami, hen na horyzoncie się straszliwe chmury. Chmury te czarne, kłębiaste i nabrzmiałe ogniem piorunów, ulewą niezmierzoną, mroźnym gradem, wielkim niczym strusie jaja.

Ten smog straszliwy wytworzył czarnoksiężnik obrzydliwy na zamku z krwi i potu mieszkający. Na zamkowym dziedzińcu wymieszał wszystkie najobrzydliwsze obrzydlistwa, które znalazł w swojej krainie i przepuścił przez ołowiane retorty i destylarki. W górę buchnął dym zakapiorny, zasłonił słońce i niebo. Na ziemię padli wystraszeni wasale i lennicy. Nic mądrego, nic nowego ów czarnoksiężnik nie wymyślił jadowity, tylko zło wsączył do szklanicy, a ono wpuszczone do machiny piekielnej rozlało się po nieboskłonie i łez padole budząc trwogę i zdumienie.

Nie mam pięknej córy na wydaniu, kiesa pustkami świeci, co robić, co robić niech mnie ktoś oświeci – biadał dobry Powiatowy i po nocach nie spał, a szlachetnym swym łbem tłukł o wszystkie napotkane drzewa, taka zgryzota go zalała. Pobledli poddani po komórkach cichcem ugwarzali. Co jeden wysunął pomysł, to drugi niewczesnym go objawiał. Znikąd rady, znikąd poratunku. Dobry Powiatowy głowę ściskał rękami, żeby zachować porządek wśród kłębiących się myśli. Na ziemię runęli poddani i włościanie. Łbami walili o kamienie, żeby stóp dobrego Powiatowego krwią nie powalać. Doszły ich wieści o złych lekarzach, co czarnoksiężnika w jego złości okrutnej wsparli. Przeto trykając o głazy głowami wołali do Powiatowego: - Wielbimy cię! Błagamy cię! Zaradźże naszej niedoli! Ze złej chmury leci kwaśny deszcz, dręczy naszą nędzę, krwawy nasz trud. Niechaj szczeźnie ów samowładnik świata połowicy, zaradź o Dobry Panie!

A biedny Powiatowy zawezwał mędrców uznanych i wioskowych starców i dysputy wieść zaczęli. Nad ukazem, nad ustawą o zawodzie deptacza zwierzęcych metabolitów. Ów mag wielki ze swego zamku wielkiego, co to na nędzy i ludu rozpaczy wyrósł ciągle kosturem o ściany walił i o badanie zwierza wszelakiego się domagał. Za pot i łzy płacił po uważaniu, przyprawiając o płacz i zgrzytanie zębami. Ciężka praca niejeden czerep z włosów opróżniła, niejeden garb na plecach wyniosła. Ludziska chyląc ku ziemi „zmarszczkami poradlone czoła”, zbielonymi zaćmą po świecie wodzili oczyma. Znikąd ratunku, znikąd pomocy!

Czarci, co zamek zamieszkiwali, o dziwo nigdy tam długo na kwaterze nie postali. Skromne noszą ci panowie przyodziewki. Nie moda dziś na złocone kandelabry, czy szamerowane żupany. Dziś wyłącznie prosta sukmana przystoi. Im prostsza, tym większe fortuny krawców – rękodzielców, szewców i kapeluszników kreuje. Dziś skromny to wielki, dziś prosty to wielbiony! Żaden mag na porządną delię dziś pozwolić sobie nie może, lecz przaśne widzianko od Diora, Versace’go nosić na sobie musi. Kiesą natrząsnąć trzeba obficie, żeby skromnym być przykładnie. Kandelabr to ma do siebie, że sam w sobie się zapada i tym samym nowego wciąż Maga kreuje. Każdy, co zasiada na zydelku o kurzej łapie najpierw naobiecuje, później w głowę się drapie. Zmienić homeostazę królestwa ogromnego to dzieło na pokolenia i łatwo na nim choćby zęby stracić. A te zęby, serca i wątroby Magów wielkich wcale się nie regenerują, choć cyruliczych klinik jest bez liku. Tylu żądnych władzy czartów jest w narodzie, że miast regenerować – królestwo – zmieniać ich sobie co chwila może. Jak rękawiczki, skarpetki, lub inny przyodziewek choćby i osobisty bardzo. I co tylko który Mag myśli, że cały rozum posiadł czarci, że z ołowiu złoto wyprodukuje, że biczyk skręci z piasku, to następny ku ziemi ściąga go za nogę, za głowę, cokolwiek tam wystaje. Alchemia to wiedza wielka i tajemna, brutalnie karze małej wiary czarnoksiężników. Stąd i złe prawo, te chmury okrutne kwaśnym deszczem płaczące. Łatwiej stare popsuć, niż dobre prawo ustanowić nowe.

Czy wszyscy czarci są tacy źli, czy tylko potu i krwi poddanych wymagają? A może, może coś jeszcze dobrego tymczasem w nich zostało? To chyba nie jest tak, że wszystko zło, co się świeci z góry. Ot, popatrzmy jak to z brzemieniem władzy sobie radzą ludzie prości. Zły powiatowy – wymaga i nie wytłumaczy. Dobry –żąda tak samo, ale zanim naciśnie spust – niczym prosty „cyngiel” Ala Capone – wyjaśni, że nic osobistego na ciebie nie ma, że to tylko biznes.

Co tu zrobić, jak ojczyznę od ruiny zbawić, złe prawo naprawić? Czym chudobę przaśną przed szczeźnięciem chronić? Lud prosty po karczmach, gospodach i oborach obradować zaczął. Narady to były trudne i zażarte, a powietrze pełne od nikotynowego dymu, latających w powietrzu nierządnic wszelkiego autoramentu od ekskluzywnych, aż po zwykłe lodziary. Monotonię krajobrazu poprzeplatały gęsto rzucane męskie narządy prokreacyjne. Na ziemię z goryczy życia – różniste płyny spływały, albowiem dyskutanci natychmiast swoje deklaracje - w czynie przedstawiali. Olane stołowe nogi, walające się po polepie cuchnące pawie. Gorąc dyskusji wcale jej sukcesu nie przyczyniał, każdy widział ratunek, drogę i od innych wołał o wsparcie. A ściany, co uszu nie miały w niemej cierpiały rozpaczy.

Do czarciego zamku poszli panowie deputacja. Rozmawiać, błagać, radzić. Pewnie wysłuchają mów wielkich o kloace sukcesu a na koniec zostanie im podany stek obietnic na pożarcie. Zostali na zamku, wciąż gadają, a ratunku znikąd nie widać. A motłoch ciemny konsumując używki zakazane śpiewa sobie po cichutku;
     Miałeś chamie złoty róg, miałeś chamie czapkę z piór;
     Czapkę wicher niesie, róg huka po lesie!

Wielki Mag, choćby i chciał, to musi stale patrzyć, czy wokół nie wychyla się po niego zbyt wiele drapieżnych rąk. Temu pomoże, a innym zaszkodzi. Na zamku swary i waśnie, ukrop się w kotłach wciąż przelewa, co tu robić? Co tu zrobić? A?

Lecz są to tylko dywagacje możnych tego świata. Chcą coś mieć – to muszą zacząć ścinać głowy, albo zaproponować satysfakcjonujące rozwiązania. Ścinanie dziś nie w modzie, a robotę zrobić trzeba. Wre i kotłuje się w komnatach, a lud prosty ku księżycowi wyje. Na zamku panuje słuszna zasada: „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna.” Lud ma pracować, a radzić będą inni. Magowie, a nawet i czasem Panowie Deputacja. Komu dadzą, komu odbiorą? Co uradzą, kto krzyw będzie? Radźcie spokojnie, pomni że słucha was lud! Wielki Magu, a nasz panie czy nie pożrą cię na śniadanie? Obrady trwają, a motto im przyświeca takie:
„Gadać możem do upadłego,
kiedy gadamy, nie dzieje się nic złego.”

Ot, jak to po Bożemu upływa życie w szczęśliwej krainie, jak po karczmach kulturalnie swawoli sobie brać. Pora posłuchać, o czym tak sobie, a muzom stanowią, co ich deputacja na zamek zanosi. A mówią językiem prostym, bez fałszywej skromności, bez niepotrzebnych ozdobników. Mówią o dziś, o jutrze. O chlebie, o wodzie, o pieniądzach. Tym światem rządzi pieniądz, wynalazek starożytnego Babilonu, reszta jest tylko sposobem na jego wytworzenie, zdobycie. Trudne to zadanie, wymaga konkretnych czynów, nie słów.

Powiedzmy sobie po ludzku, jak w czasie rozmowy z Dobrym Powiatowym: Zwalczanie choroby Aujeszki w Polsce to rzeczywiście akcja stulecia! Mimo, że nastało nam już trzecie tysiąclecie Nowej Ery – podstawowe podejście do załatwiania spraw trudnych pozostało to samo, co za religijnej anarchii panowało. To nie tak, żeby brakowało odpowiednich technik, narzędzi nowoczesnego rozwiązania problemów. Skoro przychodzi liczyć, trzeba wiedzieć – co. Zjednoczona Europa wymusiła na Polsce wprowadzenie odpowiednich standardów aparatu biurokratycznego, umożliwiającego szacowanie. Niestety, ten aparat w postaci specjalnie dotowanej Agencji najzwyczajniej zawiódł. Wychodzi, że Polska swym ogromem, swoją specyfika urąga standardom Europy, jest inna, bardziej trudna. Policzyli agenci hektary, policzyli krowy, ale świń już nie policzyli. Nie to, żeby nie próbowali. Spróbowali – i nie dali rady.

Takie urządzenie rachunkowe, jak Agencja jest najwyraźniej zupełnie obce naszej kulturze, a osoby nią władające czują się namaszczeni, niczym włodarze żup solnych. Ekonom, karbowy nigdy nie miał w naszym narodzie należnego poważania. Robią tylko to, co jest absolutnie niezbędne, żeby karuzela się kręciła. Obowiązki niepowodujące bezpośrednich zagrożeń dla przepływu grosza z Europy w dół traktują po macoszemu. Gdy któryś rolnik wiedziony słusznym poczuciem przyjdzie i poda dane dotyczące świnek – zostaną zarejestrowane, czemu nie. Ale przyjdzie raz, potem ma dosyć urzędowych formalności, stert dziwacznie porubrykowanego papieru, pełnego głupich pytań o Ojca, Matkę, pozostałe drzewo genealogiczne. Świnia ma to do siebie, że rośnie szybko i po pół roku zostaje rozłożona na peptydy w ludzkich trzewiach, znika. Zostaje nadal w rejestrach, choć jej potomstwo w sposób urzędowo nieuprawniony biega po tym padole. Na tym kończy się działanie Agencji, która ma policzyć wszystkie zwierzęta gospodarskie w Polsce.

Głową muru nikt nie przebije. Do sporządzenia projektu działań związanych ze zwalczaniem choroby Aujeszki trzeba się było oprzeć o dane obarczone nieokreślonym błędem. Jedno, co było wiadome – nie wszystkie stada świń zostały policzone. Najgorszy bałagan dotyczył drobnych hodowli, ale i z dużymi nie było najlepiej. Policzenie ilości stad to jedno, a szacunek liczebności zwierząt w tych stadach to kolejny problem. Najgorszym okazała się zmienność tych wielkości, uwarunkowana wahaniami cen skupu. Duża ferma jest przygotowana na ekonomiczne górki i dołki i nie tak szybko podejmuje decyzję o depopulacji. Natomiast małe fermy nie współpracują tak ściśle z bankami i ich rezerwę stanowi możliwość szybkiej likwidacji i odtworzenia populacji.

Krowa żyje długo. Użytkowana jest tylko kilka lat, rzadko kilkanaście, ale już to to powoduje, że stanowi niczym drzewo, stabilny element krajobrazu. Świniak żyje pół roku. Aby tylko odrośnie od ziemi i zaraz ktoś go zjada. Raz jest, innym razem go niema, jak zboże w polu. Podczas różnistych akcji związanych z koniecznością policzenia świń lekarze weterynarii niejednokrotnie spotykają się z sytuacjami, gdzie gospodyni biegnie do męża zapytać – ile to oni mają świń. Rozumiem, z jednej strony stanowi to próbę ochrony danych osobowych, a z drugiej - swoisty dowód na problemy księgowe i arytmetyczne, panujące w gospodarstwie.

Jak więc liczyć świnie? Początkowo była wersja, że będziemy liczyć i badać wszystkie, później mówiło się, że interesują nas wyłącznie stada powyżej czterech sztuk. W końcu stanęło na tym, że jedna sztuka to nie stado, dopiero dwie tworzą stado! Chyba, że mamy do czynienia z liczonym indywidualnie rozpłodnikiem, stanowiącym klasę dla samego siebie. Weterynaria zajmuje się leczeniem miłych stworzonek, bo nikt inny nie potrafi. Dzięki postępowi w higienie, wrodzonej odporności świnie mają to do siebie, że nie każda choroba ich się ima i nie do każdej wzywany jest lekarz. Rozliczne hodowle liczące sobie po jednym, dwa świniaczki są niezlokalizowane nawet przez lecznice, a zdecydowanie nie ma ich na GPS-ach Agencji. Pytanie, czy stanowią zagrożenie epizootyczne?

Największym problemem planistycznym okazała się struktura polskiego rolnictwa. W kraju mamy tyle samo stad, ile jest ich w całej reszcie Unii. Zresztą tak dokładnie tego do końca nie wiemy, bo dwieście tysięcy gospodarstw więcej, czy mniej to zmienność sezonowa, z kwartału na kwartał. Przy badaniu populacji stosuje się matematyczne metody oceny ryzyka. To powoduje, że z jednej strony – każde stado musi być zbadane, a z drugiej – im większe stado, tym mniej zwierząt trzeba zbadać, żeby zmieścić się w przedziale prawdopodobieństwa. I tu, dzięki królowej nauk okazuje się, jak to prawdą jest, że bogatemu diabeł dzieci kołysze. Nie dosyć, że taki ma mnóstwo świń, to jeszcze na dodatek wszystkich badać nie musi! Ba! Wystarczy, że zbada tylko trzynaście, a spełni zasady prawdopodobieństwa znalezienia świni chorej! Taniej i łatwiej badać dużych, ba są bonusem na loterii! Wiadomo, czemu ta robota migiem poszła na zachodzie, dziesięć, czy dziewiętnaście lat i po bólu! A oni myślą, że u nas jest tak samo, że w sześć lat uporamy się z problemem! W sześć? Ano – Polak potrafi! Co gorsza, tak huraoptymistyczne myśli nawiedziły nasze ministerstwo!

Z cudem graniczy zaplanowanie tak dużej akcji w oparciu o tyle zmiennych. Istnieje takie słowo – szacunek, próba obliczenia w oparciu o zbyt skromne dane. Koniec końców, ustalenia zostały przyjęte, bo nie ważne ile mamy stad, świń, najważniejsze, że zbadamy! Przyjęte zostały rozwiązania, zaczęto rozmowy o pieniądzach. Tu okazało się, że trzeba na gwałt zasilić szeregi Inspekcji Weterynaryjnej w lekarzy - logistyków, trzeba zatrudnić nowych laborantów, kupić sprzęt, czasem i nowe pomieszczenia dla laboratoriów.

Inspekcja Weterynaryjna ma bardzo dokładnie policzonych swoich. Każdy ma przydział obowiązków, czas na ich wykonanie i wynagrodzenie z tym związane. A zawsze, jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze, prawda? Wszelcy pracownicy mają to do siebie, że ile by im nie zapłacić, jest im mało. Jak ta kura, co to wlizie na grzędę i woła, że chce wyżej! Lekarze zatrudnieni w Inspekcji od lat są źle opłacani. Gdy tylko trafi się okazja uciekają do innej pracy. Nowy narybek widząc ilość obowiązków, monotonię pracy inspektora, nie garnie się do tych zajęć. Ministerstwo Rolnictwa, namawiane przez Inspekcję i Izbę, ba – zmuszone okolicznościami - w końcu zdecydowało się potrząsnąć kasą! Tylko, że zrobiło dziwny zwód. Niby przyznało niezłą w stosunku do płac innych inspektorów pensję, ale tylko dla nowozatrudnionych i tylko do końca roku. Co będzie później? Róbta, co chceta, piekła niema! Najważniejsze, żeby załatać! Nie ważne, jaki problem będzie miała weterynaria, rolnictwo za rok czy dwa, tym zajmą się już inni, następny rząd, sejm!

Efekt takich działań nie kazał na siebie długo czekać. Mimo, że w Inspektoratach zapanowały przeciągi, młodzi lekarze jakoś nie zaczęli się walić drzwiami i oknami. Jedno, co się udało przy okazji wprowadzania tego programu zwalczania choroby Aujeszki załatwić – to nowe etaty dla księgowości, informatyków i prawników. Z naborem tej grupy pracowników nie było problemu. Inspektorzy już zatrudnieni dostali wsparcie w postaci pracowników w sumie – pomocniczych, bo niezajmujących się merytoryczną stroną zagadnienia. Spowodowało to, że każdy jeden etat dla lekarza w Inspekcji stał się jeszcze droższy niż do tej pory. Bo to nie jest tak, jak sobie myślą niektórzy lekarze, że za pracę dostają marny tysiąc złotych! Nie! Każdego z nich nasze ministerstwo, siłą pieniędzy podatników, wspomaga pracą księgowej, sprzątaczki, woźnego, informatyka, prawnika i nie wiem, kogo jeszcze. Ponadto są remonty kapitalne, samochody, komputery, drukarki, skanery, faxy. Kupa szmalu poszła do weterynarii! Stanowisko pojedynczego lekarza weterynarii to tylko pozornie aby ten tysiączek do ręki plus ZUS, podatki. To także koszt wielu innych elementów, zarówno „osobowych” i sprzętowych. Ciekawostka przyrodnicza jest, ile to wynoszą koszty stanowiska pracy inspektora, a ile lekarza wolnej praktyki. Nie mówię, że są to elementy zbędne! Mówię, że są liczne. Zważcie też, jak wielu inspektorów musi stosować w swoich gospodarstwach domowych napęd hybrydowy, żeby tylko przeżyć! Jak naszemu kapitalistycznemu państwu nie wstyd?

Istnieje w państwowych firmach ciekawy mechanizm, zwany kontami. Działa to w sumie tak, że jak tylko są na coś pieniądze, to za wszelką cenę trzeba je wydać! Bo zaraz przepadną! Po jakimś czasie sytuacja lekarzy staje się rzeczywiście podbramkowa – jak takiemu więcej zapłacić, skoro już tak dużo kosztuje? Kombinuj, bracie, kombinuj! I to jeszcze ma do siebie instytucja państwowa, że państwowe pieniądze nie są spożytkowywane równie ekonomicznie, jak te wydawane prywatnie. Nieco się zagalopowałem, pora wrócić do naszej akcji stulecia.

Okazuje się, że do tej pory najwięcej problemów sprawiła Ministerstwu Rolnictwa pozornie (jak się okazuje) prosta kwestia pobierania krwi od świń. Niby cennik wynagrodzeń istnieje od lat, co za problem, żeby przemnożyć ilość pobranych probówek przez odpowiednie kwoty i zlecić wykonanie poszczególnym lekarzom? Tu właśnie powstał kolejny problem. Tak, jak Inspekcji udało się wyrwać etaty dla swoich biur, pieniądze (puste wprawdzie, bo zaledwie do końca roku) dla koordynatorów, tak i lekarze prywatni też zechcieli coś ugrać.

Nowe stawki. Dostosowane do cen europejskich. Aktualnie nasi za pobieranie krwi płacą zaledwie czwartą część tego, co Niemcy. Czyżbyśmy byli aż tak dużo gorsi? Lekarze chcą wywalczyć naprawę pogmatwanych i konfliktogennych przepisów. To dlatego deputacji na Zamek Wielki przytaczam ten chocholi śpiew! Panowie Deputacja, zauroczeni manierami, skromnością władzy – nie ośmielili się walczyć o to, co może radykalnie rozwiązać problem, o to, co skończy z kombinatoryką, o pieniądze. Problem wynagrodzeń wróci i to bardzo szybko! Kraczę niczym Kasandra, ale czarno to widzę. Lato, wakacje, upały i pobieranie krwi! Normalni ludzie jadą wtedy na wczasy, a naszymi deptakami są obornik i gnojowica. Mam wrażenie, że szybko to nam zbrzydnie. Wtedy akcja stanie. Ale, ale – przecież mieliśmy tylko zacząć, prawda? Reszta zrobi się sama, a do Brukseli pójdą uspokajające meldunki, sprawozdania. Ile to zagród zbadaliśmy, jak mało mamy odczynów seropozytywnych! Cóż, ilości będą rzeczywiście porażające, nieporównywalne z innymi państwami Unii. Pytanie, czy tam, gdzie rządzą tym światem są sami idioci, czy dadzą się wpuścić w kanał?

Poszła radzić Deputacja i utknęła w przepisach. W zasadzie kwestia przepisów to żaden problem dla Ministerstwa, bo tak samo, jak krowa produkuje mleko, tak ministerstwo – przepisy. Ale okazało się, że mimo czterech lat prób wprowadzenia porządku w prawie – i ten Rząd nie umie sobie z tym poradzić. To przelało czarę goryczy. Mało, że byle jak płacą, to nawet najprostszego ukłonu w stronę prywatnych przedsiębiorców, na których spada czarna część roboty! Temat – tabu. Na sympozjach, szkoleniach nie mówi się o pobieraniu krwi, dla planistów to fraszka, nie ich broszka. Okazuje się, że problem jakimś cudem wciąż istnieje! I narasta.

Polska to ludny kraj, jeden z większych producentów wieprzowiny na świecie. Polska jest inna. Tu są maleńkie gospodarstwa, gdzie w osiemdziesięciu procentach chlewików znajduje się większość pogłowia świń. Powoduje to ogromne koszty. Chlewik liczący trzydzieści tuczników – to zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa - dwanaście próbek, a ferma trzy, pięciotysięczna – to trzynaście próbek. Nie mam danych żeby stwierdzić, czy akcja w Polsce nie będzie najdroższą w całej nowoczesnej Europie. Bo co? Nie stać nas? Wiem, że Polska jest ostatnim bastionem choroby, wiem że nie istnieją dane pozwalające określić choćby tylko ilość świń, nie mówiąc już o częstotliwości występowania choroby będącej postrachem ministrów. Może i pół zmartwienia, gdyby choroba występowała klinicznie. Wtedy by były upadki, ograniczenia przyrostów, nadmierne spożycie paszy. Ludzie by widzieli realną konieczność jej zwalczania, tak jak kiedyś była zwalczana różyca świń. Ale nie! Choroba obecnie występuje praktycznie wyłącznie w formie subklinicznej, bezobjawowej. Jedyną metodą stwierdzenia, że świnie miały jakikolwiek kontakt z wirusem PRV jest dodatni wynik badania serologicznego. Choroba rzeczywiście straszliwa! Niemniej świat, „jaki jest, każden wie”. Inne państwa za żadne skarby nam nie odpuszczą! Same poradziły sobie z problemem, to i my też musimy. W przeciwnym wypadku – koniec z eksportem. Najpierw koniec z eksportem żywca (to już zostało wdrożone), a z czasem koniec z eksportem wieprzowiny. Nawet kraje, gdzie o „Morbus Aujeszkyi” nigdy się nie słyszało, nie mówiło, dziś na gwałt wołają Polskę o mięso wolne od jakiegokolwiek kontaktu z wirusem, o dowody. Tak dla zasady, na wszelki wypadek.

Ucichła panika z BSE, Chorobą Szalonych Krów. Kilka lat monitoringu połączonego z pieniędzmi, restrykcjami i okazuje się, że poziom tej choroby wśród naszych zwierząt jest taki, jaki i był od wieków. Może przesadziłem. Nie wiemy, jaki był od wieków. Wiemy, jaki jest teraz – stały, niezmienny. Były różne pogromy zwierząt w krajach, gdzie terenowa weterynaria zanika. W krajach o wysokiej kulturze hodowlanej, zoosanitarnej. Tam, gdzie weterynaria wspięła się na wyżyny wiedzy. Czy choroby wykrywano natychmiast, u źródła? Nie! Zazwyczaj, zanim tamtejsza, przerzedzona weterynaria zorientowała się, w problemie z ogniska robił się pożar. Mam wrażenie, że to jest także kwestia nadzoru nad wielką fermą, nadzoru prowadzonego przez garstkę ludzi. W Polsce, gdzie nad każdym stadkiem „chodzi” kilka osób, sytuacja zdaje się być inna. Może jednak tymczasem, zanim będziemy mieli z takim utęsknieniem oczekiwane giganty typu „Poldanor”, „Smithfield”, może tymczasem warto zachować terenowe struktury weterynarii, jakich dorobiliśmy się za socjalizmu? Obecnie i tak stanowią one marny cień dawnej świetności. Sama Inspekcja chorób zakaźnych nie wyłapie, ani nie zlokalizuje. Potrzeba rąk do pracy, rąk, o które coraz trudniej, fachowców nie do obsługi setek ferm, lecz fachowców do obsługi siedmiuset tysięcy chlewików.

Zauroczeni perspektywą europejskich standardów zapominamy o rzeczywistości, w której żyjemy, o wymaganiach dnia dzisiejszego. Lekarze utrzymujący się z praktyki stricte lekarskiej szukają dla siebie szans na przetrwanie „świńskich dołków”, chwytają się każdej okazji. Lecz i ta brzytwa jest im zabierana przez rząd. Restrukturyzacja hodowli postępuje wolniej, niż destrukturyzacja wiejskiej weterynarii. Ani rząd, ani społeczeństwo nie chcą tego widzieć, pochłonięci pogonią za swoimi sprawami.

W trudnej, oj trudnej sytuacji znalazło się Ministerstwo! Jest problem z przetargami na testy serologiczne, sprzęt, bo okazuje się, że do każdego przetargu można złożyć odwołanie, co z lubością wykorzystują firmy biorące w nich udział. Początek akcji niby mamy za sobą, a w najgłębszych „świńskich zagłębiach” robota nie może ruszyć, albo i rusza jak ta lokomotywa, najpierw powoli, ospale. Brak ludzi w laboratoriach, w Inspekcji. Wakacje.

Nadzieja dodaje blasku gwiezdnym konstelacjom, nadzieja pozwala pracować wyrobnikom zatrudnionym w podziemiach, przybytków takich jak przedstawiony w filmie „Mad Max pod kopułą Gromu” „”. Nadzieja pozwala na szukanie dróg wyjścia. Pomożecie? Ileż my się już zapomagaliśmy! Czemu nam nikt nie chce pomóc? Akcję jednak rzeczywiście trzeba zacząć, tego wymaga polityka rolna państwa, nasze władze wpompowały w to już sporą kasę. Naszą kasę, podatników. Pójdzie jak nic na zatracenie, do utylizacji, jak się teraz na wszystko ładnie mówi. Trzeba jednak zacząć z głową. Z tej to przyczyny tak wielu z nas biedzi się nad rozsądnymi rozwiązaniami. Z tego powodu Rada Krajowa jest tak częstym gościem w ministerialnych progach. O czymś zapomnieli, albo czegoś nie wypadało im zaakcentować.

Pieniądze, pieniądze by załatwiły wszystko. Jest ich jednak ile jest i podobno stanowią barierę nie do przebycia. Czyli to oznacza, że akcja komuś nie kalkuluje się. Weterynaria, jej Izba woła przynajmniej o uregulowanie kwestii prawnych. Wygląda, że przestało to być wołaniem w głuszy. Prawdopodobnie coś drgnie. Pytanie tylko kiedy i jak. Nasz protest związany z wynagrodzeniami za badanie mięsa spowodował taki galimatias prawny, że do dziś się z nim borykamy.

Sytuację próbują rozwiązać na swoją rękę niektórzy, co bardziej poczuwający się do odpowiedzialności za bezpieczeństwo epizootyczne lekarze powiatowi. Doszło nawet do tego, że niektórzy, nie bacząc na Ustawę o Zawodzie zdecydowali się na rozliczanie lekarzy zgodnie z ich życzeniem. Niestety. Wywołało to spore perturbacje prawne wszędzie tam, gdzie wmieszała się Izba Skarbowa. Można rozliczać się fakturami! Oczywiście! Proszę uprzejmie! Są desperaci gotowi iść na takie rozwiązania. Jest to słynne podwójne opodatkowanie, płaci się dwukrotnie podatek dochodowy, odliczany wprawdzie z nastaniem wiosny następnego roku, ale kto nie potrzebuje pieniędzy już? Zwłaszcza w weterynarii?

Zdaniem Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Opolu rozliczanie zakładu leczniczego przy pomocy faktur jest możliwe. Jednak. Chodzi tylko o pewne szczegóły. Tym odważniczkiem stała się kwestia tego, ze zdaniem WSA Inspektorat powinien najpierw pobrać pieniądze za ubezpieczenie zdrowotne, później zaliczkę na podatek dochodowy, a resztę wypłacić za fakturę zakładu leczniczego. Zakład musi z kolei rozliczyć 7% VAT od kwoty brutto figurującej w cenniku wynagrodzeń, ZUS, dochodowy. Wychodzi więc, że konieczne jest dwukrotne opłacenie podatku dochodowego! Wiadomo, nadpłata dochodowego zostanie przy okazji rozliczenia rocznego zwrócona, ale dopiero trzy miesiące po złożeniu papierów, w maju, czerwcu… Pytanie – czy stawki za dojazd są stawkami brutto, czy netto? Jeżeli brutto, to VAT wynosi tu 22%!

Kwestii artykułu szesnastego i z nim powiązanych nie może rozwiązać proste rozporządzenie, lub instrukcja. Trzeba wprowadzić sporo zmian w przepisach. I te przepisy właśnie są procedowane od czterech lat. A nasz Minister obiecuje, że potrwa to jeszcze przynajmniej z rok! Czemu nie? To nie jego kasa! Czy On jeszcze wtedy będzie nam łaskawie panował?

Co to będzie? Oj, co to będzie? Czy nasza piękna i spokojna kraina dalej będzie sobie istniała, jak ją stworzyli Magowie, czy spłynie krwią, czy potem? Co zrobią nasi władcy, co zrobimy my? Życie, nawet w zapadłej kotlince, jak się okazuje jest pełne niesamowitych wyzwań. Wyzwań niesionych nie tylko przez siły przyrody, z którymi da się walczyć naszymi zaklęciami, ale i takich wyzwań, które powstały w skutek działań ludzkich. W zasadzie działania ludzkie powinny być najłatwiejsze do odkręcenia. W zasadzie.

I co? Poszli nasi na samą górę. Przekonywać, tłumaczyć, nawet grozić! Ano zostało, jak w bajce. Panowie Deputacja, olśnieni wyrafinowaną skromnością władzy poruszyli wyłącznie kwestie prawne. Trudne, bo kto to widział dokonywać tak radykalnych zmian na niezłej w sumie ustawie? Owszem, ustawa jest może i niezła dla władzy, ale klepaczom świńskich ryjków, deptaczom gnoju – sprawia totalne kłopoty. A pieniądze?

Wlodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.