Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Monitoring Aujeszky - praktyka terenowa"

2008/08/05 17:33:37


Czynnikiem etiologicznym programu zwalczania choroby Aujeszky jest sytuacja geopolityczna. Wygląda to tak, że od wybuchu choroby jeszcze w ubiegłym wieku minęło już ze trzydzieści lat. Przez ten czas choroba utraciła na zjadliwości do tego stopnia, że jedynie sporadycznie pojawia się jej forma kliniczna. Nie jest to już wścieklizna rzekoma, jaką to była w chwili wybuchu, a jedynie formą bezobjawową lub latentną. Niemniej kraje gdzie w latach siedemdziesiątych wybuch choroby dał się we znaki – wprowadziły akcję zwalczania choroby. proces ten trwał różnie długo w różnych krajach, a chyba największy wpływ na jej eliminację miało wygaśnięcie szczytu epizootii. Niemniej w prawie wszystkich „świńskich” potęgach akcja została wdrożona i – jak się przyjmuje przyniosła pozytywne rezultaty.

Jakby nie patrzyć na zagadnienie, kraje które nakładem mnóstwa sił i środków uzyskały swój obecny status państw wolnych od choroby Aujeszky – chcą ten status za wszelką cenę utrzymać. W związku z tym powstały liczne obwarowania importowe dotyczące przede wszystkim zwierząt żywych, ale i z czasem mięsa trzody chlewnej pochodzącego z państw o gorszym, lub nieznanym statusie epizootycznym.

W dzisiejszych czasach, czasach Internetu może nie sam wirus, a przynajmniej informacja o nim przekazywana jest praktycznie w sposób natychmiastowy na cały świat. A skądinąd wiadomo, że informacja jest bardzo groźną bronią. Powstanie tej „broni” miało prawdopodobnie bardzo prozaiczny przebieg. Z góry wiadomo, że zagraniczne kraje są państwami o wyjątkowym statusie epizootycznym, nie występuje tam jakakolwiek plaga, począwszy od wścieklizny, na Aujeszky kończąc.

Ot, osoba odpowiedzialna za import poczytała, porozmawiała i już wie, że w krajach eksportujących świnie panoszy się bardzo mocno zwalczana zaraza. Po jakie licho ściągać ją do siebie. Pal diabli, może ona nawet i jest w kraju, ale uśpiona. No, a niech ożyje – na kogo będzie? Oczywiście – na importera, że nie zadbał. W Europie obowiązuje zakaz eksportu żywych zwierząt mogących mieć seropozytywną krew. Czy ktokolwiek gdziekolwiek dalej musi wchodzić w szczegóły, że zakaz nie dotyczy mięsa? Znalazłem warunki eksportu mięsa do Kazachstanu i Korei. Mięso od świń, które mogą być chore na Aujeszky – nie jest tam wpuszczane. Koszty? Koszty badań, eliminacji ponosi oczywiście eksporter i mieszczą się one w wynegocjowanej cenie.

Globalizacja spowodowała, że światowa koniunktura wpływa także na „hodowcę” pojedynczej parki tuczników. Może nie każdy to dostrzega, lecz trend tej dziedzinie gospodarki nadają nie drobne, dostarczające osiemdziesięciu procent trzody gospodarstwa, lecz – molochy produkujące w sposób nowoczesny, choś zaledwie dwadzieścia procent świń w naszym kraju. W takiej produkcji istotnym czynnikiem są nawet najdrobniejsze wahania światowej koniunktury, parytety walut i wiele innych czynników nie uwzględnianych przez drobnych wytwórców. Jakże istotne stają się wtedy nowe rynki zbytu!

Polska znalazła się wśród potęg w produkcji trzody chlewnej, które nie wdrożyły programu eliminacji choroby Aujeszky. „Śruba” została dokręcona z chwilą, kiedy znaleźliśmy się w Unii Europejskiej. Silne działania lobby producenckiego – zarówno firm produkujących żywiec, jak i mięso były uwarunkowane koniecznością poszerzenia rynków zbytu. Dość ewidentne jest, że na eksporcie trzody bezpośrednio zależy dużym firmom, produkującym dużo, także na rynki obce. Ułatwia to ekonomikę, łagodzi „świńskie dołki”. Drobni producenci nie zajmują się eksportem. Nie wykazują szczególnego zainteresowania rynkami zagranicznymi, skupiają się raczej wokół potrzeb swojej gminy, powiatu.

Zastanawiam się, jak takie lobby mogło się przebić. Bo, gdy jeden potencjalny eksporter woła o badania – można to traktować jako molestowanie, albo próbę korupcji. Natomiast, gdy tych wołających jest czterech, czy pięciu – mamy do czynienia z – poważną siłą społeczną – i coś trzeba zrobić.

Suma summarum - czego by nie mówić o tej chorobie – stoimy przed wymogiem jej likwidacji. Program powstał w oparciu o prace specjalnego zespołu koordynacyjnego skupiającego najtęższe głowy w dziedzinie epizoocjologii, chorób świń i administracji. Wiadomo, że najtaniej da się przeprowadzić akcję w dużych gospodarstwach, gdzie zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa wystarczy pobrać mniejszą ilość prób niż w małych hodowlach, albo gdzie te gospodarstwa od lat same prowadzą takie badania. Toteż gro kosztów akcji zostanie pochłonięte na badania w niezainteresowanych tematem, podupadających gospodarstwach, gospodarstwach, które za pięć, dziesięć lat przestaną istnieć. Za badania w takich gospodarstwach musi zapłacić państwo. Tu nie zrobią zrzutki na dofinansowanie badań. Decyzja o podjęciu tak nieekonomicznych działań musiała zostać sprowokowana rzeczywiście istotnymi potrzebami. Potrzebami dużych producentów żywotnie zainteresowanych problemem.

Pomijając kwestię tego, kto najbardziej skorzysta na zwalczeniu choroby praktycznie objawiającej się tylko w postaci odczynu serologicznego – warto pomyśleć o społecznych kosztach operacji. Zostaną one poniesione przez tą część ludności, która jest płatnikiem większości podatków. Niby VAT, akcyza dotyczą wszystkich, ale są i podatki płacone prawie wyłącznie przez ludność niezwiązaną z rolnictwem, przez konsumentów. Zastanawia mnie do jakiego stopnia konsumentowi polędwicy, czy schabu zależy na eksporcie tych artykułów. Niemniej ktoś zadecydował, że zależy i każdy podatnik musi zapłacić. Najwięcej zapłacą ci, co zmuszeni są do płacenia różnych odmian podatku dochodowego.

Skoro wiadomo, z jakim trudem zostały pozyskane pieniądze na akcję – konieczne jest ich oszczędzanie. Oszczędność to priorytet każdego rządu. Przyznać muszę, że skala działań związanych z przebadaniem w jednym kraju prawie takiej samej ilości stad, jaka znajduje się w pozostałej części Unii – jest imponująca. Konieczna stała się redukcja kosztów. Nasuwa się następująca konkluzja: badania są robione dla wąskiej grupy producenckiej, stanowią bezprecedensową akcję w weterynarii wykonywaną po jak najmniejszych kosztach. Kto ma zysk i czyim kosztem? Można to odczytać i w ten sposób, że pracując za czwartą część wynagrodzenia, jakie otrzymywali nasi koledzy za granicą – przebadamy rekordowe ilości stad. Nie od dziś wiadomo, że Polak – potrafi.

No, ale dosyć teorii (polityki) zajmijmy się praktyką terenową. Mamy określoną strategię działania, niesłychanie ściśle obwarowaną przepisami, mamy określoną ilość pieniędzy na wykonanie pracy. Ruszajmy! Opiszę te działania ze swojego, przyziemnego punktu widzenia. Jestem standardowym, uśrednionym lekarzem weterynarii podejmującym udział w akcji. Klasyfikacja wiekowa – na pograniczu wybrakowania. Moja waga, można powiedzieć - ubojowa. Stopień swojego umięśnienia oceniam według skali EUROP – nie jestem anorektykiem klasy S, same ścięgna i kości. Moje parametry mieszczą się nieco poniżej klasy „P”. Podejście do zagadnienia, entuzjazm jest ściśle uwarunkowany relacją pomiędzy rodzajem pracy, a płynącym z niej wynagrodzeniem.

Zacznijmy jednak od relacji kolegów. Kwestię pogodową pomijam, bo każdy ma taką pogodę, jaką wymodlił u świętego Rocha. Pojawił się natomiast, bardzo już zresztą modny termin wylansowany przez doktora Zbigniewa Kowalskiego - „jaskółka”. Niewtajemniczonym wyjaśniam, że jest to figura gimnastyczna przybierana podczas pobierania krwi od tucznika. Oczywiście są i akrobaci będący zwolennikami zwykłych przysiadów, przysiadów z podparciem na jednym kolanie, a nawet klęczkowie. Każdy sport olimpijski, odbija się na zdrowiu wyczynowca, szczególnie w naszym wieku. Zacznijmy od pozytywów – otyłość. Brak doniesień z terenowych o pozytywnym wpływie na zmniejszenie masy tłuszczowej, niemniej nikt nie narzekał na zjawisko odwrotne. Dochodzą natomiast liczne skargi na „duszności ogólne”, „bóle w krzyżu”, „łamanie w kolanach”. Potwierdzam, w wyniku autopsji. Od siebie dodam pewien szczegół osobniczy. Gdy przechodziłem zbyt wysoko zbudowaną ściankę kojca – przyszło mi chwilę zawisnąć na krawędzi. Wiecie państwo, jaki to ból? Nie powiem, gdzie zlokalizowany, albowiem „Medicus” pretenduje do miana medium opiniotwórczego. W każdym razie ma on związek z bronią masowego rażenia, rozszczepianiem atomów.

Wiadomo, że tak zwana „męka reportera” nie jest najciekawszym elementem jakiegokolwiek sprawozdania, w związku z tym przejdę do organizacji pracy. W chlewiku „przeskakuję” przez ściankę i robę zamieszanie w stadku. Następnie zakładam ryjochwyt. Moim zdaniem najłatwiej jest to zrobić wykorzystując ciekawe zjawisko behawioralne. Otóż każda świnia ma wrodzoną ciekawość świata. Pokazuję wybrańcowi pętlę ryjochwytu, a ten zgodnie ze starą zasadą, że ciekawość to pierwszy stopień do przyszłości – łapie się na przyrząd. Dalej idzie, jak Bozia da. Jeżeli gospodarz jest „uzależniony” od lekarza badającego – potrzyma za rączkę urządzenia, w przeciwnym wypadku do „patyka” wskakuje etatowy „trzymacz”. Kwestię pobierania – omówiliśmy w poprzednim akapicie, teraz dokumentowanie. Tu jest pewien problem. Przygotowanie zestawu, oznakowanie, zapakowanie zajmuje zwykle więcej czasu niż schwytanie świniaka i pobranie krwi! Trzeba czekać z kwiczącym świniakiem!

Teraz o n niektórych szczegółach gospodarczych. Akcja się zaczęła, a z obietnic ministra Marka Sawickiego, że w trybie ekspresowym wprowadzi zmiany w art. 16 – zostały jak do tej pory obietnice. W moim wypadku wiąże się to z takim drobiazgiem, że ja do pomocy w akcji wziąłem panią magister zootechniki. Zanim rozpocząłem próbobranie wszystko było jak najlepiej, natomiast gdy przyszło co do czego mój Powiatowy powiedział, że za pomoc może zapłacić wyłącznie technikowi! I w Ciechocinku akcja wzięła w łeb!

Są różne województwa, różni Powiatowi. Powiedziałbym, że każdy w taki, czy inny sposób wyznaje zasadę, że Powiatowy na Inspektoracie równy Wojewodzie. Czemu tak sądzę? Zwyczajnie – Powiatowy jest święty. Jak już coś powie, to koniec. A może sobie powiedzieć po uważaniu – zgadza się? Znam powiatowego, co powiedział, że zgodnie z Rozporządzeniem Dz. U. 2004r poz.860 może za pomoc technikowi, lub zootechnikowi (który zdaniem tego Powiatowego) jest też siłą fachową – może wypłacić w oparciu o punkt (3) – dwadzieścia złotych za godzinę. Ten punkt mówi o wynagrodzeniu za pomoc lekarzowi przy pobieraniu prób. Inny Powiatowy mówi, że zaraz następny punkt tego rozporządzenia (4) wyszczególnia poskramianie i prowadzenie dokumentacji jako czynność za dziesiątaka. Nic nie pomogło w moim układzie, że ja chciałem mojego magistra inżyniera zatrudnić wyłącznie do podawania igieł (ominąłbym rafy w postaci poskramiania i prowadzenia dokumentacji). Mamy do czynienia z tak dużą różnorodnością poglądów, jaka może się tylko zdarzyć przy interpretowaniu przepisów. Tam, gdzie akcja musi zostać zrobiona – płacą. Tam, gdzie niekoniecznie – niekoniecznie.

Znalazłem się w kropce. W procedowaniu jest nowe Rozporządzenie, które pozwoli mojemu Lekarzowi Powiatowemu wyznaczyć do trzymania świń - magistra inżyniera zootechniki zaraz po tym, jak tylko przeprowadzę z nim czterogodzinne szkolenie. Czemu nie? Mam nawet program. Pierwsza godzina – taksonomia, różnicowanie między podstawowymi gatunkami zwierząt gospodarskich i przelotnymi ptakami. Godzina druga - anatomia topograficzna z elementami (zlecę ją stomatologowi) – czyli odróżnianie ryja od odbytu, kwestia kłów, przestrzeni międzyzębodołowej. Do tego dochodzą dwie godziny ćwiczeń praktycznych w terenie i podpis Komisji Egzaminacyjnej.

Czasem lubię liczyć. Zabrałem się za sprawdzanie wielkości tej kropki, jaka powstała pomiędzy mną, a Inspekcją. Kwotowo wygląda to tak, że za dniówkę dostałem 360zł brutto. Coś ze 306zł netto. Wypada chyba też doliczyć ZUS, jaki za siebie odprowadziłem w tym dniu do urzędu – bo jak wiemy nie zrobi tego za mnie Inspekcja – wyniósł on około 40zł. (nie wyliczam straconej dniówki) Zapłaciłem też ZUS za mojego pracownika i pensję, którą powinien otrzymać za ten dzień. Wyniosło to brutto 81zł. No i oczywiście, zgodnie z umową zapłaciłem pracownikowi pieniądze, które powinien dostać od Inspekcji - 80zł. W sumie interes wyszedł na plus 106zł. Nieźle! Najważniejsze, że nie jest to zbyt ewidentna strata, mimo że osoba trzymająca kosztowała mnie aż 200zł.

W związku z trudną sytuacją płatniczą w Inspekcji – podjąłem urlop od zwalczania istotnych dla naszej Ojczyzny problemów. Oczywiście do czasu, gdy tylko nasze Ministerstwo upora się z podpisaniem Rozporządzenia (zostało to siłą wywalczone przez Izbę i Medicusa). Ktoś za wszelką cenę stara się udowodnić, że pobieranie krwi to interes lekarzy weterynarii! Wiadomo, w każdej chwili akcję można zlecić paniom i panom czuwającym na dworcu Centralnym w Warszawie. Pewnie podejmą ją z wdzięcznością!

Rozpisałem się tu o ekonomii w moim osobistym wydaniu, a to chyba nikogo nie interesuje, no może jako okazja do utwierdzenia się w słuszności decyzji o niepodejmowaniu próbobrania. Tymczasem zwalczanie tej straszliwej zarazy napotyka na jeszcze inne problemy. Ot, wykup stad zarażonych wścieklizną rzekomą. Decyzja należy do Powiatowego, a zostaje podjęta na zasadzie szacunku wynikającego z różnistych przesłanek. Wiadomo, że samymi przepisami choroby się nie zwalczy. Wiadomo też, że do walki powołane zostały legiony fachowców, a bywa, że i specjaliści w świńskiej branży. Niestety znaleźliśmy się w ogonku wolnego (od Aujeszky) świata, stąd presja na radykalizm działań. Na świecie były stosowane różnorodne metody zwalczania choroby od bardzo radykalnych, związanych z depopulacją, aż po różne warianty szczepień. W Polsce zwalczanie opiera się chyba wyłącznie o przepisy, administrację. Mamy wielu specjalistów od chorób świń, którzy nie tylko są w stanie ocenić rozmaite przesłanki ekonomiczne, ale i zaproponować optymalne rozwiązania. Sytuacja jest jednak taka, że administracja weterynaryjna, mimo że niejednokrotnie widzi bezsens swoich działań nie może podeprzeć się zdaniem specjalistów.

Co ma zrobić Powiatowy w gospodarstwie , gdzie wyszedł wynik wątpliwy? Specjalista odpowie – powtórzyć badania, urzędnik – poczekać na nowe zarządzenia. Najgorsze jest to, że obaj mają rację! W jaki sposób powstaje decyzja o likwidacji stada, o odszkodowaniu? Na oko, na oko proszę Państwa! Nikt tu nic nie liczy! Jak Powiat ma pieniądze to płaci, jak nie ma – to – jeszcze nie wiadomo co będzie… Bo nikt tego nie umie, nikt nie chce (także i nie może) zlecić zadania specjaliście.

Jako „klinicysta” z uznaniem zauważyłem bardzo ciekawą, oddolną inicjatywę rzutkich hodowców związaną z likwidowaniem zdrowotno - ekonomicznych problemów chlewni. Na ślad naprowadził mnie anons w „Trzodzie Chlewnej” – „Mam stado z dyzenterią (od ośmiu lat). Konieczna depopulacja. Kupię świnię chorą na Aujeszky.” Uważam, że ta metoda eradykacji dyzenterii szybko się przyjmie, powinna też natychmiast się znaleźć w podręcznikach, jako bardzo tania i skuteczna. Pieniążki te pochodzą z tego samego konta, które jest przewidziane na rekompensaty za likwidację sztuk białaczkowych, gruźliczych. Ciekawostka przyrodnicza jest, czy została przewidziana odpowiednia kwota na wykup zwierząt z Aujeszką…

Choroba nie została zaliczona do zwalczanych z urzędu. Każdy rolnik może odmówić wpuszczenia ekipy itd. Jedynym dla hodowcy zagrożeniem jest (a właściwie – kiedyś będzie, na kolejnym etapie akcji) – brak zgody na ubój w normalnej rzeźni. Zakłady ubojowe szybko rozpoznały interes. Świnie z gospodarstw niewygodnych serologicznie skupują za połowę ceny, sprzedają po normalnej. Dobrze, przynajmniej pieniądz podatnika, za pośrednictwem interwencjonizmu państwowego częściowo wraca do źródeł, jako nieoczekiwana premia dla wybranych.

Życie szybko biegnie naprzód dzisiejsze ustalenia jutro nie będą ważne. Z tego powodu tak istotne jest natychmiastowe przekazywanie informacji, jak to ma zwyczaj robić Medicus!

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.