Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Specjalizacja" - Włodek Szczerbiak

2008/10/14 21:29:44


Jedenastego października 2008r o godzinie szesnastej odbyła się w Puławach uroczystość wręczenia dyplomów specjalizacyjnych. Czemu zaznaczam godzinę? Otóż tego samego dnia, dwie godziny wcześniej odbyła się uroczysta zmiana warty wśród członków Komisji Specjalizacyjnej. Odeszli starzy, przyszli nowi, a to była uroczystość o zdecydowanie kameralnym charakterze. Więc o szesnastej kolejnych trzystu lekarzy otrzymało potwierdzenie, że „spełnili warunki określone w rozporządzeniu Ministra Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej z dnia 28 listopada 1994 r w sprawie trybu i szczegółowych zasad uzyskania tytułu specjalisty przez lekarza weterynarii (Dz. U. 131, poz. 667)” – i na podstawie Uchwały Komisji do Spraw Specjalizacji Lekarzy Weterynarii z dnia któregoś tam – uzyskali tytuły specjalistów. Wydarzenie zdecydowanie niezbyt istotnej rangi, nie zostało zresztą zaszczycone obecnością mediów, jak ma to miejsce w wypadku rozmaitych targów, czy choćby wystaw hodowlanych. Ot, Komisja Specjalizacyjna, kierownicy poszczególnych specjalizacji, wykład, wręczenie dokumentów. Ładnie zachował się Departament, przysyłając wicedyrektora do spraw weterynarii, obecni byli przedstawiciele Izby Krajowej. I tyle.

Te nasze specjalizacje mają nieco dziwne umocowanie. Owszem, są na rękę zarówno kształcącym się lekarzom, jak i wykładowcom, niosą kaganek oświaty w mrok wsi i miast. Próbowałem zasięgnąć języka na temat motywacji, jakimi kierują się lekarze uczestniczący w dokształcaniu. Są one najróżnorodniejsze. Zacznę od niektórych firm, trochę pośrednio związanych z weterynarią, niemniej czerpiących zyski z pracy lekarzy. Czasem – nota bene – mowa tu i o niektórych zakładach leczniczych dla zwierząt. Pracownicy takich firm specjalizują się, a w ślad za otrzymanym dyplomem idą podwyżki apanaży. Poszerzona wiedza jest niewątpliwie przydatna w promocji pasz, farmaceutyków, leczeniu. Doskonale to widzą pracodawcy i zazwyczaj przynajmniej częściowo – sponsorują studia.

Są grupy, gdzie specjalizacja jest wymagana, wiedza stamtąd wyniesiona – bardzo przydatna, lecz apanaże związane z uzyskaniem kwalifikacji są niewspółmierne. Niewspółmierne z czymkolwiek. Jak zapewne domyślają się znawcy przedmiotu – mówię o pracownikach Inspekcji weterynaryjnej. Może nie do końca rzecz jest w wiedzy, pieniądzach, nieraz ważna okazuje się i perspektywa awansu zawodowego.

Trzecia z kolei grupa to lekarze uzupełniający wiedzę, żeby ją mieć i w miarę możliwości wykorzystać dla swoich własnych przedsięwzięć biznesowych. Zyski z posiadanej wiedzy nie przekładają się tu tak bezpośrednio na różne profity. Faktem jest, że i ta grupa po zakończeniu nauki także odczuwa wyraźną poprawę statusu materialnego. Choćby poprzez koniec odliczania kosztów swoich studiów od dochodów osobistych. Tak, to jedyna grupa, która nie może wpisać w koszty wydatków związanych z nauką, dojazdami, noclegami, wyżywieniem.

Profesor Włodzimierz Kluciński wręczał dyplomy w świetle audytoryjnych jupiterów i błyskających z sali fleszy aparatów fotograficznych. Co zaradniejsi absolwenci osobiście zadbali o uwiecznienie uroczystej chwili. Różnie to z tymi zdjęciami wychodzi. Niektórzy będą mieli piękne pamiątki, a inni będą mówić – o ten gość, co stoi plecami do aparatu – to ja! A ci całkiem zasłonięci – to profesorowie. Jednak co pamiątka, to pamiątka. Raz bardziej, innym razem mniej czytelna i zrozumiała. Najważniejsze, że osobista, niezakłócona i niesprofanowana obecnością jakichkolwiek mediów weterynaryjnych, czy innych. Intymna chwila. Wręczanie odbywa się w sposób uroczysty, mimo dużej ilości absolwentów dla każdego znajduje się kilka ciepłych słów ze strony Komisji.

Mnie najbardziej podczas tego święta interesowało – w jaki sposób ten symboliczny dzień przełoży się na rozwój naszego zawodu. Pewną przenośnię, porównanie nasunęła mi obserwacja jednego z lekarzy z zapałem fotografującego wręczanie dyplomów. Wspomniany kolega posługiwał się lustrzanką z dość pokaźnym obiektywem, co na wszystkich obserwatorach robiło odpowiednio dobre wrażenie. Klasa aparatu mówiła sama za siebie. Niemniej fotograf robił zdjęcia prawie z końca sali, posługując się wbudowaną lampą błyskową. Nieco uważniejszy obserwator mógł zauważyć, że gość przybierając wdzięczne pozy podpatrzone u zawodowych fotografików – zasłania palcami to flesz, to obiektyw. Najbardziej mi się podobało, jak flesz błyskał prosto w efektownie wysunięte nad obiektywem pale, a gość cieszył się, że widzi oślepiający go błysk, co niewątpliwie było dla niego dowodem właściwie zrobionego zdjęcia. Każdy amator, który zrobił choć kilka zdjęć z lampą błyskową wie, że skuteczny zasięg „kitowego” (czyli wbudowanego) flesza wynosi około pięciu metrów. Automatyka aparatu nastawionego na zdjęcia z lampą błyskową spowoduje, że efektywny zasięg zdjęcia wyniesie wspomniane wcześniej pięć metrów, natomiast dalszy plan pozostanie za kurtyną ciemności. Oczywiście, specjaliści – wiedzą, jak sobie z tym poradzić. Niemniej to trzeba wiedzieć, albo – zwyczajnie pamiętać o tym.

I właśnie taka jest ta nasza weterynaria. Weterynaria jest narzędziem do uzyskiwania określonych społecznie istotnych celów. Odbywa się to przy pomocy rozmaitych „aparatów”. Są „głuptaki”, zautomatyzowane, gdzie wystarczy tylko nacisnąć, a „wyjdzie” zdjęcie. Są też zaawansowane aparaty, gdzie posługujemy się trybem półautomatycznym, lub wręcz manualnym. To wyższa kasta, specjalizacja. Jakie są więc wymagania wobec lekarzy weterynarii? Zazwyczaj Inspekcja bazuje na bardziej, lub mniej zaawansowanej automatyce. Ze statystycznego punku widzenia – najzupełniej prawidłowo. Automatem, lub według punktów instrukcji – każdy zrobi zdjęcie. Zrobi je nawet ktoś, kto pierwszy raz ma do czynienia z tematem, absolutny amator. Wystarczy, żeby tylko przestrzegał kolejnych punktów.

Instrukcje, automatyka - nie znajdują poważania u specjalistów. Są nawet maniakalni koneserzy uznający wyłącznie funkcje manualne w aparatach, skrajnie zindywidualizowane podejście do tematu. Praca takiego fachowca stanowi majstersztyk. Nie umywają się do niej jakiekolwiek próby działań prowadzonych na skalę masową. Instrukcja, schemat? Nie! Pozostaje kwestia nakładu wiedzy, pracy na tak wykonywane dzieło. Ta kwestia powoduje wielką popularność automatyzmów postępowania. Działania odbywające się ściśle według określonej reguły są obarczone licznymi błędami, niemniej jest tych błędów dużo mniej, niż popełni fotograficzny abnegat aparatem pozbawionym automatyki. A jak natomiast będzie posługiwał się automatem specjalista? Nie będzie to szczyt możliwości, niemniej zawsze lepiej niż ktoś nieposiadający odpowiedniej wiedzy. Prawdą jest też, że ciągle korzystanie z wygodnych rozwiązań prowadzi do zaniku wyuczonej wiedzy.

Tak samo jest z naszymi specjalistami. Podaż specjalistów jest w ci u nas ogromna. Szkolenie od lat dziewięćdziesiątych ukończyło cztery aż tysiące lekarzy! W jaki sposób społeczeństwo, nasz zawód jest w stanie wykorzystać ten potencjał? Powiedziałbym, że większość tego potencjału idzie na zmarnowanie. Podobnie, jak nieużywanie narządów prowadzi do ich zaniku, tak i nieużywana wiedza „ulatnia się” w niesłychanie szybkim tempie. Prawdą jest, że w razie potrzeby taką wiedzę daje się szybko odrestaurować, ale to nie to samo… nijako „na półkach”, niczym te zaawansowane aparaty – spoczywa wielu lekarzy specjalistów. Początkowo „działają” w nich wszystkie nastawy, wiadomości, jakie wynieśli ze studiów podyplomowych. Po kilku latach – zostają dyplomy, automatyzm działań, związanego nie z kierunkiem specjalizacji, a z człowieczym losem.

Czy warto? Czy warto poświęcać czas, pieniądze? Najwyraźniej warto! Świadczy o tym ilość dokształcających się lekarzy. Nie wszyscy robią to dla konkretnych korzyści. Wielu traktuje te dorosłe studia jako swoisty trening umysłu, „podładowanie akumulatorów”. Dla niektórych jest to ciekawa przygoda.

Naukowcy najwyraźniej doszli do wniosku, że pora na pewne zmiany. My chyba też. Mówi się o wprowadzeniu drugiego stopnia specjalizacji. Mówi się (od kilku lat zresztą) o kształceniu ustawicznym, któremu będzie podlegać każdy lekarz weterynarii. Uczelnie pracują pełną parą. Kształcą kadrę nie oglądając się na potrzeby, nie patrząc na ostro malejącą ilość gospodarstw hodowlanych, zmianę struktury hodowli. Dzieje się to na zasadzie opinii, że każda wiedza do czegoś się przyda. Jest też wielu chętnych do noszenia zaszczytnego i dość ekskluzywnego tytułu lekarza weterynarii. Chcą być lekarzami za wszelką cenę, nawet choćby w przyszłości nigdy nie mieli leczyć zwierząt. Przypominamy nieco długaśne półki z aparatami fotograficznymi w „Mediamarkcie”. Każda stwora czeka na swego amatora, a jak go nie znajdzie – dalej czeka. Aż zerdzewieje, aż pozostaną wyblakłe wspomnienia o skończonych kiedyś studiach. Teraz wyjaśnia się, czemu napisałem, że uzyskanie specjalizacji to intymny moment.

Nawiązując do wypowiedzi „naszego” ministra – kadrę mamy wykształconą. Kwestią umowną pozostaje sposób jej wykorzystania. Ani rolnicy, ani ministerstwo nie są zainteresowani wykorzystaniem unikalnych kwalifikacji, jakie posiadamy. Nasi klienci wybierają „bezpieczny” zakres wykorzystania lekarzy. Zakres oparty na instrukcjach, odwiecznie przewidywalnych działaniach. Według instrukcji każdy potrafi działać, każdego da się skontrolować. Cóż z tego, że wielu lekarzy umie więcej? Jak długo pamiętają o wyuczonych niuansach trwając w procedurach odpchlania psów? Rozmawiałem z kilkoma specjalistami. Są to lekarze codziennie „stojący na taśmie” w zakładach mięsnych, wyłącznie pobierający krew do badań monitoringowych, lekarze na okrągło sterylizujący kotki w schroniskach dla zwierząt.

Czy specjalizacje to nie zamach motyką na księżyc? I tak i nie. Wielu z nas chce podeptać trochę marmurowe posadzki, parkiety, żeby choćby na chwilę zapomnieć o standardowym podłożu przewidzianym dla zwykłych deptaczy gnoju.

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.