Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Pospolite ruszenie" - Zbigniew Kowalski

2008/11/24 18:42:24


Pospolite ruszenie.

Parę dni temu listonosz przyniósł mi Życie Weterynaryjne. Czytałem, czytałem .... i przeczytałem.

Moją szczególną uwagę zwróciło sprawozdanie z 19 posiedzenia KRL-W z dnia 1-2 września, a w w nim wypowiedź doktora Związka na temat jego wizji funkcjonowania teraz i w przyszłości całej Inspekcji. Muszę stwierdzić, ze nie napawa to zbytnim optymizmem co do losów wszystkich urzędowych lekarzy weterynarii pozostających na garnuszku owej instytucji. Dotyczy to głównie lekarzy badających mięso, mających tylko to jedyne źródło dochodu. W nie lepszej sytuacji będą również ci, którzy obecnie utrzymują się głównie z zadań zleconych. Rysujący się spadek pogłowia bydła i świń i związany z tym brak zgłoszeń do chorych zwierząt coraz bardziej przybliża nieuchronne zamykanie licznych wiejskich praktyk, już obecnie wiążących ledwo koniec z końcem.

Co dalej? Czy w dalszym ciągu trzymać się kurczowo Inspekcji? Czy może powoli zacząć przestawiać się na inne formy i kierunki działalności? Jak zabezpieczyć sobie przyszłość.

Z ostatnich wydarzeń, coraz wyraźniej widać, że los prywatnie praktykujących lekarzy jest zupełnie obojętny dla GIW-u, czy też Departamentu. Poza frazesami typu: myślimy o was, chcemy wam pomóc, rozmawiamy, dyskutujemy w powołanych komisjach itp. nic poza tym się nie dzieje.

Nikt nie chce słuchać o beznadziejnej sytuacji większości wiejskich lecznic. Wynagrodzenia otrzymywane z tytułu umów zleceń, nie pokrywają wydatków związanych z utrzymaniem wiejskich ZLZ. Skrajnie liberalna polityka w zakresie obrotu lekami weterynaryjnymi, doprowadziła do całkowitego załamania rynku usług weterynaryjnych. W większości wiejskich ZLZ-ach wykonywane usługi w formie faktycznego leczenia zwierząt gospodarskich, sięgają zaledwie kilkunastu procent. Pozostała część to sprzedaż pasz, akcesoriów zootechnicznych i karm, leczenie i profilaktyka zwierząt towarzyszących . Godziny otwarcia wiejskich gabinetów są fikcją, są one stale zamknięte z powodu pracy wykonywanej poza zakładem.

Wszyscy krążymy w jakimś zamkniętym kręgu , z którego nie ma wyjścia. Wpadliśmy w pułapkę całkowitego uzależnienia się od garnuszka Inspekcji, mamy tylko dwa wyjścia: liczyć na jałmużnę ze strony Inspekcji podpisując z nimi umowę, konsekwencją tego jest zamknięcie naszych ZLZ na okres 8 m-cy, lub praca po 12-14 godzin, bez wolnych sobót, niedziel i świąt, a często także w nocy, narażając się na utratę swojego zdrowia fizycznego i psychicznego, doprowadzamy jakże często do konfliktów w naszych rodzinach, kończących się rozbiciem rodzin.

Drugim wyjściem jest zmiana profilu naszej działalności, lub całkowita rezygnacja z prowadzenia działalności weterynaryjnej. I taka sytuacja występuje coraz częściej, widać to choćby po ilości absolwentów podejmujących pracę w wyuczonym zawodzie, 95 % deklaruje chęć pracy tylko przy małych zwierzętach, a z pozostałych 5% zostaje na wsi zaledwie 1-2%.

Innym problemem jest zdecydowana feminizacja naszego zawodu, która jeszcze bardziej pogłębia kryzys wiejskiej weterynarii.

To jest tylko wierzchołek góry lodowej. Problemów jest dużo, dużo więcej.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego polityka prowadzona przez Departament Bezpieczeństwa Żywności i Weterynarii, łącznie z GIW-em, jest tak krótkowzroczna? Całość tej polityki opiera się przede wszystkim na tzw. pospolitym ruszeniu, wykorzystując do maksimum pauperyzację wiejskiej weterynarii, wykorzystując ubezwłasnowolnienie większej części pozostałych resztek prywatnej praktyki, poprzez stwarzanie iluzji pozornego komfortu posiadania stałej pracy w ubojniach, łączonej najczęściej z posiadaniem gabinetu. Czy taki stan rzeczy będzie trwał wiecznie?

Na pewno nie! Już widać zbierające się chmury nadciągającego kryzysu nad mniejszymi ubojniami, dającymi główne zatrudnienie dla niemałej rzeszy członków naszej korporacji. Już teraz coraz liczniej w tych zakładach jest ograniczany ubój, zwalniani pracownicy. Czy wystarczy dla nas pracy? Ilu zostanie? Ile to będzie godzin? W zamyśle Inspekcji, zresztą zgodnie z wytycznymi unijnymi, jest zastąpienie w małych ubojniach, badających lekarzy weterynarii średnim personelem, nad którym nadzór będzie tylko pełnił inspektor z doskoku. W monitoringu bydła też są podobne plany zastąpienia pobierania krwi w kierunku brucelozy badaniem próby mleka..

Za rok,dwa po uwolnieniu kraju od EBB zostanie badanie 1/3 pogłowia w ciągu roku. Jak widać front zadań kurczy się bardzo szybko. Ktoś powie, zgoda, ale przecież wchodzą nowe zadania, np monitoring Aujeszk,y, salmonellozy drobiu,świń, bydła, pozostaną szczątkowe badania bydła, zawsze coś będzie do roboty.

Tak, ale czy będę chętni?

Już dzisiaj coraz bardziej słychać głosy, że ten cały monitoring Aujeszk,y jest niezapłacony. Że wkład pracy, czasu, włożonego wysiłku jest nieadekwatny do osiąganego wynagrodzenia. Że stosowany cennik jest oderwany od rzeczywistości i w większości nie pokrywa kosztów włożonej pracy. Badanie mięsa na użytek własny, monitoring w pustych stadach, czas poświęcany na dowóz prób, pobieranie prób kału w stadach drobiu. To wszystko jest robione w czynie społecznym, to jest praca niezapłacona. tym wszyscy wiedzą doskonale, ale nikt nie chce ruszyć nawet palcem, by coś zmienić. Wydaje mi się, ze Departament i GIW żyje w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości panującej tu na dole, dla nich nasze problemy są zupełnie nieistotne, rzekłbym banalne. Wszystkie czynności, które są nam zlecane dla nich są jak pstrykniecie palcami, ot tak bez wysiłku, czy określonego czasu. Wszystko odbierane jest przez pryzmat zapisanego papierka tabelkami, cyferkami, czy przystawianymi pieczątkami. Tylko to się liczy dla ludzi, którzy coraz częściej zajmują określone stanowiska bez zaliczonego stażu w terenie, po ukończonych wymaganych studiach specjalizacyjnych, które pozbawione jakiejkolwiek praktyki, przygotowują tylko do pełnienia roli urzędnika.

Dla nich zupełnie normalna jest cena 11 zł za badanie metodą wytrawiania próbki mięsa świni na którą trzeba poświecić około 3 godz, normalna jest cena 15 zł od próby krwi w czasie badania monitoringowego świń w kierunku pomoru, kiedy na pobranie w 6-8 gospodarstwach trzeba poświecić dosłownie cały dzień i jeszcze dowieźć je pod wskazany adres.

Rozporządzenia pisane na życzenie lobbujących stron, mające na celu maksymalne uproszczenie przepisów, okazują się zupełnie nie przystosowane do rzeczywistości panującej tam na dole. Powoduje to stwarzanie fikcji, która co rusz jest bezlitośnie obnażana w mediach, wystawiając na szwank dobre imię zawodu lekarza weterynarii. Zakładanie klapek na oczy, puszczanie perskiego oka, to są nieodzowne elementy naszej pracy. Do tego dochodzą jeszcze trudności w prawidłowej interpretacji przepisów, powodujące że w każdym powiecie, województwie, ta same zagadnienia interpretowane są w odmienny sposób.

Do dzisiaj nie można w prosty sposób zdefiniować obrotu detalicznego środkami leczniczymi w ZLZ-ach, jedni toną w stosach papierów, a inni bez skrupułów handlują lekami na lewo i prawo, podpisując jakieś fikcyjne „nadzory nad gospodarstwami” z rolnikami. Także do dzisiaj, do już obowiązujących rozporządzeń o kategoriach dostępności stosowania poszczególnych leków brakuje załączników, które i jakie leki do jakiej kategorii zaliczyć.

To my na dole borykamy się z tymi problemami, problemami, których nie powinno być w ogóle, każdy przepis powinien być jasny przejrzysty od początku do końca, tak aby nie było możliwości robienia takich przekrętów jak ten z cielakami. To nie tylko ten jeden lekarz był winien, tu jest winien cały system legislacyjny, zlikwidowanie nadzoru nad obrotem zwierząt na spędach i znowu zbyt niskie opłaty za wystawianie świadectw dopuszczających zwierzęta do obrotu.W dzisiejszych czasach, kiedy wszystko jest mierzone, ważone w pieniądzu, im mniejsza cena, tym bardziej lekceważone jest prawo i jego egzekwowanie.

Zbliża się koniec roku. Pospolite ruszenie zaczyna podsumowywać pieniądze zarobione na akcji pobierania krwi. Czy ci, co zrezygnowali z podstawowej działalności weterynaryjnej na rzecz monitoringu Aujeszk'y, zarobili przez te pół roku aż tyle, że mogliby z czystym sumieniem powiedzieć, że złapali kurę znosząca złote jajko? Co pozostało po odliczeniu ZUS-u, podatku i innych stałych świadczeń. Czy jest to suma pozwalająca na rozwój swojego ZLZ-u, zakup nowego samochodu, sprzętu do gabinetu?

Czy wystarczyła tylko na wiązanie końca z końcem?

Moje minimalne stałe koszty utrzymania przy życiu mojego gabinetu to 2000 zł. Ile w miesiącu musiałbym pobrać próbek, aby je opłacić? Według pobieżnego liczenia jest 400 - 450 próbek. Zakładając średnio 8-10 próbek na godzinę, to jest 50 -56 godzin pracy. Przeznaczając na akcję dziennie 6 godz, to jest 9-10 dni roboczych łącznie z pustymi stadami i dowozem prób. Połowa miesiąca pracy! Oczywiście tam na górze zza biurka widać to inaczej. Bardzo różowo. A to świadczy o kompletnym braku poczucia rzeczywistości, o pojęciu prowadzenia jakiejkolwiek działalności gospodarczej. To nie jest gospodarstwo rolne, bez podatków, ZUS-u, księgowości!

Niektórzy pracownicy inspekcyjni nie wyobrażają sobie, ile naprawdę kosztuje ich etat pracy w ciągu roku, zapewniam was, że gdybyście pobierali krew nieustannie przez 8 godz dziennie, to nie wystarczyłoby to na pokrycie kosztów utrzymania etatu. Ja, czy ktokolwiek inny , aby zarobić miesięcznie 3500 zł na czysto, pracuję do 300 godz. miesięcznie, nie mam wolnych sobót, a czasami i niedziel, mój urlop to jest parę kradzionych dni w roku. I najczęściej zmuszony jestem wyjechać z domu, lub wyłączyć w tym czasie wszystkie telefony.

Śledzę dosyć uważnie wszystkie wyczyny legislacyjne w ciągu ostatnich paru lat i z przykrością stwierdzam, że wszystko odbywa się na zasadzie nieustannego dogadzania określonej grupie ludzi, aby lobbystom branży hodowlanej, mięsnej żyło się słodko, dostatnio i przyjemnie, aby te nasze, wykonywane przez lekarzy urzędowych, nadzory, kontrole pasz, dobrostanów, badanie mięsa, były jak najmniej dokuczliwe i stresujące dla rolnika. Pieniądze znajduje się dla tzw. „łapaczy” po to, aby czasem hodowca nie nadwyrężył sobie rączek przy pomocy, a dla nas już nie ma. Likwiduje nadzory nad obrotem zwierząt, nad spędami po to, aby pośrednicy w handlu zwierzętami mogli robić jeszcze większe przekręty. To są tylko niektóre z nich.

Dla nas nie ma pieniędzy, bo nasze ceny są już i tak „kosmiczne”.

Departament i GIW musi sobie w końcu uświadomić tę jedną podstawową zasadę, że wszystkie sukcesy w zwalczaniu chorób zakaźnych i zaraźliwych zawdzięczają przede wszystkim nam, zwykłym deptaczom gnoju.

To my jesteśmy solą naszego zawodu!

Bez nas nie zrealizujecie żadnej akcji masowej. Powinniście bezwzględnie dążyć do tego, aby gminne ZLZ były prężnymi nowoczesnymi placówkami, najmniejszymi ogniwami w terenie, które będą w stanie zrealizować wszystkie wasze zamierzenia i nadzory.

Nie można tego wszystkiego opierać na pospolitym ruszeniu, to jest bardzo krótkowzroczna polityka, która prowadzi donikąd, a w zasadzie do zniszczenia weterynarii.

Czy tego tam na górze nie widać?

Mam taką cichą nadzieję, że wbrew powszechnej opinii panującej na dole, nowy Główny Lekarz Weterynarii spojrzy zupełnie innym okiem na nasze problemy. Problemy wynikające głównie z prozaicznej przyczyny, braku pieniędzy na doinwestowanie naszych miejsc pracy. Spojrzy zupełnie inaczej na cennik i na zawarte w nim stawki, które są jałmużną . Ta drogą daleko się nie zajedzie. Czasami warto zmienić towarzystwo, doradców i po prostu wrócić do korzeni.

Twórzmy armię zawodową, nie pospolite ruszenie!

Consensus facit legem – tylko zgoda tworzy prawo, dobre prawo

De maiore et monore non variant iura – prawa nie zmieniają się w zależności od większego lub mniejszego znaczenia osoby / lub grupy osób/

Ubi ius incertum, ibi ius nullum – gdzie prawo jest niepewne, tam nie panuje żadne prawo

Czy to tak trudno u nas zastosować?

Zbigniew Kowalski

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.