Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Quo vadis weterynario ? "- Włodek Szczerbiak

2008/12/18 23:50:46


- Wiesz, Włodek w laboratoriach lekarze weterynarii mają pewien zgryz związany z płaceniem składek na rzecz Izby – zagaiła Urszula, którą właśnie poznałem podczas „Imprezy Integracyjnej”.
- Za wysokie składki?
- To nie jest najgorsze. Chodzi o to, że w laboratorium, żeby pracować na etacie lekarza weterynarii – musimy płacić składki.
- To chyba jasne, nieprawdaż?
- No nie do końca. Na identycznych stanowiskach, z powodu braku lekarzy są zatrudniani ludzie o najrozmaitszych kwalifikacjach. Trafiają się biolodzy, rolnicy, zootechnicy.
- Domyślam się, słyszałem o brakach kadrowych.
- I ci ludzie wcale nie muszą płacić składek, mimo że często pracują na takich samych etatach jak lekarze!
- Może to i niesprawiedliwe…
- Słuchaj dalej! Właśnie moją przełożoną została pani magister po biologii i twierdzi, że nie interesują jej nasze problemy związane z istnieniem Izby!
- Poruszyłaś bardzo szeroki temat. Czy wiesz, że w inspektoratach też coraz więcej etatów przejmują ludzie spoza zawodu? Nadzór nad paszami, IRZ – tu dopuszczalne jest zatrudnianie magistrów zootechniki, rolnictwa. Oni też nie płacą składek, a pełnią funkcje kontrolne przewidziane dla weterynarii.
- Czyli weterynaria schodzi na psy? Tyle zrobiliście dla zachowania status quo Inspekcji, a okazuje się, że było to psu na budę? Ta cała walka o własną inspekcję, a nie o jakiś zlepek złożony z kilku pomniejszych poszła na marne?
- I właśnie dlatego weterynaria, która ma do czynienia ze zwierzętami – jak mówisz – schodzi na psy. Tam na razie urzędnicy jeszcze nie dotarli ze swoimi mackami, chociaż bardzo się starają. To jest nisza, gdzie można zająć się leczeniem bez obaw, że ktoś stoi za tobą z notatnikiem i zapisuje każdy twój ruch.

Za parę dni kolejny obrazek. W Warszawie, podczas zebrania Komisji do spraw Prywatnej Praktyki mówiliśmy o wielu rzeczach. Sam uczestniczyłem w zebraniu przez prawie dziewięć godzin. Nikt nie stenografował, chociaż z dyskusji wyłoniło się sporo problemów do przedstawienia następnego dnia, podczas obrad Rady Krajowej.
- Aujeszka! Tu będziemy mieli problem z kolczykowaniem świń w trzecim próbobraniu. Ministerstwo nie ma przewidzianych rozwiązań dla tego problemu – zaczął Jacek.
- Inspekcja powołuje się niby na przepisy zmuszające rolników do oznakowania zwierząt, ale ustawa mówi o oznakowaniu najpóźniej w chwili opuszczania gospodarstwa, a my będziemy potrzebowali zidentyfikować poszczególne sztuki od których pobraliśmy krew – Tomkowi najwyraźniej problem też nie jest obcy.
- Ja słyszałem o kilku alternatywach dla rozwiązania tego zagadnienia. Po pierwsze – znakowanie przez lekarzy podczas pobierania krwi. Trwałe oznakowanie wiąże się z koniecznością zakupu kolczyków i ich założenia. Możemy to robić, ale wiąże się to z kosztami, najprawdopodobniej dla rolników. Przepisy nie przewidują tu jakichkolwiek innych rozwiązań. Były propozycje znakowania farbą, ale każdy wie, że farba często schodzi podczas przeganiania. Zanim się wyjdzie z kojca, już nie wiadomo które świniaki były badane. A na dodatek pisanie numerów? Strata czasu. Chyba, że jednorazowe kolczyki, jak kiedyś przy badaniach TBC.
- Oj tak, Tomku! Założyć taki kolczyk całkiem łatwo. Najgorzej z odczytem – zawołał Julek.
- A wiecie, co nas czeka podczas badań gruźliczych, białaczkowych u bydła na wiosnę? Będziemy bez fizelinowych kombinezoników, bez pomocników, zdani na przepis mówiący, że hodowca ma nas wyposażyć w czystą odzież ochronną na czas pobytu w oborze? Na chwilę zapanowało milczenie.

- O właśnie! Pomocnicy! Toż to cała szopka z tymi pomocnikami. Przy Aujeszki są, przy gruźlicy ich nie ma. A sposób płatności? Każdy powiat opiera się na innej interpretacji przepisów, a wszystko wiąże się z ogromnym zróżnicowaniem potrzeb w różnych województwach. Raz płacą po dwadzieścia złotych, innym razem po dziesięć! – przerwał ciszę Andrzej.
- Zauważ Andrzej, że jeszcze nie jest opracowany schemat rozliczania pomocników w wypadku zatrudnienia ich przez zakład leczniczy. Prawdopodobnie tu powstanie mnóstwo rozmaitych rozwiązań – wtrąciłem swoje trzy grosze.
- Do tego dochodzi nieuregulowana jeszcze kwestia podatku VAT – Andrzej nie dawał za wygraną – czy możemy się oprzeć na rozwiązaniach z dwa tysiące piątego roku?

- Dobrze, dobrze, proszę o ciszę! W ten sposób możemy dyskutować do rana i nie będziemy mieli żadnych ustaleń – Julek zabrał się za wprowadzenie porządku – Zrobimy trzy zespoły. Jeden do Aujeszki, drugi zajmie się wścieklizną, a trzeci reklamą i przepisami związanymi z czasem pracy lecznic. Reklamiarze idą obradować do kuchni, tu siadają wściekliznowcy, a za kolumną ekipa do Aujeszki. Za półtorej godziny podsumujemy wyniki i spiszemy na potrzeby jutrzejszego zebrania. Do roboty!

O osiemnastej przynieśli pizzę. Rzuciliśmy się do stołów i zanim panie z sekretariatu podały sztućce – spora część placków zniknęła w naszych przepastnych trzewiach. Po „obiedzie” przystąpiliśmy do podsumowania dyskusji i przelania jej wyników na papier w formie możliwej do przegłosowania przez Radę.

Nie poprzestanę na zebraniach, weźmy się za prasówkę. Zainteresował mnie artykuł profesora Henryka Lisa na temat 76 Sesji OIE. Stanowi on pewnego rodzaju odskocznię od naszych, lokalnych problemów. Otóż struktura zatrudnienia w światowej weterynarii jest dyktowana przez Chiny, gdzie jest to zawód upaństwowiony, a skupiający 326214 osób (52% lekarzy na świecie). Niemniej artykuł stwierdza, że światowa tendencja polega na prywatyzacji naszego zawodu, gdzie się tylko da. Prawie połowa usług weterynaryjnych na świecie jest wykonywana przez paraprofesjonalistów, osoby ze średnim, lub tylko podstawowym wykształceniem. Są kraje, gdzie pomocy udzielają posiadacze aptek, lub sklepów z farmaceutykami. Zastanawia mnie – w jakiej grupie mieści się Polska ze swoimi „hurtowniami”…

Publiczne wypowiedzi Prezesa Tadeusza Jakubowskiego i GLW Janusza Związka sugerują ciekawe przesunięcie biegunów zainteresowania urzędowej weterynarii w kierunku nadzorowania cross-compliance. Ba, pojawiają się propozycje odpowiedniego sprofilowania studiów. Gdy do tego dodam opinie doktora Aleksandra Borowieckiego skłaniającego się wręcz do tego, aby oddać co cesarskie – Cesarzowi, czyli Inspekcji, zasilenia jej w kadrę, silną etatyzację kosztem wyznaczeń – wyłania się bardzo odmienny od dotychczasowego obraz naszego zawodu.

Prawie dwa lata temu toczyliśmy nieomalże krwawe boje mające uratować nas przed Inspekcją Bezpieczeństwa Wszystkiego. Odnieśliśmy pozorne zwycięstwo, bo temat tworzenia konglomeratu upadł. Przy okazji były wybory, do władzy doszła nowa patria, w naszym ministerstwie zamiast Samoobrony mamy PSL. Przetasowania nie ominęły i niższych struktur. Ze stanowiska GLW odszedł najpierw doktor Jażdżewski, później doktor Ewa Lech, a nastał lekarz Janusz Związek, mieniący się być człowiekiem głębin weterynarii, znającym zawód od podszewki. Na ten temat zresztą był niedawno artykuł Jacka Sośnickiego. Wydaje się, że wiedza ustępuje pragmatyzmowi, potrzebie dokładnego wykonawstwa poleceń lobby rolniczego. Dość instruktywne potraktowanie naszych możliwości wprowadza „do zawodu” niejako „tylnymi drzwiami” coraz to nowych ludzi, niezwiązanych z nami wykształceniem, przynależnością izbową. Chyba też w końcu się wyjaśniło, czym ma być słynne kształcenie ustawiczne. Zdaje się, że będzie ono dotyczyć raczej lekarzy piastujących funkcje urzędowe, do nich będzie adresowane i bardzo możliwe, że refundowane przez zainteresowanego – czyli Inspekcję.

Oj, nie o to walczyliśmy i wcale nie chcieliśmy, żeby ktokolwiek rugował nas z lecznic, nie chcieliśmy też zostać policjantami, ani innymi urzędnikami. Inna sprawa, że może tak samo, jak za czasów socjalizmu; państwowy mecenat weterynaryjny spowoduje wśród rolników taki sam strach, jak kiedyś czyniła to możliwość niewypłacenia pełnego odszkodowania PZU. Może to i wyjdzie nam na dobre… Socjalizm, czy kapitalizm –wsio rawno! A może zamiana siekierki na kijek?

W weterynarii codziennie mniej weterynarii. Stajemy się jakimś urzędem do realizacji nadzoru nad HACCP, nad płatnościami bezpośrednimi, co zechciał nam w swoim felietonie właśnie przybliżyć nasz Prezes Izby Krajowej. Podczas zebrań walczymy o rozmaite detale, spieramy się ile ma kosztować obserwacja w kierunku wścieklizny, kto ma płacić składki. O co tak właściwie walczymy? Do czego jest nam potrzebna Izba? Kto ma w tej Izbie grać pierwsze skrzypce? Czy znowu się powtórzą problemy z uchwałami, których nie będą chcieli podpisywać prezesowie - członkowie Służby Cywilnej? Warto mieć w organach Izby lekarzy zatrudnionych na państwowym garnuszku, są bardziej zdyscyplinowani, niż my – z wolnej praktyki. Ich absencja podczas zebrań jest minimalna, przeciwnie do niezdyscyplinowanej wiary należącej do lekarzy wyznaczonych, lub prawie niereprezentowanych w Izbie lekarzy zwierząt towarzyszących, lekarzy z laboratoriów. Prywatni mają tylko jedną, pozornie drobną przewagę nad zdyscyplinowanymi pracownikami Inspekcji. Są wolni, mogą w każdej chwili wyrżnąć piąchą w stół. To jest ważki atut, także dla zniewolonych wiernopoddańczą ustawą o służbie - lekarzy inspekcyjnych.

Gdy będziemy zastanawiać się, jakiej chcemy weterynarii – czy policyjnej, zajmującej się mnóstwem kwestii administracyjnych narzuconych przez Brukselę – takiej, którą nam serwuje Kolega Janusz Związek, czy też weterynarii będącej na usługach drobnych hodowców, stanowiących w naszym kraju przynajmniej jeszcze dziś sól ziemi? Czy chcemy swoją osobą, jako lekarz weterynarii - wzbudzać strach o wypłatę unijnych dotacji, czy nadzieję na uratowanie chorych zwierząt? A może to jest kolej rzeczy, ten nowy trend, który ma nas, Europę wyróżnić od weterynarii reszty świata? Może pełna automatyka behawioru zwierząt, ich losu wplecionego ściśle w zębatą machinę biurowości stanowi przyszłość świata? Gdzie tkwi nadzieja? W Afryce? Azji, gdzie 87% gospodarstw liczy sobie po 3 – 4 ogony i to niezadługie? Czyżbyśmy tylko tam mieli jakieś szanse na uprawianie zawodu niezależnego od fermowych molochów, od wskaźników i wyznaczników? A może właśnie chcemy zacząć działać niczym procesory, zwyczajne scalaki? Czy to jest nasza przyszłość?

Nastała prawie zima, słońce pojawia się na nieboskłonie przez coraz krótszą część doby. Chmury niosące deszcz, a czasami śnieg, wszechogarniające zimno. Podobno depresja stanowi swego rodzaju reakcję na brak światła. Są nawet specjalne lampy poprawiające humor, a także i popęd. Abstrahując od czysto fizjologicznych reakcji na światło – opanował mnie minorowy nastrój. A może nie? Może to Adwent, czas skupienia, czas kiedy wszyscy powinni zwolnić, zastanowić się nad sensem tego, co robimy – jak kazał Ojciec Jerzy Brusiło podczas mszy w Kruszwicy?

Czy odrobiłem lekcje? W pędzie nie ustałem. Terminy gonią, nawet nie mam czasu iść, żeby kupić prezenty. Inna sprawa, że zastanawiać się – zastanawiałem, tylko czy udało mi się wyciągnąć właściwe wnioski? Jak z tymi przemyśleniami będę witał Wigilię, a później Nowy Rok? Mam cichą nadzieję, że zwyczajnie kraczę niczym Kasandra, a Gwiazdka z Nieba spadnie nam prosto w zziębnięte od strzykawek ręce.

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.