Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Prawdy i mity o działalności gospodarczej" - W.S.

2009/01/05 00:48:54


Prawdy i mity o działalności gospodarczej.

Ktoś w końcu musi się pierwszy odezwać w roku bieżącym. Niech to będę znowu ja, bo coś widzę cisza nam nastała. Ostatnio odbyłem kilka rozmów, które uzmysłowiły mi jak różne jest środowisko pracy lekarza weterynarii prowadzącego własny biznes od środowiska, w którym obraca się lekarz zatrudniony. Siłą rzeczy prywatna praktyka utrzymuje się wyłącznie wtedy, gdy jej pracę można w miarę dobrze sprzedać. Tak samo, jak przy hodowli zwierząt wyznacznikiem sukcesu hodowcy nie jest posługiwanie się najnowszymi osiągnięciami zootechniki, weterynarii. Wyznacznikiem sukcesu w takiej działalności jest po pierwsze – pieniądz. Mieliśmy doskonały przykład, jak to w ubiegłym roku miernikiem dochodu z produkcji trzody chlewnej okazała się nie ilość prosiąt uzyskanych od jednej maciory, lecz relacja pomiędzy kosztem paszy, a ceną skupu. Tak samo dzieje się w lecznicach, podstawą jest umiejętność i możliwość sprzedania wytwarzanego przez nie produktu. Sama podaż, bez popytu stanowi „krótką ścieżkę” do bankructwa.

W grudniu weszły w życie nowe zasady rozliczania się pomiędzy zakładami leczniczymi, a inspekcją. Spowodowało to pewien wzrost zainteresowania kwestiami ekonomiki takich zakładzików ze strony decydentów weterynaryjnych. Pojawiły się nowe opinie na temat podatku VAT, wykorzystywania zatrudnionych w lecznicach lekarzy. Ja te zasłyszane z kilku źródeł opinie uważam za mity wynikające z niedokładnego przeanalizowania zagadnienia. Stało się nieomalże hasłem powiedzenie, którym szermowano w Komisjach Sejmowych, twierdzące, że podatek VAT nie jest podatkiem fiskalnym, że jest chyba czymś w rodzaju pogłaskania po główce. Skoro podatek naliczony jest równoważony przez podatek należny – wychodzi na zero. Wierutna bzdura! Ktoś, coś najwyraźniej źle zrozumiał!

VAT z założenia jest podatkiem, narzędziem fiskalnym. Podatek ten nosi kilka różnych nazw. Niemniej dla wyjaśnienia w czym rzecz pozwolę sobie posłużyć się nazwą; podatek od wartości dodanej. Wartość dodana jest to zysk, albo różnica pomiędzy kosztem zakupu, a przychodem ze sprzedaży, czyli te widełki stanowiące o faktycznym zarobku. I właśnie te widełki są opodatkowane według określonej skali, najczęściej 22%, rzadziej w mniejszej, tak zwanej stawce preferencyjnej. Te dwadzieścia dwa, albo siedem procent trzeba zapłacić zawsze, jeżeli tylko wystąpi wartość dodana, czyli zysk przedsiębiorcy. Wszelkie przepisy, wzory wyliczeń dotyczące arytmetycznych metod uzyskania kwoty odprowadzanej do fiskusa stanowią jedynie pomocniczą, wykonawczą machinerię podległą podstawowej regule – podatek ma być płacony.

Mówią, że jak się kupi tuberkulinę za dziesięć złotych i sprzeda za dziesięć – to podatek należny z podatkiem naliczonym się bilansuje na zero. Owszem, taka jest mechanika tego wynalazku. Proszę jednak zwrócić uwagę, że w tym konkretnym wypadku wspomniana wcześniej „wartość dodana” wynosi – nic, zero. Od zera rzeczywiście nie da się zapłacić podatku, chociaż… Tak, w początkach, gdy tylko VAT był wprowadzany gorliwi urzędnicy żądali, żeby każda transakcja przynosiła tą „wartość dodaną”. Pod groźbą surowych kar nie wolno było sprzedać taniej, ani po cenie zakupu. Nie wiem dokładnie, jak jest teraz, czy nadgorliwość uległa stępieniu, ale myślę, że zwyczajnie pojawiły się bardziej wyrafinowane mechanizmy. Czyli, gdy sprzedamy towar opodatkowany stawką 22 – od zysku (wartości dodanej), po wykonaniu odpowiednich przeliczeń pomiędzy podatkiem należnym, a naliczonym – otrzymujemy w końcu do zapłacenia te 22% od zysku. Tak się dzieje przy sprzedaży artykułu handlowego. Natomiast przy usłudze, przy wytworzeniu jakiegoś dobra – praktycznie całość takiej usługi stanowi wartość dodaną! I tak w momencie, gdyby lecznica prowadziła handelek lekami, paszą czy spinkami do mankietów – płaci podatek od różnicy pomiędzy sprzedażą, a zakupem. Przy dużym obrocie i marży – podatek jest duży. Natomiast w chwili, gdy w lecznicy świadczymy usługę – podatek do zapłacenia pochodzi od calutkiej kwoty pobranej z usługi. Oczywiście, po opodatkowaniu „nierodzącym skutków fiskalnych” podatkiem VAT przychodzi pozostałą kwotę opodatkować podatkiem dochodowym.

Nie czas i miejsce, żeby wgłębiać się w szczegóły w postaci kosztów typu ogrzewanie, telefon. To są rzeczy biorące udział w wytworzeniu wartości dodanej i są odpowiednio do tego przeliczane. Chciałem wyłącznie zwrócić uwagę na fakt, że ów „nierodzący skutków fiskalnych” podatek, w wypadku usług – jest podatkiem fiskalnym. Nieprawdą jest, że w gdy otrzymam za wyznaczenie trzy tysiące złotych – to siedem procent z tego wprowadzę sobie do rachmaszynki i podatek mi sam zniknie. Będzie dokładnie tak, że do podatku, jaki miałem do zapłacenia od normalnej działalności mojego zakładu (który czasem jednak przynosi zyski) – trzeba dołożyć jeszcze te powiedzmy siedem procent podatku od kwoty trzy tysiące. Te 196,27zł – muszę zapłacić! Tak, czy inaczej. No, może gdyby przy jakimś szczególnym układzie okazało się, że ku nagłemu zaciekawieni urzędu skarbowego – wyszedł mi z działalności zakładu podatek ujemny, do zwrotu (powiedzmy kupiłem sobie do lecznicy siedemdziesięciocalowy telewizor) – wtedy podatek z wyznaczenia może zbilansować się z podatkiem VAT z lecznicy na zero, a może i nawet w dół. Ale te dwieście złotych oddam państwu czy to w postaci czystego pieniądza, czy to w postaci nieotrzymania przysługującego mi na jakichś zasadach zwrotu podatku.

Druga sprawa. Byłem i zbudowany i zbulwersowany opinią lekarza weterynarii administrującego inspekcją. Bardzo zbudowało mnie to, że wspomniany lekarz powiedział coś tak:
- „Nie pozwolę, żeby kierownik czy właściciel lecznicy odbierał pieniądze z wyznaczenia lekarzowi urzędowemu. Inni jak sobie chcą, ale ja czuję solidarność z każdą koleżanką, kolega w zawodzie!. Pieniądze te należą się nie pracodawcy, a wykonującemu badanie bydła, świń”.

Trąby anielskie zagrały mi koło uszu, ale nie mogłem w żaden sposób zripostować, widząc święte oburzenie niesprawiedliwością, moją osobą, zakałą doborowego towarzystwa, członkiem Medicusa. Medicus – zdaniem niektórych jest przeciw lekarzom wyznaczanym przez inspekcję, a nawet przeciw samej inspekcji, trzyma wyłącznie stronę wyzyskiwaczy i burżujów! Piękny to i oparty na swoistej ekonomii pogląd. Oparty na jedynej słusznej ekonomii, której zresztą byłem uczony podczas studiów. Czasy się zmieniły, ekonomia socjalizmu straciła swój blichtr, a jej osady najwyraźniej do dziś zbierają swoje żniwo.

Mit! Kolejny mit! Zakładając, że ja zdecyduję się zaryzykować utratę części praktyki i zatrudnię sobie lekarza weterynarii – będę musiał zapewnić miejsce pracy nie tylko w sensie znalezienia tej pracy, ale też jakiś stołek, miednicę z zimną wodą, proszek IXI i żwirek do mycia rąk, szmatę do wycierania. Myślę, że będę też musiał pomyśleć nawet o kozie na szyszki, do ogrzewania i o wielu innych normalnie całkiem zbędnych luksusach. A to są koszty! Ponadto, będę musiał już całkiem wbrew sobie płacić za pracownika podatek ZUS, dochodowy. W zamian oczekuję, że mój pracownik będzie mi ściągał z nieba gwiazdki. Chyba tak się umawiamy z pracownikiem? Ja płacę, on pracuje, prawda?

I gdzie tu miejsce dla Inspekcji? Ano właśnie. Wbrew pozorom, wbrew opinii niektórych lekarzy, być może wykształconych w oparciu o jedynie słuszną ekonomię – właśnie Medicus, na przekór kłodom rzucanym przez lekarzy „dbających” o interes lekarza wyznaczonego znalazł i otworzył furtkę dla inspekcji. Furtkę? Bramę? Portal! Proszę się jeszcze nie denerwować, zaraz wyjaśnię, gdzie jest ta brama.

Wejdźmy do tego portalu tak; hipotetycznie przyjmijmy, że ja zatrudniam lekarza. Ponoszę w związku z tym koszty, oczekuję wykonania konkretnej pracy. Inspekcja do tej pory mogła wyznaczyć mojego pracownika do rozmaitych czynności, niejako wyrywając mi go z lecznicy. Jakoś nie widzę mojego pracownika, który po osiemnastej jedzie w teren pobierać krew dla inspekcji i jest tak superwydajny, jak życzy sobie tego Minister Sawicki - za wymyślone kilka lat temu stawki. Może zdecyduję się na układ, że pozwolę swojemu pracownikowi za jakieś szczególne, nam tylko wiadome zasługi – wykonywać czynności z wyznaczenia w godzinach pracy. Co się dzieje wtedy? Raz – pracownik nie przynosi mi jakiegokolwiek dochodu, nie wykonuje dla mnie żadnej pracy. Dwa płacę ZUS, pensję, za wodę do miednicy i używanie sławojki. Też mi interes.

W momencie, kiedy za czynności wykonywane przez pracownika otrzymuje pieniądze moja firma – nadal ponoszę identyczne koszty utrzymania pracownika, ale te koszty są zrefundowane. Pracownik może wykonywać czynności z wyznaczenia w godzinach pracy, bo nie jest wyłącznie dziurą w skarpecie. Ba! Jeżeli dobrze trafiłem – mój pracownik może zarobić więcej niż kosztuje mnie to utrzymanie! I tu rzeczywiście – mogę albo zapłacić godziwie, całą należność po potrąceniu kosztów, albo coś skubnąć dla siebie „za ochronę”. Wszystko zależy kim jestem, kogo zatrudniłem i tak dalej. To są jednak szczegóły. Przejaskrawiłem? Ale to dla dobra sprawy. Zawsze przy podwyższonej kontrastowości obraz łatwiej dociera do odpowiednio kompetentnych komórek. Niemniej, wracając do tematu - bardzo cieszę się, że lekarze tam, wysoko na górze przejawiają troskę o zwykłego deptacza gnoju. Trochę szkoda, że zabrakło jakiejś nici porozumienia. Zrozumienia. Zanim wypowiemy swoje racje – skaczemy do oczu. Za wcześnie przekazujemy sobie znak, który nie jest znakiem pokoju.

Ja też byłem wychowany w oparciu o jedynie słuszną ideologię. Też mnie razi nierówność społeczna. Najbardziej razi mnie, gdy ktoś z uporem lepszej sprawy stara się myśleć za mnie. Wiem, że jestem malkontentem, stawiam opór Władzy, która chce mojego dobra, a wszystko wie lepiej. Wie? Wie! A czemu wie? Bo – wie!

Irytuje mnie, że ta władza nie dopuszcza do siebie myśli, że ja mam też swój mały rozumek. Władza uważa się za jedynie słuszną wyrocznię. A podobno mamy demokrację, jesteśmy co najmniej tak samo równi, jak kiedyś, kiedy miłościwie panowała nam klasa pracująca.

Każdy, kto zasiadł na odpowiednio wysokim krześle może się uważać za mądrzejszego niż ja. Poniekąd tak i jest! Gdybym był mądry, sam bym siedział na jakimś tronie! Ciekawy jestem, czy wtedy umiałbym dostrzegać problemy maluczkich. A jeszcze bardziej ciekawi mnie, przez jaki pryzmat bym patrzył na ich problemy. Stara to prawda mówi o zbiegu linii punktów widzenia i siedzenia…

Ośmieliłbym się powiedzieć, że wielu lekarzy, terenowców wbrew temu co deklarują wszem i wobec wcale nie mają przepisów w inkryminowanym im miejscu. Skuteczności, znajomości zasad proceduralnych nasi koledzy z prywatnej praktyki potrafili dowieść w Sejmie, gdzie dali odpór urzędom, które z sobie tylko znanych powodów miały zwyczaj odpowiadać: - nie, bo nie!

Szanowni Państwo! Zatrzymajcie się w pędzie ku doskonałości! To mit, nigdy go nie uda się osiągnąć, choć może i warto do tego dążyć. Wróćmy na ziemię. Uważam, że też mam rację! Czy tą moją rację muszę wykrzyczeć pod ścianą płaczu w Warszawie? Czyżby nawet dziś, w „wolnej Polsce” nie można było nic zrobić zgodnie z logiką, czy prawo musi być przeciwne obywatelowi?

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.