Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Czy zostanę alterglobalistą"-Włodek Szczerbiak

2009/05/18 16:54:11


"Czy zostanę alterglobalistą"

Tendencja, jaką reprezentuje nasz rząd jest ukierunkowana na likwidację wszelkiej indywidualności, na wprowadzenie procedur w miejsce, gdzie do tej pory chyba prawem kaduka triumfowało logiczne myślenie. Ale z drugiej strony, jak mawia Wałęsa - czy to jest do końca taki błąd, zastąpienie myślenia – procedurami? Dobrze, dokładnie realizowana procedura ma to do siebie, że prowadzi po dawno wytyczonych ścieżkach. Bezpiecznych ścieżkach. W przypadku działań opartych o wiedzę, kojarzenie faktów niestety istnieje sporo możliwości popełnienia błędów. Zwyczajnych, ludzkich. Te błędy Bruksela ma nadzieję wyeliminować za pomocą dyrektyw. Wszystko w końcu i na szczęście zostanie poszufladkowane.

Nawet ptaki dostaną dyrektywę, że latając po niebie mają zakręcać pod kątem prostym. Prawo jest podobno jednakowe dla wszystkich. Niemniej gołąbek może i sobie poradzi z tym kątem prostym, ale taki bocian (przeżytek z poprzedniej ery), taki bocian na zakręcie już się nie zmieści w unijnych parametrach. Może nie od razu zostanie zestrzelony przez pluton wyznaczony do egzekwowania przepisu, ale za kilka lat te zwierzęta będą pokazywane wyłącznie w archiwalnych kronikach, jak to łamały podstawowe dyrektywy. Tak samo działają wszelkie przepisy dotyczące ludzi, zwierząt hodowlanych. Naprawdę trzeba umieć się w nich znaleźć, umieć je kształtować, żeby w takich warunkach prowadzić opłacalne interesy.

Prawo weterynaryjne. Jest nastawione niezwykle restrykcyjnie. Higiena, sterylność, jakość. Siłami weterynaryjnych inspektorów padają kolejne małe, zapyziałe rzeźnie, w ich miejsce rozwijają się lśniące bielą i chromem molochy z fotokomórkami przy kranach. Dobrze, żywność będzie czystsza, sterylna. O to przecież chyba chodzi? Procedury, normy ISO, HACCP. Czysto, czysto, coraz czyściej.

Zwierzę, w ciągu całego życia przebywa w otaczającym je środowisku. W momencie, kiedy warunki środowiskowe wymagają konkretnego przeciwdziałania dochodzi do wydatkowania dodatkowej energii. Ma to miejsce zarówno w postaci regulacji temperatury ciała, jak i w formie wyprodukowania większej ilości przeciwciał likwidujących atakujące zewsząd wirusy i bakterie. Zwierzęta hodowane mają zapewniony pewien komfort środowiskowy umożliwiający zaoszczędzenie energii dotąd traconej bezpowrotnie na utrzymanie się w środowisku. Dzięki temu hodowca uzyskuje tak zwane efekty ekonomiczne. Zwierzęta są zwyczajnie większe, rosną szybciej, zużywają mniej paszy.

Poprawienie warunków środowiska stanowi dla hodowcy niebagatelny koszt. Toteż wszelkie inwestycje w poprawę warunków środowiskowych są organizowane w taki sposób, żeby jak najmniejszym wysiłkiem organizacyjnym, czy ekonomicznym osiągnąć jak największe efekty. Powstają duże, doskonale wyposażone obiekty. Ba, w takich obiektach można nawet zaoszczędzić na pracy ludzkiej. Znacznie zaoszczędzić, albowiem w chowie nazywanym dziś tradycyjnym obsługa zwierząt wymaga ogromnych nakładów pracy ludzkiej. W wypadku nowoczesnej fermy dochodzi do tego, że dziesięć tysięcy świń obsługują dwie osoby. Sukces gospodarczy! Produkcja tania, mały nakład pracy, tania pasza, tanie mięso. Jakże prospołeczne są takie działania, prawda?

Wprawdzie istnieją nieliczne przesłanki pozwalające spojrzeć nieco krytycznie na ten proceder, niemniej nikt na to nie zwraca uwagi. Po pierwsze ci dwaj robotnicy do obsługi zwierząt – czy oni zarabiają takie krocie? Czy cena mięsa w sklepie drgnęła w dół? Wiadomo, zakłady przetwórstwa też mają swoje potrzeby, a i ktoś chce zarobić jak się należy. Czy to błąd? Gdzież taki zakład przetwórczy kupi towar? U hodowcy prowadzącego nieomalże ekologiczną hodowlę znakomitego materiału na wyroby – czy u wielkiego producenta zapewniającego wyrównane, przewidywalne dostawy. Ba, ten duży producent oferuje zdecydowanie konkurencyjne ceny. Ceny tak konkurencyjne, że ilość drobnych gospodarstw produkujących zwierzęta spada na łeb na szyje. Pogłowie zwierząt nie ulega zmianie, zmienia się wyłącznie ich struktura. Coraz więcej zwierzyny pochodzi z ogromnych stad mieszczących się w zapewniających dobrostan fermach.

Weterynaria zawsze była za postępem, na straży nowoczesności, zdrowia, higieny. I teraz jesteśmy za postępem. Niech żyją fermy zapewniające komfort zdrowotny! Niech żyją sterylne zakłady przetwórcze! Czystość, higiena, procedury, jakość. Po to właśnie kończyliśmy studia, po to wiemy jak zapewnić dobrostan. Dlatego też jesteśmy ekspertami od określenia, któremu zwierzęciu dobrze się żyje.

Wiadomo, że w hipermarkecie są określone warunki, możliwość zaspokojenia praktycznie wszelkich potrzeb klientów. Niemniej czasem, rzadko odwiedzamy maleńkie sklepiki oferujące jakieś jednostkowe artykuły. Aż dziw bierze, że konsument ogląda się za takimi gadżetami. Ale się ogląda. Coraz częściej podobno. No, może nie dzieje się to w Polsce, gdzie jeszcze jesteśmy w szale zakupów w hiper i giga marketach. W krajach, które nieco oswoiły się z konsumpcjonizmem te ogromne hale jakoś nie robią specjalnego wrażenia, są wyrzucane za miasta, zakupy w nich uchodzą za „obciach”.

Tak się dzieje wyłącznie w krajach, które usiłujemy dogonić pod względem ekonomicznym, kulturowym, konsumpcyjnym. Za jakiś czas, może nawet szybciej, niż się wydaje doszlusujemy do czołówki. Tymczasem jednak czekają nas nieuchronne zmiany. Po pierwsze cięcia kosztów praktycznie zawsze odbijają się na zatrudnionych przy produkcji ludziach. W Polsce to widać doskonale. W szalonym tempie spada ilość gospodarstw wiejskich, chłopi stają się mieszczuchami, biorą się za prace w przemyśle. Zaledwie kilka lat temu mówiło się, że w Polsce jest więcej gospodarstw, stad zwierząt, niż w całej reszcie Unii. Jednak idziemy z postępem. Kroki robimy ogromne. Na dzień dzisiejszy, dzięki nowym procedurom administracyjnym w weterynarii można dość dokładnie prześledzić stan hodowli. W trakcie badań monitoringowych świń w kierunku choroby Aujeszki dało się zauważyć rokroczne zmniejszanie się ilości gospodarstw produkujących te zwierzęta. Spadło także pogłowie w moim powiecie. W przypadku bydła sytuacja ma się podobnie.

Ostatnio wprawdzie nisza przewidziana na rozwój gigantycznych ferm gwałtownie się skurczyła. Wyszło szydło z worka. Zanieczyszczenia środowiska, tworzenie państwa w państwie, niepodporządkowywanie się władzy. Teraz pozostały tym firmom mniej skuteczne, jeśli chodzi o ekspansję metody. Jaki procent rynku został przejęty prze molochy – to najwyraźniej tajemnica. Mówi się o ponad jednej trzeciej produkcji wieprzowiny. Drób obecnie ma prawo do życia wyłącznie w pozbawionych naturalnego światła budynkach fermowych. Z krowami tak szybko się nie da, bo trzeba je doić.

Co się dzieje obecnie? Więc pada resztka chlewni, które pozawierały kontrakty z gigantami. Padają, są przejmowane i olbrzymi producenci, mimo że wolniej, nadal się rozwijają. Sukces! Drobne, niezapewniające dobrostanu gospodarstwa gremialnie upadają na rzecz większych, proporcje zatrudnienia w rolnictwie wykazują coraz silniejszą tendencję spadkową. Stajemy się krajem o właściwej strukturze ludności! Muszę się pochwalić, że duża tu i nasza zasługa, a szczególnie Inspekcji weterynaryjnej niezmiernie uczulonej na dobrostan, jakość produkcji zwierzęcej. Osobiście, jako lekarz prywatnej praktyki mam nastrój nieco minorowy. W moim powiecie dziesięć lat było temu dwanaście rzeźni mięsa czerwonego. Dziś są tylko dwie, ta jedna ma dość skandaliczne warunki i pewnie nie wytrzyma procedury dostosowującej. Czy ja się cieszę, że pozostała jedna, dość czysta rzeźnia? Średnio się cieszę. Dostać w niej pracę przy badaniu mięsa – to sukces zawodowy! Już nikt nie prosi mnie, żebym zbadał w tej i w tamtej rzeźni, a wieczorkiem, lub o świcie podjechał do trzech gospodarstw, gdzie był przeprowadzany ubój gospodarczy. Też przestaję być potrzebny. Leczenia jest coraz mniej, bo spadła ilość gospodarstw, cena żywca ukształtowana przez wiodące fermy jest na tyle niska, że w żaden sposób nie umiem przekonać rolników, że inwestycja w zdrowie ich zwierząt się opłaca. Odpowiadają, że zdrowie owszem, ale nie inwestycja.

Póki co mam nieco roboty przy wyznaczeniach do monitoringów. Obróbka statystyczna tego, co kiedyś wyglądało na stosunkowo proste badanie zaczyna dzięki komputerom (niezły paradoks!) - zajmować coraz więcej czasu. Do nikogo, a najmniej do naszego kochanego ministerstwa nie dociera, że mimo spadku ilości stad – ich opracowanie administracyjne pochłania coraz więcej pracy. O takie bowiem opracowanie chodzi! Szkoda, że nikt jeszcze nie liczy mrówek w mrowiskach! Nadzieja, że niedługo skończymy z Aujeszką. Ilość stad przy naszej szczególnej współpracy tak spadła, że czasami aż przyjemnie zajechać do wsi i tam, gdzie kiedyś miałem dwadzieścia marnych stad, dziś męczę się tylko przy sześciu, ośmiu.

Stada większe, mniejsza ich ilość. Niekiedy w ciągu dnia odwiedzam tylko kilka, zamiast kilkunastu. Wiem, że niepotrzebnie się martwię. Niedługo już będę się tak zrywał. Ilość małych stad wkrótce zostanie zredukowana do stanu szczątkowego i to moje administrowanie przy monitoringu znacznie się zmniejszy. Pozostaną sami hobbyści. Mam wrażenie, że także w Inspektoracie spadnie ilość prac do wykonania. Tymczasem, po wprowadzeniu unijnych procedur przybyło tam mnóstwo szaf, regałów, komputerów. Przybyło też inspektorów, zootechników, rolników. Te zawody nieco odleglejsze od weterynarii w naszej inspekcji pojawiły się w związku z kłopotami w zatrudnieniu lekarzy do stukania w klawiatury. Mówią, że tych pomocniczych na razie współpracowników nie chroni Izba. A czy ona chroni lekarzy?

Myślę, że i w inspekcji w końcu spadnie ilość pracy. Gospodarstw coraz mniej, może niedługo zamkną i te jeszcze funkcjonujące rzeźnie. Wprawdzie jeszcze są jakieś tam kontrole związane z produkcją pasz, z jaskółkami latającymi po obiektach hodowlanych, kontrole kolczyków u krów. Wszystko wskazuje, że w niedalekiej przyszłości, także dzięki mrówczej pracy jakże postępowej weterynarii, w końcu obrobimy się z robotą. Nareszcie można będzie porządnie odpocząć. Ja, żeby zarabiać będę musiał się całkiem przebranżowić na zwierzęta towarzyszące, zacznę je strzyc, obcinać pazurki. W inspekcji też będą mieli lepiej, ostatecznie państwowe posady, tu tak łatwo z roboty się nie wylatuje. Redukcje? E, to nie tak, to by były niezbyt popularne politycznie działania. Raczej zostaną odpowiednio wyprofilowane pensje, a kto będzie sobie chciał, będzie mógł sobie odejść. Do komputera wklepywać może maturzystka, po co zootechnik, rolnik czy weterynarz? Jest jeden bastion, który na parę lat oprze się nowoczesnym tendencjom w rolnictwie. Radca prawny i informatyk. A tak, zapomniałbym. Sekretarka, woźny i konserwator powierzchni płaskich.

Niech żyje postęp, niech wzrasta dobrostan. Gdy wejdziemy w następny etap rozwoju świadomości społecznej i ekologicznej, przyczółek zawodu prawdopodobnie pozostanie. Ale tymczasem - ramię w ramię z Inspekcją weterynaryjną walczymy o inne pryncypia. Jesteśmy bardzo dumni z naszej skuteczności, z dokładnie, ba z nadgorliwie realizowanych przepisów. Tam, gdzie Unia mówi o stacjach wytrawiania mięsa, obsługiwanych przez ludzi z ulicy – w Polsce trąbi się o wyłącznie akredytowanych stacjach. Drogie to, więc pewnie będzie ich mało. Ale chyba o to walczymy, to nasza przyszłość!

Nie jestem pewien, czy zauważyli państwo, że lekarze terenowi zaczynają patrzyć kosym okiem na te nowoczesne fanaberie czystościowe, na spadek ilości pracy przy ochronie zdrowia zwierząt. Wynika to niekoniecznie z zarzucanych im wygodnickich postaw, demonizowania przebrzmiałych haseł, że mądrzy ludzie żyją w brudzie. No ta czystość nie jest taka zła. Osłabienie funkcji układu immunologicznego rozleniwionego sterylnością pomieszczeń dla zwierząt, strategicznym stosowaniem antybiotyków – zawsze można wyrównać stosując odpowiednie szczepionki.

Ale z tymi lekami to jest istny cyrk! Polscy producenci zostali prawie w pień wycięci. Co ciekawsze leki sprowadzamy wyłącznie z zagranicy. I tu też obowiązują zasady ekonomii. Wielkotowarowa ferma kupi sobie leki bezpośrednio z taśmy produkcyjnej, (bo na przykład zagrozi, że zacznie produkować generyki) z pominięciem rejestracji, cła, hurtowni, lecznic. O to przecież chodzi konsumentowi! Redukcja kosztów! Jakie to piękne, prawda? Niestety, przekłada się to na wzrost kosztów produkcji u hodowców zajmujących się tym niby ekologicznym chowem. To jest praktycznie to samo przełożenie, co wybudowanie odpowiednio dużych ferm, cięcie kosztów na wszystkim! Dobrze, że są pasze lecznicze, ale weterynaria jakoś niechętnie na nie patrzy. Ciekawe - dlaczego?

Jakżeż mogło dojść do takiej sytuacji? Zaawansowane gospodarczo i technologicznie kraje ostro rozglądają się, jak wyjść z tego pościgu za mięsem, które aby smakować jak mięso musi być doprawione masą przypraw i innych dodatków. Coraz częściej mówi się o chowie ekologicznym. Nasze państwo jest głęboko w tyle i chwilowo redukuje na pół ekologiczne gospodarstwa. Wykrystalizuje się nowa moda, będziemy myśleli dalej! Inwestycje związane z wielkotowarową produkcją mięsa mogły zaistnieć wyłącznie dzięki przychylności władz. Czy tą przychylność tak trudno było zdobyć? Każda władza chce się wykazać zdrową, jak najtańszą żywnością, jej wysoką jakością. Nikt nie patrzy co będzie jutro, bo wtedy będzie to zmartwienie innych, nowych urzędników. Możliwe, że rozwojowi wielkich ferm sprzyjają i zjawiska uznawane za nadprzyrodzone. Oto klasyczny dowód czarów pochodzący z archiwalnych dokumentów:

„Na patrona z trybunału,
Co milczkiem wypróżniał rondel,
Zadzwonił kieską pomału,
Z patrona robi się kondel.”


Linia programowa została przyjęta i teraz trudno się komukolwiek z niej wycofać. Aparat władzy ma taką konstrukcję, że dba o zaplecze, jest sumienny, stara się wychodzić naprzeciwko oczekiwaniom przełożonych. Stąd bierze się tak zwane „dokręcanie śruby”. Dobry majster wie, kiedy przestać, zły – zrywa gwint. W tym momencie pojawia się protest.

Lekarze weterynarii swój protest skierowali w złym kierunku. Wystarczy przyjrzeć się otaczającej nam przyrodzie, a zrozumiemy, gdzie tkwił błąd. Załóżmy, że urząd do pracy posługuje się narzędziami. Są nimi przepisy prawa, które nadają ton, chronią zaplecze posługującego się nimi urzędnika. Chcąc poskromić wyjątkowo zjadliwego kota, czy psa też posługuję się narzędziem. Najczęściej używam do tego kleszczy porodowych dla świń. Mają one taką końcówkę, która pozwala w sposób niejako atraumatyczny złapać zwierzę za łeb, lub szyję. Jak wystraszony zwierzak się broni? Zwyczajnie, kąsa w narzędzie, zamiast w moje ręce. Czasami potrafi z nadmiaru agresji połamać sobie zęby! Narzędzie zawsze mogę zmienić na lepiej dostosowane, a jestem cały. Rzadko kiedy zdarza się atak bezpośredni na mnie. Gdybym został skutecznie zaatakowany, ktoś inny by mnie zastąpił, ale z mniejszym animuszem, może nawet z inną polityką wobec zwierzęcia.

Myśl globalnie, działaj lokalnie. Mówią alterglobaliści. Może z tego płynie jakaś nauka dla naszego zawodu?

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.