Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Coś się zmieniło - Włodek Szczerbiak

2009/06/09 22:12:30


Czym jest Izba? - Ciałem społecznym, któremu mocą Konstytucji została nadana pewna władza, a tak po prawdzie - szczątkowa możliwość samostanowienia. Taki przywilej mają zawody zaliczane do grupy „wolnych”, czyli niekoniecznie zinstytucjonalizowane. Zawody, których uprawianie w podstawowej mierze zależy od kapitału umiejętności posiadanego przez członków. Ciekawostka, że nie ma „wolnych zawodów” wśród profesji ściśle technicznych. Nie są najistotniejsze lokale, sprzęt, które – choć odgrywają sporą rolę – nie determinują powodzenia zawodowego. Wystarczy popatrzyć jak pracuje lekarz weterynarii zajmujący się chorobami drobiu. W sumie często nie jest mu do niczego potrzebny lokal, jakikolwiek sprzęt poza nożyczkami do sekcji, pojemnikami na próbki. Ot telefon, podręczna torba, środek lokomocji i można szaleć po całym kraju. Tak, moim zdaniem wygląda „wolny zawód”, gdzie lekarz sam sobie jest sterem, żeglarzem i okrętem.

Bardzo trudne, wręcz niemożliwe jest skodyfikowanie pracy lekarza, toteż państwo kwestię nadzoru nad członkami takiej grupy zawodowej zleca im samym. Niech sami się chlapią we własnym piekiełku, niech sami oceniają swoją pracę, niech też dbają o obraz zawodu na zewnątrz. Wygodne to rozwiązanie dla władz, tanie i nie absorbuje sił sądowniczych, czy urzędowych. W wolnym zawodzie samostanowienie istnieje nawet namiastka samostanowienia, prawdziwej wolności. Ta wolność stanowi zarówno przywilej, jak i obowiązek.

Nasz zawód występuje w rozmaitych kolorach i odcieniach. Najwięcej lekarzy weterynarii pracuje u podstaw, stanowi ten rzeczywiście wolny zawód. Wolny, bo lekarze w większej swojej części pracują w swoich własnych firmach. Czy „wolnym zawodem” można nazwać pracę lekarza leczącego zwierzęta w oparciu o etat w lecznicy kolegi? Myślę, że też można, gdyż nie jest to człowiek siłą przywiązany do jakiegoś narzędzia, miejsca.

Lekarze wykonujący czynności urzędnicze, zatrudniani przez Inspekcję weterynaryjną są „wolnym zawodem”, ale właśnie takim w cudzysłowie. Są lekarzami-urzędnikami, ekspertami od przepisów, statystyki. Wszelkie kodyfikacje prawne dokładnie przeczą jakimkolwiek pojęciom wolności urzędnika państwowego. Mówią raczej o czymś na kształt wiernopoddańczej zależności, czasem tak głęboko posuniętej, że wręcz niezauważalnej. Powiązanie urzędników z zawodem lekarskim opiera się niejednokrotnie wyłącznie na tytule zawodowym. Chlubne są wśród urzędników wyjątki umiejące leczyć zwierzęta. Formalnie należymy do jednej rodziny i ci, co umieją usunąć kawałek jelita i ci, co wiedzą o jakie dyrektywy opiera się nadzór nad statkiem ze szprotkami. Nie wspomniałem o przeróżnych innych grupach lekarzy. Są to naukowcy, dydaktycy, laboranci, wojskowi, sam już nie pamiętam kto jeszcze, ale nie o wyliczankę chodzi, tylko o wybory do Izby.

Jacy lekarze powinni decydować o losie zawodu? Czy ci, co leczą, czy ci, co prowadzą statystyki, albo nauczają? Idealnym rozwiązaniem byłaby we władzach taka proporcja poszczególnych podgrup zawodowych, z jaką mamy do czynienia w rzeczywistości. Niemniej ideały mają to do siebie, że są nieosiągalne. Jest jak jest i koniec. Żadne proporcje nie odgrywają tu jakiejkolwiek roli. Tak naprawdę liczy się tylko chęć szczera…

Lekarze, którzy uprawiają rzeczywiście wolny zawód sporadycznie garną się do pracy społecznej w Izbie. Pracują tu prawie wyłącznie lekarze zatrudnieni w administracji i lekarze zatrudniani przez administrację. Cóż na przykład może chcieć od Izby lekarz pracujący sobie w gabinecie weterynaryjnym mieszczącym się w jednym z osiedli dużego miasta? Ów lekarz spełnił wymagania zawarte w przepisach o zawodzie lekarza, nie pracuje dla nikogo innego poza sobą, leczy zwierzęta niemające wpływu na bezpieczeństwo żywnościowe kraju. Nikt w urzędzie o takim lekarzu nie pamięta. Niech sobie żyje zdrowo i radzi, jak umie! Izba nie posiada żadnego wpływu na pracę, dochody tak działającego lekarza. Bywa owszem, że pojawi się problem związany z relacjami międzyludzkimi, ze skargami klientów, lecz nie są to rzeczy o znaczeniu ogólnospołecznym, a dotyczą poszczególnego lekarza, który zawsze jakoś sobie z problemem poradzi na swoją jednostkową skalę.

A może by warto powalczyć o określenie granic praktyk, o możliwość zatrudniania lekarzy zamiast techników, bo pod nosem powstanie kolejna praktyka? Nie! To najwyraźniej nie stanowi problemu! Czy jest o co drzeć szaty? Kto walczy o coś takiego? Zresztą – czy to jedyny problem?

Lekarze wykonujący usługi dla Inspekcji są w innej sytuacji. Jest ich grupa jest jakby bardziej jednolita i są zainteresowani negocjowaniem warunków, na jakich podejmują się pracy na rzecz urzędu. Zakładając, że lekarzy państwowych, czyli zatrudnionych w Inspekcji mamy około dwóch tysięcy, lekarze urzędowi stanowią grupę około czterech, może pięciu tysięcy. Te dwie grupy, niestanowiące połowy członków Izby wodzą prym w jej organach.

Lekarz, który skończył studia zazwyczaj chce leczyć, po to studiował. Większość lekarzy leczy, ale nie wszyscy. Niemniej marzenia, wyobrażenie, idea zawodu pozostaje w pamięci wszystkich lekarzy, niezależnie od tego czy leczą. Nie każdy, chce i umie przekuwać marzenia w czyn. Najgorętsi zwolennicy zawodu siedzą po uszy w zwierzęcych kudłach, piórach czy fekaliach i rzadko stamtąd wyglądają na świat. Do pracy w organach Izby nie garną się właśnie lekarze terenowi, wolą wyłącznie narzekać, jak to są uciskani. Czyli mamy mniej więcej obraz naszej Izby… Cała reszta – marzy. Marzy o tym, jak to naprawdę powinien pracować, wyglądać lekarz, co ma robić, kogo słuchać, kim rządzić. I właśnie ta reszta, co to nie siedzi w zwierzęcych problemach, ma czas, chęć nadawać ton całej grupie zawodowej. W tej reszcie są lekarze czasem niespełnieni zawodowo, ale z ambicjami wprowadzenia swoich wizji w czyn. Nie są to wizje związane z wyleczeniem psa, czy tysiąca warchlaków. Te wizje dotyczą kwestii – jak i na jakie choroby te zwierzęta mają być leczone, badane. Te same marzenia spowodowały, że dziś w gospodarstwie rolnika nie jesteśmy witany z radością, a ze strachem, bo płatności obszarowe też zależą od weterynarii.

Gdy w organach Izby przewagę znajdują lekarze zajmujący się wyłącznie tworzeniem i nadzorowaniem przepisów – mają też władzę. Lekarz praktykujący swój zawód w terenie, gdy tworzy prawo izbowe, sam temu prawu podlega. Lekarz państwowy – temuż samemu prawu nie podlega, tworzy prawo niejako sobie a muzom, idealistycznie. Dla takiego lekarza skądinąd pierwszym punktem jest posłuszeństwo urzędowi, pionowa hierarchizacja, a prawo izbowe – hmmm. Była walka o wyzwolenie inspektorów z „okowów” Izby, a raczej z płacenia składek. Sprawa nawet jest w Trybunale. Czyli nie płacić, nie podlegać, a stanowić? Przejaskrawiam? Oczywiście! Ale obraz kontrastowy lepiej trafia do oka.

Do żywego podrażniły mnie przed kilkoma laty próby grzebania w moim portfelu podjęte przez nasz Departament, nasz Główny Inspektorat. Zdecydowanie nie jestem altruistą, a działam w Izbie z czystego wyrachowania. Cały czas chcę mieć lepiej. Taki aspołeczny typ. I tak mi już zostało… Pamiętam, jak przed pięcioma laty, w naszym województwie dyrekcja nakazała zrobić „czarną listę” uczestników protestu na Wiejskiej. Ot parę osób z Inspekcji dostało polecenie służbowe spisania wszystkich uczestników widocznych na telewizyjnym ekranie. Dobrze, że w sumie wygraliśmy. A chodziło wyłącznie o to, że lekarze z naszej Izby, ale zatrudnieni na wysokich stanowiskach państwowych mieli odmienny punkt widzenia na kwestię wynagrodzeń za badanie mięsa. Nie znając realiów terenu zadecydowali o obcięciu stawek.

Poszliśmy za ciosem. Do Izby wówczas dostała się dość duża reprezentacja spośród lekarzy terenowych. Zaowocowało to między innymi podwyższeniem stawek za badania monitoringowe. Niestety. Po tym pierwszym zwycięstwie sukcesy się skończyły. Nie znaczy to, że Izba Krajowa mająca w sobie i lekarzy prywatnej praktyki nic więcej nie zrobiła. Izba targnęła się na kilka ustaw sejmowych i je zmieniła. Okazuje się, że zmienić ustawę to nie wszystko. Ustawy to Sejm, władza niby ustawodawcza, a Rząd to rozporządzenia, władza wykonawcza. Rozporządzenia nie zostały zmienione. Mamy klincz, stan obecny.

Rada Krajowa, która powstanie w wyniku nadchodzących wyborów powinna zrobić porządek z przepisami. I – najwyraźniej – zrobi, ale – wygląda na to, że w zgodnej współpracy z rządem. Albowiem do tej Rady wejdzie wiele osób, które widzą weterynarię tak samo, jak minister, jak urzędnicy z jego resortu. Bój o parytety weterynarii terenowej na razie zostanie raczej przegrany. Zwycięży wola urzędników chcących maksymalnie uzależnić od swojej władzy nie tylko bezpośrednio podległych im inspektorów, ale i ograniczyć możliwości pracy lekarzom prywatnie praktykującym. No, może, może tak się nie stanie… Idą wybory.

Nadchodzi czas, kiedy rozstrzygnie się - kto przejmie władzę nad weterynarią. Silne zakusy strony rządowej mogą doprowadzić do tego, że władza znajdzie się po stronie tych, co praktycznie nie podlegają prawu Izbowemu. Lekarze terenowi, którzy są uzależnieni od przepisów ustawowych, rozporządzeń mogą praktycznie stracić jakikolwiek głos w swojej sprawie. Zdaję sobie sprawę, że w dużej mierze wynikło to ze zdecydowanych działań odchodzącej Rady w zakresie przepisów dotyczących lekarzy prywatnej praktyki. Stosunek głosów w Radzie był taki, że mogliśmy forsować swoje potrzeby, a także walczyliśmy o sprawy związane z bytem Inspekcji. Dla każdej władzy solą w oku staje się ktoś, kto próbuje cokolwiek doradzać, proponować zmiany. To jest psychologicznie normalne. Przecież w niektórych warsztatach samochodowych są cenniki z dwoma rubrykami. W jednej jest normalna cena usługi, a w drugiej cena wyższa o dwadzieścia procent za usługę z „cennymi radami klienta”. Drugi przykład to kłótnia z policjantem na temat zasadności lub wysokości mandatu – okazuje się, że tylko cisi są w stanie zasiedlić świat.

Kiedyś myślałem, że we władzach weterynarii przeważą lekarze rozumiejący te uwarunkowania. Z praktyki, objawiającej się sabotowaniem zmienianych ustaw poprzez brak zmian w rozporządzeniach, przez interpretację niezgodną z duchem utawy – wynika, że zwyciężyła druga strona mocy. Nie nazwę tego małostkowością, bo tej nie brakuje i stronie rządzonej. Lekarz, samotnik rzucony przez los na głęboką prowincję zdaje się być panem swojego losu. Do czasu. Konfrontacja z władzą wprowadza totalne zaburzenia w taki ład i powoduje agresję. Zazwyczaj słowną, bo terenowiec może inspektorowi tylko „skoczyć”. To jest życie, tego nie uczą na studiach. A mądrość nadchodzi z wiekiem, lub nie.

Przedziwny to układ. Demokracja dorobiła się władzy ustawodawczej, która się ciągle kłóci i często nie potrafi podejmować rozwiązań. Sytuację ratuje przewspaniały aparat urzędniczy mieniący się nazywać służbą (także weterynaryjną). Kiedyś zastanawiałem się, skąd to pojęcie – służba wśród hierarchów władzy. Dopiero napis na portalu jednej ze szkół dla kelnerów wyjaśnił mi sytuację „Służyć znaczy przewodzić”.

Urząd jest zorganizowany niczym Legiony. Obowiązuje bezwzględne posłuszeństwo, ba są przepisy mówiące nawet, co urzędnik powinien myśleć (ma myśleć o urzędowo poprawnym rozwiązaniu każdego problemu i o rozwoju urzędu – proszę zresztą zajrzeć do Kodeksu Służby Cywilnej). Wybitni, wysoko oceniani przez władzę urzędnicy stają się częścią tak zwanego „zasobu kadrowego”, instytucji znanej mi jeszcze z okresu Drugiej Rzeczpospolitej. Organizacja, do jakiej dostali się nasi koledzy, koleżanki krótko rozprawiła się w swoim kodeksie także z możliwościami krytyki działań władzy. Są one zwyczajnie zabronione. Ot, tradycja kultywowana od czasów caratu, poprzez stalinizm, a rozkwitająca licznymi biurowcami w erze brukselskiej demokracji. Czym się chlubią urzędnicy? Otóż oni nigdy nie są wybierani, zawsze mianowani. Izba – to okazja do wyborów.

Elitarne oddziały bojowe zawsze potrafiły przechylić zwycięstwo na właściwą stronę. Elitarne, a więc nieliczne, piekielnie zdyscyplinowane, świetnie wyposażone i wyszkolone. Przy nich reszta weterynarii wygląda niczym pospolite ruszenie. Ot, hałastra przydatna do pierwszego uderzenia, masa, nie trzeba się z nią specjalnie liczyć, bo to banda wichrzycieli i nierobów, którzy pójdą za obiecane im łupy. Trofea, sztandary oczywiście przysługują zwycięskiej władzy, a pospólstwo, jak to ono - pożywi się samo. Pretorianie nie biorą łupów, dostają żołd, epolety i kochają porządek. Te czarne gwardie przyboczne zawsze stoją u boku władzy, a jak trzeba - bez wahania wprowadzą mir w szeregach pospólstwa. Mają odpowiednie szkolenie, środki, motywację.

Czemu się tak dzieje? Czemu coś takiego, jak rozkaz powoduje, że człowiek zapomina myśleć, staje się bezwolną maszyną gotową wykonać prawie każde polecenie? Czemu zupełnie tak samo, jak „rozkaz” – działa „polecenie służbowe”? A jakie są konsekwencje nieposłuszeństwa? Gardło, albo dymisja. Ginie myślenie, giną marzenia, zwiera szyk, równa krok? Skąd ten amok? Czy to sztandar, co łopocze tam, na początku, przy perkusiście? A może szabla Wodza, jego prestiż, erudycja, charyzma? A może ubezwłasnowolnienie pochodzi wyłącznie z komfortu zajmowania się własną, ściśle wytyczoną działką, bez ubocznych zmartwień? Po co myśleć, o czym zresztą myśleć w karnym szeregu? Mając do zrobienia jedno i tylko jedno, trzeba to zrobić dobrze, najlepiej i koniec. Reszta jest milczeniem, nikogo nie obchodzi! Dobrze jest tylko i wyłącznie tak, jak w rozkazie.

Odnoszę wrażenie, że szacunek do przyrody, środowiska rośnie w miarę obcowania z nim. Lekarz usiłujący się samodzielnie utrzymać w dżungli biznesu nie jest pretorianinem. To jest ktoś, kto musi się adoptować do sytuacji, środowiska, żeby przeżyć, żeby zdobyć chleb, bo centurion tego mu nijak nie zapewni, a w razie problemów – powiesi na pierwszym napotkanym drzewie. Czy gwardzista jest innym człowiekiem, jak pospolitak? Inna rasa, kultura? Sądzę, że gwardię w dużej mierze stanowią ludzie, którzy znaleźli się w takiej, a nie innej sytuacji i ulegli otaczającej rzeczywistości. Oczywiście, że wszyscy tacy jesteśmy. Każdy by uległ! Każdy ma jednakowy żołądek i jelita. A może warto czasem używać mózgu, choć to grzeszne i zakazane? Gdzie są nasze marzenia, ideały? A może inaczej - czyje to marzenia, ideały realizujemy?

Zastanawiałem się, czy lekarze pracujący w inspekcji będą chcieli i mogli walczyć o chleb dla siebie. Jak do tej pory są oni awangardą nowego, z całych sil dążą do redukcji ciężkiej pracy wykonywanej przez lekarzy terenowych. Wiadomo, gdy już osiągniemy unijne ideały odnośnie ilości i wielkości gospodarstw rolnych, gdy zostaną wycięci w pień hodowcy – hobbyści – natychmiast drastycznie spadnie ilość pracy w inspektoratach, wiejskich lecznicach. Niemniej w oparciu o nieśmiertelne słowa Jerzego Urbana: „Rząd wyżywi się sam” – mam nadzieję, że pracy, przynajmniej dla administracji zawsze starczy.

A gdyby jednak pojawiło się jakiekolwiek zagrożenie – czy nie warto zawrzeć porozumienia z „pospolitym ruszeniem”, które może wyrażać swoje opinie, łupnąć pięścią w stół? Może taka współpraca by się do czegoś przydała? Czemu to inspekcja weterynaryjna ma wyłącznie zajmować się przykręcaniem śruby i likwidowaniem stanowisk pracy dla weterynarii?

Czy nasza Izba będzie stanowić wyłącznie fasadę zajmującą się wyłącznie organizacją imprez integracyjnych i realizacją przenajdziwniejszych pomysłów rządowych, czy ciałem z krwi i kości walczącym o dobro zawodu? Nie dajmy się oszukać, że każdy pomysł idący z góry jest dobrodziejstwem dla społeczeństwa. Nawet te dobre pomysły są wypadkową koniunkturalizmu.
Oto przewodnie tematy nadchodzącego Krajowego Zjazdu Lekarzy Weterynarii. Komu i po co włada? Kto z tej władzy i jak skorzysta? Czy z możliwości samostanowienia w naszym zawodzie skorzystamy my, czy nasz rząd?

Władek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.