Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Marazm, marazm mówię"- Włodek Szcerbiak

2009/10/20 17:51:33


Jacek Sośnicki zarzucił mi lenistwo. Wręcz stwierdził, że nie może publikować na łamach „Medicusa”, żeby przypadkiem nie wyglądało, że chce mnie podsiąść. Spotkaliśmy się wczoraj w Słoku koło Bełchatowa na zebraniu zwołanym przez Łódzką Okręgówkę. Nasiadówka, jak to nasiadówki zaczęła się od wystąpień zaproszonych gości. Najwyraźniej jednak coś poszło nie tak, ponieważ prelegenci podeszli do zleconych im zadań bardzo ambitnie i zamiast załatwić sprawę w ciągu powiedzmy czterdziestu minut – prowadzili prezentacje aż przez trzy godziny. Zasadniczo rzecz biorąc spotkanie miało być poświęcone aktualnym problemom lekarzy urzędowych, związanym z ostatnimi planami ministerialnymi. Wiadomo – planowanie okresu kryzysowego, nawet kiedy jest to kryzys głównie medialny – ma swoje prawidłowości. Zresztą nasz rząd na fali ogólnoświatowej recesji i łatania dziur budżetowych najwyraźniej postanowił dać prztyczka nam. Inspekcja ocalała z zapowiadanego pogromu w wysokości dziesięciu procent etatów tłumacząc się tym, że aktualnie nie zostały jeszcze obsadzone wszystkie stanowiska przewidziane dla tej służby. Prywaciarze stanowią z kolei doskonały materiał do eksperymentów.

Czyli przyjechaliśmy debatować o żywotnych problemach. Zaproszenia otrzymały delegacje wielu Izb – począwszy od Podkarpackiej, poprzez Podolsztyńską, a kończąc na Jeszczejakiejś. Fakt, moja Izba reprezentacji nie wystawiła, a ja przebywałem na spotkaniu wyłącznie incognito. Reprezentacja Lubelszczyzny nie dojechała, bo prószył śnieg. Mogę potwierdzić, że dobrze prószył, bo wujek Marian z Lublina o mało się nie przeziębił biegając cały dzień po ogródku i otrząsając z ciężkiego śniegu gnące się ku ziemi gałęzie. Skoro kwestię frekwencji mamy załatwioną, pora przejść do części sprawozdawczej, ale wspomniałem, że program spotkania uległ spontanicznym mutacjom.

Nie potrafię powtórzyć wystąpień szanownych prelegentów po części dlatego, że siadając za stolikiem, jak to się mówi – „prosto z drogi” nie mogłem się wystarczająco skupić na ich wywodach. A mówili o rzeczach w sumie bardzo ciekawych. Doktor Jan Prandota pokrótce przybliżył zasady dyslokacji przedstawicielstw weterynaryjnych w Radzie Unii Europejskej. Przedstawiciel firmy zajmującej się dystrybucją leków poruszył tematy związane z farmakologią weterynaryjną, a gość z Francji mówił o strukturze tamtejszej służby weterynaryjnej. Przyznam się szczerze, że ździebko telepało mną na krześle i jednym uchem przysłuchując się wykładom – zastanawiałem się, jakie znaczenie dla szarego lekarza weterynarii, takiego żywcem oderwanego od przykładowo – badania rektalnego – może mieć problematyka poruszana z przenośnej mównicy. Dziś, jak już wróciłem do domu, tamte wykłady zaczęły mi się nieco zlewać, coś usłyszałem, coś dodałem od siebie i stąd moje przemyślenia nie mają charakteru reporterskiego, a stanowią zaledwie ot, coś w rodzaju felietonu.

Struktura Komisji Europejskiej, zasady jej działania jest prawie zawsze przedstawiana w postaci schematu (przepraszam za wyrażenie) – blokowego. Działa to tak, że rysuje się na papierze prostokącik, taką klatkę i wsadza tam weterynarza, a potem opisuje, co on niby ma tam robić. Wiadomo, tych klateczek jest bez liku, prawie niczym komórek w mózgu i one wszystkie się ze sobą komunikują za pomocą strzałek, albo takich rączek, wyciąganych z jednej do drugiej. Z tym, że w mózgu istnieje sieć neuronów, a w Radzie Europy i we wszystkich strukturach rządowych obowiązuje przejrzystość i w związku z powyższym jest ściśle określone, który prostokącik może się kontaktować z sąsiednim. I nie ma tak, że ta kreska z jednego bloczka leci do takiego w samym rogu kartki z ominięciem różnych struktur stojących po drodze. Komunikacja jest zazwyczaj pionowa, albo pozioma. Ten może z tym i z tym i na tym koniec. Struktura władzy dzięki temu jest przejrzysta, a co najważniejsze – wiadomo skąd pochodzą konkretne decyzje. Najpierw pytanie idzie „do góry”, a potem jest odpowiedź i konkretne działanie. Praca w nowoczesnej administracji czy to w Polsce, czy we Francji to relacje pomiędzy tymi prostokącikami, ewentualnie w wypadku totalnej zawieruchy – przesuwanie tych struktur w rozmaite miejsca planszy.

Próbowałem to sobie wyjaśnić na przykładzie z życia. Ot, weźmy sobie taki Inspektorat Powiatowy. Ten prostokącik na samej górze to PLW, od tej klatki idą rączki w dół do pokoików z rozmaituśnymi inspektorami, a potem wracają powrotem. Jasne? No to inaczej. Jedną z takich klateczek jest księgowość. Księgowość mieści się na parterze, a cały pion merytoryczny – na piętrze. I one się ze sobą komunikują. Przez klatkę schodową. Z góry na dół i na obrót. A niech stanie się taki wypadek, że drogi komunikacyjne zostaną bezecnie naruszone. Niech no Pani Referent poprosi Pana Woźnego, żeby skoczył do pobliskiego discounta – gdzie to zgodnie z nomenklaturą przecenili właśnie jogurt truskawkowy – po zgrzewkę tego napoju. Co się dzieje? Pan Woźniak zasuwa do Biedronki, a po drodze poszarpał go pies od Krępickiego! I jest problem! Jakby polecenie poszło po właściwych torach, to wiadomo, że odpowiadałby Powiatowy. A tak jest problem. Została naruszona struktura i koniecznie trzeba to wyjaśnić, a także podjąć kroki na przyszłość. Prawda, jaka to fajna zabawa, te „gospodarowanie zasobami ludzkimi”? Nie można zwyczajnie obsobaczyć kogo trzeba, a należy zadbać o właściwą strukturę ciągów komunikacyjnych, może nawet wykonać na taką okoliczność modyfikację schematu blokowego.

Mi też zdarzyło się być ofiarą nowoczesnego schematu. Pan Zbyszek chciał wywalić ze swego rancza ozdobną krówkę szetlandzką. Pan Kajetan powiedział, że wpuści ją na zimę do swojego stada, jak będzie miała badania. A badań nie miała, bo pan Zbyszek nie zarejestrował stada krów i mećka nie została zakolczykowana, wynikiem czego nasza administracja nic do niej nie miała. Co tu zrobić bo Kajtek chce glejtu na choroby, a czas ucieka. Pan Zbyszek poleciał do Agencji, zarejestrował. Czyli bydlę już podlega jurysdykcji weterynaryjnej. Ale weterynaria, jak każdy szanujący się Urząd – ma swoje terminy. Badanie z Urzędu przysługuje najwcześniej za rok! Co zrobić? Co zrobić? Jest na szczęście odpowiedni schemat. Można zrobić „badanie handlowe”, na własny koszt. W potrzebie tonący chwyta się nawet badania handlowego. Pobrałem od dzikiej wariatki krew, zrobiłem TBC. Przy okazji franca wyrwała z ziemi jeden całkiem, całkiem słupek. Ale robotę zrobiłem. Fakt pan Zbyszek chciał, żebym „tak przy okazji” zbadał mu ją na ciążę. Nie zbadałem, co będę dawał za dodatkowe dwadzieścia złotych sobie rękę złamać? No i dobrze. Opisałem próbkę, wysłałem do labu, założyłem arkusz na TBC i czekam na wyniki. Za dwa dni dzwoni pani Ula i pyta – czy to źle, jak krowa ma brucelojzę.
- Fatalnie! – odpowiadam. Bo oczywiście wiecie Państwo, jak na brucelozę w swoim powiecie patrzy urzędowy lekarz weterynarii? Chodzi o wskaźniki. Czy podpadniemy pod całościowe badania bydłostanu, czy nie.
- Skąd pani wie o tej brucelozie?
- Z Powiatu dzwonili, że są wyniki, ale zrobią badanie odwoławcze.
- To dobrze, może się okazać, że będzie wynik fałszywie dodatni. Trzeba poczekać.
- Aha, ale co z krową?
- Na razie stoi, nie mówili pani z Powiatu?
- Mówili, ale nie szkodzi zapytać…
Kilka dni później mam kolejny telefon od pani Urszuli:
- Panie doktorze, wszystko jest dobrze! Nie potwierdziła się bruceloza!
- Skąd pani wie?
- Dzwonili z Powiatu.
- Aha. To bardzo dobrze! – rozumiecie Państwo, że moja odpowiedź obejmuje nie tą małą, głupią krowinkę, a cały powiat? Dzięki uprzejmości pani Urszuli – uzyskałem bieżącą wiedzę na temat sytuacji epizootycznej w moim powiecie.
- A kiedy wyda mi pan doktor świadectwo zdrowia?
- We właściwym czasie, jak dostanę dokumentację…
No i po co jest taki lekarzyna terenowy, taki próbnik głupawy? Machina przeciwepizootyczna kręci swoimi trybami wcale nie potrzebując do tego kogoś takiego, jak zasmarkany terenowiec. To jest jakieś perpetuum mobile!

Czy mnie jakoś to męczy? Co może obchodzić zwykłego terenowca jakiś schemat decyzyjny? A właśnie, że musi! Słyszeli Państwo o HACCP? A o Dobrej Praktyce? No właśnie, jesteśmy w domu! O to mi chodzi! Jeżeli ktoś z Państwa jeszcze sobie myśli, że to nas ominie – to jest niedzisiejszy, albo oczywiście, na emeryturze. Lada dzień te schemaciki zejdą na samo dno, do lecznic i gabinetów. To dopiero będzie, jak do naszej pracy wkroczy to nowe myślenie! Nie powiem, struktury bardzo proste, prawie zero – jedynkowe. Ale jakoś tak na pierwszy rzut oka dziwne. Bo wyobraziłem sobie takie klateczki, prostokąciki z narzędziami chirurgicznymi, jak one wyciągają te rączki do innych klateczek. Pół biedy kiedy bloczek ze strzykawkami wyciąga strzałki do bloczka z jakimś lekarstwem. Tu obowiązuje współpraca. Lek do strzykawki, a potem do podmiotu docelowego. Zgadza się? A niech ktoś spróbuje odwrócić ten schemat! Toż oczywiste, że całość stanie na głowie! W ten oto prosty sposób objaśniłem, jak te struktury decyzyjne zrewolucjonizują naszą pracę. Bo na ten przykład jak skalpel wypadnie z pokoiku ze skalpelami poza strukturę, czyli na podłogę – to jest absolutnie jasne, że nie można go zwyczajnie podnieść, opłukać i kroić dalej. On skalpel został wyautowany ze schematu! Logiczne i proste jest, że każdy inspektor natychmiast doczepi się do takiego rażącego odstępstwa od procedury!v
Janusz Gajos w uwielbianym przeze mnie monologu, gdzie występuje jako ten, no tego – animator kultury – wyjaśnił, że z weterynarią to jest tak samo, jak z tym pijanistą, co z żelazową wolą przymierza się od koncertu. Najpierw usiądzie, pokręci stołkiem, zarzuci łbem, popatrzy po mankietach, po pazurach – i jak starczy czasu – nawet coś zagra. Wygrywa festiwal ten, co najdłużej stoi na estradzie, bo kawałki do zagrania wszyscy mają jednakowe.

Dzisiejsze czasy idą w tym kierunku. Więcej planowania i pisania schematów strukturalnych, niż właściwej pracy. Powiedziałbym, że mnóstwo ludzi tak się będzie mogło skupić na procedurach, że – jak nasi prelegenci – zapomną o świecie wokół i będą wyłącznie przestawiali te prostokąciki i łączące je strzałki.

Gajos mówił, że i bardzo to dobrze, bo różne ludzie są na świecie. Jeden będzie się samorealizował w przesuwaniu strzałek, a inny będzie zasuwał ze zwierzętami. Ja albowiem więc – tak sobie kombinuję, że najważniejsze – dobrze pomyśleć, sporządzić dokumentację, a jak starczy sił i czasu – sporadycznie wyskoczyć w teren. Administracja, ba Służba Cywilna – tak mamy Ich nazywać – naprawdę ma co robić!

A może do kogoś jeszcze nie dotarło, jak to jest z tym przesuwaniem klocków? To proszę, taki przykład z naszego podwórka. Przedstawiciel dystrybutora leków (na planszy z rzutnika pisało, że „sprawdzony partner lekarza weterynarii” – sic!) mówił, że w Polsce to jeszcze trochę tak ciemnota panuje, bo nadzór nad lekami mają lekarze. Kraje wyżej zaawansowane mają inny schemat dystrybucji. Na przykład Hiszpania. Tam klateczka z weterynarzem została przesunięta na skraj planszy. W jej miejsce wstawiono komórkę z mieszalnią pasz i poprzez tą nowoczesną strukturę odbywa się przekazywanie antybiotyku do konsumenta ostatecznego. W Polsce, w tym ciemnogrodzie nowoczesne firmy zootechniczne wywalczyły sobie dopiero częściowe roszady. Tymczasem handlują wyłącznie antybiotykami paszowymi. Niemniej do nich należy przyszłość! Jeszcze kilka lat i nowoczesność wkroczy do Polski. W każdym razie dla firmy rozwożącej leki jest jasne, że ze względów logistycznych trzeba inwestować w te mieszalnie. Kombinują oni sobie zupełnie prawidłowo, że skoro 37% wartości leków przechodzi dla zwierząt towarzyszących, 17% dla bydła, 25% dla świń, a 16% - dla drobiu – najwyższy czas, żeby uprościć struktury. Po co jeździć po stu gabinecikach ze ścianami podpieranymi kołkiem, kiedy można pojechać do jednej, a najwyżej dwóch mieszalni i wziąć tą samą kasę?

Zresztą tego typu myślenie cieszy się szalonym wsparciem ogółu lekarzy terenowych. Mało kto dziś nie handluje lekami, a totalną uciążliwość stanowi wymyślanie ciekawych chorób i wpisywanie ich do książki leczenia. Nawet ci lekarze, co są wspierani przez postępowych profesorów, lekarze świadczący opiekę wielkofermową są zdecydowanie za tym. Nowoczesne leczenie to telefon od właściciela kurnika, czy chlewni, rozmowa – czyli anamnezis (wywiad, wywiad lekarski, a nie jakieś duchy – bałwanie!). Po wywiadzie – Serwisco i można leczyć zwierzęta od krańca, do krańca Polski! To jest życie! Wszystko jest za, trzeba wprawdzie jeszcze trochę poczekać, aż „właściwa władza” przesunie klocki na szachownicy. Pewnym dysonansem są lekarze zwierząt towarzyszących, bo wymagają szczególnej obsługi, ale w ostateczności warto, bo rynek duży, a ceny leków nie osiągnęły punktu krytycznego. Fakt zniknęła powiedzmy Biotropina, bo była za tanie i nie opłaca się produkować, ale kogo z nas to naprawdę żywotnie obchodzi? Idziemy ku nowemu!
Pod koniec części oficjalnej, prowadzonej przez zaproszonych prelegentów zacząłem dochodzić do siebie. Dzięki temu też wiem, jaki jest najnowszy weterynaryjny kawał polityczny. Idzie to jakoś tak:
Choroba Aujeszki postawiła na nogi weterynarię w Niemczech. W Polsce – rzuciła na kolana.
Oczywiście, guzik prawda. Ta najistotniejsza część naszego zawodu, ten rdzeń ma się dobrze. Przesuwanie klocków, tworzenie przejrzystych połączeń przy pomocy właściwych dokumentów, tworzenie nowszych, lepiej oddających cyfrową rzeczywistość weterynarii druków – to jednak huk roboty! Nie przerobią jej najbliższe pokolenia!

Chwilami w tych programach wspomina się i o nas. No, bo jest tak. Żeby maszyna dobrze pracowała, trzeba dać jej paliwo, smarować. Ten podstawowy materiał bazowy z terenu dostarczamy właśnie my, a prawdę mówiąc najczęściej – nasze sekretarki w pocie czoła liczące i opisujące pracę lekarzy. Skoro administracja ma podstawę do podejmowania swoich decyzji, do wprowadzania rozmaitych coraz to bardziej nowoczesnych i wymyślnych systemów kontroli – trzeba naoliwić jej kółka. Najłatwiej zrobić to „przyskrzyniając” jakiegoś rolnika, kierowcę, rzeźnika, albo i weterynarza. Jednego! To bardzo ważne! Fajny jest ten instynkt stadny. Dopóki owieczki są drażnione sporadycznie, albo z jakąś tolerowalną częstotliwością – wszystko jest dobrze. Rzucą się na takiego poszczególnego handlarza lekami i robią z tego gorszące widowisko. Biedny lekarzyna wije się i szuka ratunku, a tu znikąd pomocy. Izba lekarska, kolektyw, przyjaciele nabierają wody w usta, odwracają się tyłem i cieszą, że nie na nich padło. Zdrowa to reakcja i właściwe proporcje. Ostatecznie – da się s tym żyć, ryzyko jest wpisane w życie każdego!

O najświeższych przesunięciach, tych płacowych nie zdążyliśmy porozmawiać, bo wraz z wygaśnięciem projektora multimedialnego zadzwonili na kolację. A – tak na marginesie – czy wiecie Państwo, do czego służy taka kolacja, albo bankiet na sympozjum, czy pomniejszym zebraniu? Prosta sprawa. Do księgowości! Ot skarbnik idzie po kolacji do kuchni, policzy brudne talerze i zaraz wiadomo, ilu lekarzy tak naprawdę było na spotkaniu. Bo wiadomo, że jakiekolwiek obliczenia lekarzostanu, podpisywania list są wyłącznie namiastką prawdziwej statystyki. Są zdecydowanie niemiarodajne.

Część merytoryczna uległa po pierwsze znacznej komasacji. Po drugie stanowi do pewnego stopnia kuchnię, w której przygotowywane są schematy oddziaływań wobec przewidywanych posunięć ministerialnych. Drzwi od kuchni najlepiej zamykać, niech goście się patrzą na to, co dostaną na stole. Na szczęście wiadomo, jakie frukta zostały wrzucone do piwniczki i z tego właśnie powstanie kolejne danie. Jaką nową rzeczywistość kreują nam demiurdzy, kreatorzy z wyżyn władzy? O tym, że trzeba będzie mieć wykafelkowany pokoik z termometrem i ośmioma pojemnikami na odpadki – każdy szanujący się lekarz wie. Planowane są nowe „europejskie” stawki za czynności „z wyznaczenia”. Odpowiedni przelicznik kursu euro i okazuje się, że jesteśmy krezusami, zarabiamy za dużo, a kraj popada w kryzys gospodarczy. Stawki idą do weryfikacji. Po pięciu latach stagnacji cen - badania rzeźniane będą prawdopodobnie tańsze, świadectwa zdrowia dla trzody mają być po złotówce od sztuki, a nie po siedemnaście. O taryfie nocnej nikt nawet nie rozmawia. Przeliczenia sztuk na godziny pracy zostaną też umiejętnie skorygowane. Nie będę pisał, jak proszę zajrzeć do opracowań w Biuletynie Izby Wielkopolskiej.

Władek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.