Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Negocjacje w MR i RW - czyli... - Jacek Sośnicki

2009/12/02 22:14:32


W dniu 22 września 2009 roku odbyło się w Ministerstwie Rolnictwa spotkanie na temat projektów rozporządzeń "o opłatach i wynagrodzeniach" na które czekaliśmy od kilku już lat. Jak stwierdził jednak gospodarz wiceminister Tadeusz Nalewajk, nie miało ono charakteru konferencji uzgodnieniowej a było jedynie próbą konfrontacji, środowisk weterynaryjnych ( Krajowa Rada i Ogólnopolskie Stowarzyszenie "Medicus weterinarius"), kontra organizacje producenckie ( Krajowa Izba Rolnicza, Związki Rzeźników i Wędliniarzy RP, Związki Hodowców Bydła, Trzody i Drobiu, Stowarzyszenie "Polskie Mięso" , Kółka Rolnicze itd.). Minister przyznał po mojej wypowiedzi, że chciał uzyskać od nas argumenty do dyskusji z producentami o konieczności podniesienia opłat do poziomu Rozporządzenia PE 882/2004, które niezwłocznie musimy wprowadzić. Jak trudna to jest dyskusja mogliśmy wszyscy się przekonać w toku spotkania. Ponieważ szczegółowy opis z tego spotkania autorstwa Jacka Krzemińskiego publikowany był na Vetpolu, więc podzielę się tylko z Państwem osobistą refleksją uczestnika tej dyskusji.
Początkowo zaskoczyło nas niezwykle ciepłe powitanie przez stronę rządową delegacji producentów, którzy wchodząc na salę w większości osobiście i po imieniu witali się z ministrem Nalewajkiem i dyrektorem Wojtyrą, co jawnie kontrastowało z chłodnym i kurtuazyjnym powitaniem delegacji Izby i Stowarzyszenia "Medicus". Już wówczas wiedzieliśmy, że to my jesteśmy tu petentem, który stawia kłopotliwe żądania dla kolegów z ministerstwa i organizacji producenckich. Nasze obawy potwierdził Dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa Żywności Wojciech Wojtyra, który w swej wypowiedzi stwierdził, iż na osobistą prośbę Ministra Rolnictwa Marka Sawickiego, przyjął zasadę aby nie podnosić stawek opłat za czynności wykonywane w imieniu Inspekcji. Zaznaczył jednak, że wyczerpaliśmy już wszystkie możliwości odwlekania i musimy wprowadzić rozporządzenie 882 z 2004 mimo, że jednak dalej kwestionują to producenci. Doktor Albert Jurek z tegoż departamentu przypomniał, że polski nadzór weterynaryjny był dotychczas dobrze oceniany przez Komisję Europejską a w przyszłym roku czeka nas generalny audyt, który po raz kolejny oceni jego stan również w aspekcie realizacji rozporządzenia 882/2004 i minimalnych opłat za badania. Przedstawiciele hodowców zarzucili wręcz, że weterynarze wykorzystują każdą okazję zmiany rządu i ministra aby uzyskać nieuzasadnione podwyżki stawek swoich wynagrodzeń kosztem producentów. Stwierdzili jednak, że każdorazowo udawało im się zapobiec tym próbom i tym razem też będą walczyć. Podkreślali, że trudna sytuacja w hodowli i przetwórstwie wyklucza możliwość podniesienia opłat weterynaryjnych, które pogłębiłyby tylko straty producentów. Przedstawiciel zrzeszenia "Polskie Mięso" poszedł jeszcze dalej twierdząc, że czynności weterynaryjne jak badanie mięsa należy urynkowić aby w drodze przetargu właściciel zakładu mógł wybrać najkorzystniejszą ofertę od badającej grupy lekarzy a Inspekcja dostawała by dalej swoje 7%. Przedstawiciele rzeźników i wędliniarzy kwestionowali w ogóle potrzebę badania mięsa w ubojniach trzody twierdząc, że wzorem niektórych państw "starej Unii" wystarczy tylko jego długotrwałe mrożenie. Takie pojmowanie roli Inspekcji Weterynaryjnej i działających w jej imieniu lekarzy urzędowych jest konsekwencją usytuowania nadzoru w Ministerstwie Rolnictwa, które nie kryje nawet przyjacielskich stosunków z producentami a ci ostatni uważają, iż wnosząc opłaty "kupują" sobie przychylność "prywatnej policji sanitarnej". Kumple ministrów i dyrektorów oczekują od Inspekcji kontroli bez sankcji i nadzoru bez kłopotliwych zakłóceń w toku produkcji. Wygląda na to, że niezależnie jak bardzo będziemy się "dąsać" to i tak traktowani jesteśmy przez producentów jako część procesu technologicznego, którego nie powinniśmy zakłócać we własnym interesie bo psujemy w ten sposób "interes" właścicielowi, który uważa, że nam płaci. Dla producentów prawdziwym inspektorem jest "pani z Sanepidu", która przyjeżdża nie zapowiedziana, bierze próbki wody, wymazy z WC i stołówki i właściciel "nie ma na nią haka".
Największa batalia rozegrała się jednak o świadectwa zdrowia dla przemieszczanych świń w związku z chorobą Aujeszkyego. Organizacje producentów kwestionowały w ogóle potrzebę stosowania świadectw w obrocie trzodą, ponieważ potwierdzają one ich zdaniem tylko oczywisty fakt statusu stada. Koncentrująca się produkcja trzody chlewnej powoduje, że hodowcy płacą dziesiątki tysięcy za świadectwa w stadach, które są już od dawna wolne. Stwierdzili ,że duże fermy nie mają kłopotu z identyfikacją i znakowaniem świń. Izby Rolnicze twierdzą, że za identyfikację odpowiada ARiMR a za znakowanie sam rolnik, który zgłasza hodowlę i podpisuje się pod łańcuchem żywieniowym. Jednak tutaj niespodziewanie przyszedł nam z pomocą wiceminister Nalewajk, który stwierdził, że dopiero kiedy weterynarze zaczęli chodzić "od chlewa do chlewa" to jego własny szwagier przekonał się, że trzeba zgłosić swoją hodowlę do Agencji i znakować świnie do uboju. Producenci jednak nie zrazili się zbytnio prywatną uwagą ministra i stwierdzili, że weterynarze wykorzystują akcję zwalczania choroby Aujeszkyego aby robić pozytywny lobbing swoim praktykom i pozyskiwać nowych klientów więc nie powinni brać za to tyle pieniędzy. Ich zdaniem weterynarze chodząc od fermy do fermy roznoszą tylko choroby. Kol. Piotr Kałużny tłumaczył, że ogromna większość hodowców to małe rodzinne gospodarstwa oraz, że brak tam identyfikacji i kontroli przemieszczania, co powoduje, że w kolejnych próbkobraniach pojawiają się nowe ogniska, nawet po wykupie. Podobne stanowisko prezentował zastępca Głównego Lekarza Jarosław Naze, który stwierdził, że bez świadectw przemieszczania, program walki z chorobą Aujeszkyego się zawali. Tłumaczył też producentom, że nie można urynkowić nadzoru, który wynika z ustawy i jest przypisany do PLW. Producenci jednak nie rezygnowali i podawali pojedyncze przykłady nieprawidłowości w działaniu lekarzy czyniąc uogólnienia co do zasadności istnienia świadectw zdrowia w ogóle. Nie pomagały tłumaczenia kolejnych mówców ze strony ministerstwa i przedstawicieli Izby oraz Stowarzyszenia. Stanowiska spolaryzowały się znacznie, wobec czego zabierając głos stwierdziłem, że trudno lobować swoją praktykę "ganiając świnie po chłopskich chlewikach" w sytuacji kiedy niektóre z nich padają lub ronią w towarzyszącym pobieraniu stresie. Oznajmiłem zebranym, iż nie przyszliśmy tu walczyć o podwyżki na lepsze samochody czy jachty, ale o godne wynagrodzenia dla ciężkiej pracy gdy wszystko wokół drożeje a rząd wydaje miliony na odszkodowania dla hodowców. Zapowiedziałem też, że ani ja ani moi koledzy w Wielkopolsce nie będą wystawiali świadectw zdrowia za pięciozłotową jałmużnę, którą dziś proponuje nam minister. Stwierdziłem, że nie damy się zepchnąć do roli domokrążców, którzy nie dość, że często czują się intruzami w gospodarstwie to jeszcze swoje kwalifikacje mają wykorzystywać za marne 5 złotych. Takie oświadczenie wywołało spory szmer na sali i zdecydowane riposty od producentów co w efekcie skłoniło ministra do zakończenia spotkania

Jacek Sośnicki

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.