Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Życzenia wigilijne" - Włodek Szczerbiak

2009/12/17 10:10:06


"Życzenia wigilijne"

Kończy się stary rok, lada moment nadejdzie kolejny. Większość z nas ma za sobą badania bydła w kierunku trzech powszechnie zwalczanych chorób. W tym roku zabrakło polskiej tuberkuliny, niektórzy z nas musieli posługiwać się czeską. Wiadomo, że nie wiadomo co będzie w przyszłym roku. Jedno jest pewne – Inspektoraty dzięki staraniom naszych kolegów - mogą kupować leki, w tym tuberkulinę, szczepionkę przeciwko chorobie Aujeszki. Pewnie będzie trochę zamieszania, jak to zwykle na początku. Wieść gminna niesie, że kwestia alergenu, jaki będziemy stosować wyjaśni się w lutym…

Są wprawdzie zalecenia zawarte w Instrukcji dotyczącej tuberkulinizacji, żeby badanie robić w nieprzekraczalnym terminie trzech lat od poprzedniego. Zobaczymy, jak to wyjdzie. Pogoda, roztopy, śnieg, nasze choroby nie były wystarczającym powodem do uzasadnienia, czemu ktoś zrobił badanie „po terminie”. Na dzień dzisiejszy za sprawą rozmaitych urzędów doszedł jeszcze jeden czynnik – brak tuberkuliny. Zaczyna się całkiem ciekawie. Czekamy co się okaże „kinder niespodzianką”.

Polska jest podobno krajem wolnym od gruźlicy, brucelozy. Ciekawe, czym się to je, tą wolność. Chodzą słuchy o badaniu 1/5, a nie 1/3 pogłowia. Jak to dobrze o perspektywach związanych z pracą zawodową dowiadywać się w ostatniej chwili! Człowiek nie musi sobie niczego planować, bo i tak te plany pójdą do kubła. Nie trzeba zastanawiać się nad zatrudnianiem ludzi do pomocy, bo dopiero w przeddzień podpisania umów okaże się co i jak. Jest świetnie! Natychmiast daje się odczuć, że nie żyjemy już w realnym, lub nierealnym socjalizmie, lecz w kapitalizmie! W nowocześnie panującym nam ustroju „z góry” przyświeca maksyma Orkiestry Świątecznej Pomocy: „róbta co chceta”. Wiadomo, wszystkie złoto schodzące z góry ulega pewnym zanieczyszczeniom i schodząc na weterynaryjne niziny brzmi: „ratuj się kto może”.

Nie wspominam nawet o opłacalności wykonywania wyznaczeń, bo naszą Radę Krajową podobno wyrzucili z Ministerstwa podczas negocjowania stawek, więc o czym tu będziemy mówić? Zastanawiam się, czym jest ta gruźlica, ten prątek mycobacterium bovis. Zarazek sam w sobie jest niewidzialny, dopiero odpowiednie techniki mikroskopowe umożliwiają jego znalezienie. Gruźlicy u bydła jest mniej, niż u ludzi, a walka toczy się dalej. Na niwie wirtualnej.

W moim województwie praktycznie przez cały 2009 rok „testowaliśmy” program komputerowy „VetLink”. „Testowanie” polegało na tym, że musieliśmy sprostać wymaganiom narzuconym przez oprogramowanie firmy „Marcel”. W przypadku programu – niewypału „Celab” – istniała możliwość zgłaszania uwag do programisty. „VetLink” jest programem bardziej zaawansowanym i takiej możliwości nie ma. Jest zdaje się doskonały, przynajmniej zdaniem autora i wdrażającej go komisji. Jeżeli nawet są jakieś uwagi to pospólstwo nic o tym nie wie.

Wiosną myślałem, że ten program wszedł do użycia w całej Polsce. Okazuje się, że nie. Miałem kilka pytań z różnych regionów o to, czym się je tego „VetLink’a”. Odpowiedź jest prosta – komputerem. Oprogramowanie zostało napisane z myślą o ułatwieniu pracy zawalonych probówkami z krwią laboratoriów. Czyli jest dedykowane dla końcowego etapu badania zwierząt na brucelozę i białaczkę. Ba istnieje też moduł do wpisywania próbek krwi od świń – słynna akcja antyaujeszkowa. W ostatniej chwili, pewnie na życzenie jakiegoś Inspektoratu dorzucony został i moduł gruźliczy. Wiadomo, laboratoria badaniami gruźliczymi się nie zajmują, więc temat został podjęty w ostatniej chwili.

Dostęp do opcji programu jest ściśle limitowany. Najwięcej wie administrator, najmniej lekarz pierwszego kontaktu z rogami bydła. Normalka. Wszelkie dane są magazynowane na serwerze i stamtąd mogą sobie je ściągać uprawnione osoby i instytucje.

W trakcie testowania dostawaliśmy z Inspektoratów wydruki zawierające informacje pochodzące z ARMiR. Każda strona dotyczyła osobnego stada (przy okazji były tam nawet dane właściciela – co znacznie ułatwiało szukanie takiego stada). Jeżeli zwierzęta stada nie mieściły się na jednej stronie – program generował tyle stron, ile tylko było potrzeba. Można też zażądać wygenerowania stron „pustych”, czyli porubrykowanych, zawierających dane właściciela, ale bez wpisanych zwierząt. Z takim arkuszem wchodzi się do obory i przystępuje do badań.

Pierwszym etapem badań jest potwierdzenie zgodności danych odnośnie właściciela i numeru stada. Bywa, że ojciec przekazał bydlęta synkowi, a Agencja nie zdążyła tego uwzględnić – i trzeba nanosić poprawki. Kolejny etap polega na wyszukiwaniu w rejestrze sztuk widocznych przy żłobach. Niejakim ułatwieniem tego zadania jest to, że na wydruku obowiązuje kolejność numeracji. Można próbować odwrócić sytuację i szukać zwierząt na podstawie numerów, ale to znacznie ambitniejsze zadanie. Wśród rubryk są takie maleńkie krateczki, gdzie się robi krzyżyk w zależności, jakie badanie u zwierzęcia jest wykonywane. Warto robić ten znaczek mocno piszącym sprzętem, bo inaczej ginie on wśród komputerowo wygenerowanych rubryczek i na koniec badania trudno prześledzić, czy w Agencja nie przewidziała przypadkiem obecności w stadzie sztuk dawno zjedzonych. Sztuki zjedzone zaznacza się przez ich skreślenie. Chwilowo nie obowiązuje wpisanie numeru faktury z rzeźni. Jeżeli są w stadzie jakieś cielaczki, albo hodowca dokupił nieco pogłowia – wpisujemy je w puste pola. Formularz terenowy podpisujemy my i rolnik. Podczas pierwszej wizyty wpisujemy pierwszy pomiar fałdu skórnego. Drugi pomiar fałdu skórnego wpisujemy po 72 godzinach na liście wygenerowanej w oparciu o tą pierwszą, przepisaną do komputera. Cud nowoczesnej informatyki umie odjąć jeden wymiar od drugiego i wpisać we właściwą rubryczkę! Ampułki – na każdym formularzu z serią, datą ilością (ale to się automatycznie kopiuje na kolejnych formularzach).

Z następną kartką jedziemy na kontrolę, ponownie wyszukujemy na kartce sprawdzane sztuki i zapisujemy drugi pomiar. Wystarczy jeszcze tylko przepisać ten pomiar do komputera i wysłać na serwer. Proste jak drut! Ktoś mógłby zarzucić, że w zasadniczy sposób maleje szybkość z jaką badamy zwierzęta. Ale o to właśnie chodzi! Mamy się zastanowić, co robimy, a nie mechanicznie wykonywać pomiary i zastrzyki! Zresztą można zastosować ułatwienie – wynająć do pomocy osobę biegłą w komputeropisaniu. Myślę, że warto zapłacić pisarzowi zamiast silnorękiemu do trzymania bydlaków. Stawka niby ta sama, te 20zł. Inna kwestia, zauważyłem, że rolnicy niżej się kłaniają mojej pani Zootechnik, co zawsze jeździ ze mną i pisze, niż mi. Wiadomo – ja jestem cały w ekskrementach, a pani Zootechnik pracuje długopisem na papierze i mówi mi czy mam pobierać krew, bo to wynika z wydruku komputerowego. Ona komputer, a ja standardowe gumofilce.

Nie płacą nam za pomoc. Szkolenie trwa dziesięć minut, bo lekarze nie chcą słuchać bzdur o klikaniu w komputer i mówią, że wiedzą, wiedzą. A potem nie wiedzą. Osoby zajmujące się obsługą programu z ramienia Inspekcji uczyły się na swoich błędach przez rok. Teraz są doświadczone. Będzie kogo pytać o dobre rady. Bo wiadomo, że skoro dotychczasowa praca wykonywana przez Inspekcję spadnie na nas – powstaną problemy. Teraz będziemy wykonywać TBC, IRZ i komputeropisanie w dawnej cenie TBC. Wiem, że wszyscy są do tego gotowi, tylko czekają na moment ruszenia z robotą.

Mnie trochę martwi to, że będę zużywał mnóstwo papieru i tonera do drukowania arkuszy badań. Najgorzej, że po dwakroć trzeba będzie drukować arkusze gruźlicze. Ani Inspekcja, ani programiści nic, a nic nie pomyśleli – jeśli nie o naszej pracy – to o biednych drzewach, o ozonie buchającym z paszczy drukarki laserowej. Nikt nie pomyślał o pracy tych, co dadzą ciała za kolejne sukcesy Inspekcji w zwalczaniu chorób zwierząt.

Zdaję sobie sprawę, że na etapach, które nie są mi dostępne też są lapsusy. Ale co z tego? Kogo to obchodzi, że można poprawić? Zapłacone, zapłacone kosmiczne pieniądze, więc hajda do roboty wy lenie, nieroby, olambiki jedne!

Oczywiście, pod choinkę dostaniemy prezenty od Departamentu, Głównego Lekarza. Pierwszy prezent to 20zł za pomoc przy monitoringu. Następny prezent to obligatoryjne ubrania robocze, takie do których tak szybko przyzwyczailiśmy rolników w trakcie akcji Aujeszkowej. I trzeci prezent to hit elektronicznego księgowania – VetLink – będzie w końcu też wyliczał wynagrodzenie za nasze usługi. Po czwarte – nawet nie wspomnę o nowym cenniku wynagrodzeń. Zajrzyjcie tam sami! Wszystkiego najlepszego pod choinkę!

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.