Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Obawa przed pomysłami Rady Krajowej"-W.Szczerbiak

2010/01/17 19:34:22


„Życiu Weterynaryjnym” (strona 26), nasz kolega i radny - dr Jacek Sośnicki rozpoczął dyskusję na temat „obowiązku szkolenia ustawicznego i opracowania standardów usług weterynaryjnych”. Rozumiem, że nie wszystkie prezentowane wnioski pochodzą od autora artykułu, a są pokłosiem wielu dyskusji, tam na górze. Niemniej istnieje odwieczne prawo, że ten, co się pierwszy odezwie, ściąga baty. Za odwagę!

Standaryzacja usług świetna to rzecz! Proponuję, żeby robiących zastrzyki zobowiązać do posiadania waty, odkażalnika, kompletu strzykawek, (od 1ml do 150ml) najlepiej kilku firm. Standardem musi też być skalpel z wymiennymi ostrzami i kilka kompletów tych ostrzy (numeracja w/g producentów). Myślę, że szczególnej uwagi wymaga też dostosowanie rozmiarów igieł do gatunków, wielkości i innych parametrów leczonych zwierząt. Kurczaki – wiecie, to igiełki króciuteńkie, cieniutkie prawie jak do tuberkulinizacji bydła. Bez tego prawa – żaden lekarz nie poradzi sobie w praktyce! Bo skąd ma to wiedzieć? Ze studiów? Cieszę się, że w końcu będę wiedział czarno na białym, co jest do czego i nie będę niczym zwyczajny chłopek - roztropek kastrował świniaków przy pomocy kozika, ale skalpelem z ostrzem specjalnie dostosowanym wyłącznie do tego zabiegu. To niewątpliwie zwiększy moją konkurencyjność (wobec „misiarzy”)! Jak to dobrze, że ktoś za mnie myśli! Jak to dobrze, że wybraliśmy taką Radę!

Gabinet ustawowo musi mieć stetoskop. Stetoskop to archaiczna drewniana rurka do osłuchiwania. Nikt tego nie używa od czasu wynalezienia fonendoskopów, a każdy gabinet, przychodnia i lecznica - muszą ten zabytek posiadać. Czy posiadają? Nie! Bo i po co? Prawodawcy się zdawało, albo coś pomylił przy pisaniu i – stworzył martwy przepis. Nie jest to jedyny dziwoląg prawa o zakładach leczniczych, nas obowiązujący i co najśmieszniejsze nieprzestrzegany. Wszelkie kontrole zakładów weterynaryjnych udają, że nie zauważają braku stetoskopów. Można mówić o kwestii całodobowych dyżurów, który to temat każdy interpretuje po uważaniu, o rurkach intubacyjnych w zakładach nie posiadających aparatury do sztucznego oddychania. Jest trochę takich rzeczy. To już było, przerabialiśmy przez dwie ostatnie kadencje.

Ciekawy jestem jaki to zestaw narzędzi będzie obowiązywał do wykonania wspomnianej przez Autora artykułu – repozycji żołądka u psa. Z góry chyba wiem, że posługuję się innym sprzętem niż autor ma na myśli. Może jestem lobbystą innej wytwórni? Ze swojej strony proponuję też poprzydzielać do każdej jednostki chorobowej konkretne leki i wara, jeżeli ktoś zrobi odstępstwo! Może dodatkowo z podziałem na powiaty? Przyporządkowanie leków chorobom zrobi z nas superkonkurentów dla niczego nieświadomych hodowców od lat stosujących przy zapaleniu płuc zwyczajną tiamulinę.

Standaryzacja! O! Na szczęście z maciupeńką furteczką. Tą furteczką są „sytuacje ekstremalne” sugerowane przez doktora Andrzeja Lisowskiego. I chwała Mu! Senatorska to głowa, zawsze tak twierdziłem! Ten zapis może uratować całą weterynarię terenową. Uważam bowiem, że praktycznie wszystkie moje przypadki (z wyjątkiem kilku przypadkowo czemuś tam leczonych zgodnie z nadchodzącą ideą Izby Krajowej) – są „ekstremalne”. Tak samo, jak niektórzy uważają, że całodobowym dyżurem lecznicowym jest spanie gdzieś w domowych pieleszach w drugim końcu powiatu.

Rozumiem potrzebę stworzenia czegoś tak zaraz od podstaw, czegoś nowego, o czym autorzy będą mówić, że są autorami, o czym za dwadzieścia lat będą mówić profesorowie na wykładach z przedmiotu – „standaryzacja usług weterynaryjnych”. Podwaliny nowego! Wszystkim będzie można pokazać swoje znaczenie dla rozwoju zawodu, ba nauki – ustalając, co jest zabiegiem podstawowym, a co zabiegiem skomplikowanym i materiałochłonnym. Ja chwilowo jeszcze tak po prostacku uważam, że usuwanie kamienia nazębnego u psa da się wykonać nawet przy pomocy kleszczy do wyrywania zębów, peana, lub nawet rączki od szczoteczki do zębów. Fakt, grzebanie w zębach to domena stomatologiczna, a więc specjalistyczna. Prawdopodobnie zwycięży więc opcja, że trzeba posiadać skaler ultradźwiękowy. Możliwe, że do badania USG potrzebny jest ultrasonograf, choć pewnie znajdą się i eksperci tłumaczący, że im wystarczy sama obudowa od urządzenia i uszkodzony, mocno śnieżący kineskop telewizyjny. RTG? A nie wystarczy szafa z archiwalnymi zdjęciami, które będzie można za odpowiednią opłatą dostosować do praktycznie każdego przypadku?

Założeniem tych regulacji jest to, że:
„zabiegi należy wykonywać we właściwych warunkach lokalowych , przy użyciu odpowiedniego sprzętu, narzędzi, leków, oraz w asyście wyszkolonego personelu. Tylko tak pracujący lekarz jest w stanie obronić się w sytuacji niepowodzenia zabiegu i ewentualnych roszczeń właściciela.”
Znam przypadki znakomitych klinik, gdzie super sprzęt nie pomógł, bo piesek podczas spaceru rekonwalescencyjnego (w asyście świetnie wyszkolonego personelu) – dał nogę i klinika tyle go widziała. Sprzęt, asystenci nie pomogli! Klinika płaciła ciężkie odszkodowanie za zaniedbanie. Czemu za wszelką cenę mamy zastępować zdrowy rozsądek nieżyciowymi (przynajmniej przez następne pięćdziesiąt lat) przepisami? A mało mamy tych paragrafów? A może już jest ktoś taki, kto wszystkie te paragrafy spamiętał? Jest taki? I co – leczy on, czy egzekwuje? Komu te nowe przepisy są potrzebne? Naszym kontrolerom? Ja wypisuję się z takiej Izby! Przepisów ci u nas naprawdę dostatek! Czyżby Rada sądziła, że jeszcze kilka będzie dobrą wróżbą na przyszłość? Toż to nie Grunwald! Dzielni mężowie jak doktor Aleksander Borowiecki zdecydowanie walczą z wszelką obcą ingerencją w zdrowy fundament weterynarii, a tu nasza Rada taki gips szykuje!

Jestem przeciwny wprowadzaniu nowych działów prawa krępującego ręce lekarzy weterynarii. Dotychczasowe przepisy są dostatecznie śmieszne i nieżyciowe. Po co następne? Zróbmy najpierw porządek ze starymi.

Zostało w dyskusjach do pewnego stopnia ustalone, że lekarz klinicysta nie powinien wykonywać swojej praktyki „przy okazji” pracy w administracji, laboratorium, w przemysłowym zakładzie ubojowym. Słuszne to i zbawienne! Lekarze weterynarii już teraz samograniczają swoje możliwości, a całe szczęście, że nie dotyczy to rolników, hodowców, producentów pasz, którzy mogą wszystko!

Wiadomo, że punkt widzenia jest zależny od pewnych pryncypiów związanych z siedzącą częścią ludzkiego ego. Doskonale to wyszło w artykule o tych różnistych projektach. Mianowicie chodzi o słowa:
„Myślę, że wynika to z chęci zachowania status quo, w którym praktyka weterynaryjna jest w całości podporządkowana lukratywnemu wyznaczeniu i nie powinna w ich opinii być zbyt absorbująca finansowo i czasowo, np. konieczność ustawicznego kształcenia się”.
Tak między nami pierwszy raz, za doktorem Związkiem – lekarz prywatnej praktyki i to na dodatek członek Rady Krajowej – stwierdza, że wyznaczenia potrafią być lukratywne. Przypominam, są lekarze oddający się wyłącznie badaniu mięsa. Niekoniecznie znajdują się oni na „lukratywnych posadach”. W każdej chwili ich umowy – zlecenia mogą pójść do kosza, bez jakichkolwiek wyjaśnień. A to nie jest cecha jakiejkolwiek posady, że trzeba rozpościerać wokół siebie spadochrony na wypadek powiedzmy – „widma etatyzacji”, albo zwykłej niełaski.

Weterynaria jest taka, jacy jej klienci. Gdy klientów mamy bogatych – przychodzą do nas, żebyśmy poobcinali pazurki u pieska. Koniecznie lekarz! Najlepiej po dwusemestralnych, podyplomowych studiach z zakresu „Pielęgnacja i żywienie zwierząt towarzyszących”! Na wsi do podobnego zadania zostanie wezwany kowal, albo i okaże się, że konkretna potrzeba „nie występuje”. Na wsi i poród zrobi każdy jeden hodowca. A w mieście?

Skoro już jesteśmy przy studiowaniu – słynne kształcenie ustawiczne. Myślę, że temat „ma się na rzeczy” jedynie w wypadku, kiedy pozostaną wyłącznie obecne cztery wydziały weterynarii. Z chwilą wprowadzenia trzech kolejnych – będzie więcej lekarzy niż psów. Spowoduje to, że konkurencja sprowadzi się do stosowania chwytów z innej bajki niż całe to kształcenie. Jestem za kształceniem, sam zapomniałem już chyba więcej niż się nauczyłem na studiach. Zgadzam się, uczyć się warto, to dowartościowuje! Szkoda, że częściej udaje się sprzedawać zakazane leki z półek niż wiedzę wyniesioną ze studiów podyplomowych, kongresów i sympozjów. Pisze doktor Sośnicki, że klienci odchodzą do lepiej wyposażonych i wykształconych. Może ci, najwyższych lotów klienci i odchodzą. Normalny klient patrzy, żeby blisko a najlepiej – i za darmo. Żeby leków nie kupować w gabinecie, a w stodole z paszami dla świń. Nie sądzę, żebym wiele przesadził. Może pominąłem tu kwestię osobistych sympatii poszczególnych klientów, bo i te odgrywają niebagatelną rolę. Jeżeli chodzi o fachowość – liczy się wyłącznie pieniądz. Najlepszy, jest lekarz, co poradzi, choćby i z drugiego końca Polski przez telefon, internet, a leki sprzeda po cenach niższych niż gabinet kupi z hurtowni.

Rozprawmy się z tą zmorą. To jest pilniejsze! Kłamstwa rolników związane z oświadczeniami o łańcuchu żywieniowym są dla naszego zawodu drugorzędne. Sami je ostatecznie poświadczamy. Administracja weterynaryjna dysponuje właściwymi narzędziami, aby choćby natychmiast ukrócić ten proceder. Potrzebne jest wyłącznie przyzwolenie społeczne. A tego przyzwolenia nie ma!

Przyzwolenie społeczne? A handel lekami? Dysponujemy całą walizką przepisów umożliwiających dokładną kontrolę nad swobodnym handelkiem antybiotykami. Ale nie dysponujemy społecznym przyzwoleniem na zastosowanie takiego procederu. Ot, niewiedza konsumentów, mizeria i zachłanność producentów stawia nas w sytuacji, kiedy ponosimy odpowiedzialność za nieswoje winy. Zawinił chłop czy baba z rynku, a weterynarza powiesili.

Nie dajmy się przekonać, że jesteśmy wszystkiemu winni! Jesteśmy dokładnie tacy, jakimi chcą nas mieć nasi klienci. Gdy konsumenci dojdą do wniosku, że nie smakują im antybiotyki w mięsie, gdy uznają, że zwierzęta rzeczywiście mają jakiekolwiek prawa – my jesteśmy doskonale przygotowani przez naszych mistrzów do tego, żeby tym wymaganiom sprostać. Wychodzenie przed szereg jest oznaką odwagi cywilnej, ale i jakiegoś szaleństwa. Czasem warto to robić. Pytanie jest tylko o moment, kiedy się za to weźmiemy.

Zanim zaczniemy wprowadzać ograniczenia i nakazy związane z narzędziami do wykonywania zabiegów – może zróbmy cokolwiek z narzędziami do leczenia w postaci „weterynaryjnych produktów leczniczych”? Myślę, że to dobry punkt wyjścia. Z czasem, jeżeli wyeliminujemy konkurencję w postaci hodowców, żywieniowców, możemy się zabrać za konkurowanie między sobą. Dziś jest na to jeszcze za wcześnie, mamy wystarczającą ilość „wrogów zewnętrznych”. Jest się na czym skupić.

Tak zresztą i z dyżurami. Nadchodzi chyba już od dziesięciu lat ten czas, kiedy trzeba będzie rozwiązać problem. Jeżeli nie zrobimy tego my, zrobi to ktoś za nas. Kwestia z czyich pieniędzy to nastąpi. Najlepiej, żebyśmy my się złożyli na te dyżury, prawda? To nasz obowiązek wobec zwierząt! Prawda?

Może to i dobrze, po dwudziestu latach bezkrólewia w weterynarii klinicznej może i nadeszła pora na porządki. Myślę, że porządki powinny być zrobione z głową. Ograniczeń w przepisach mamy bez liku. Kwestia egzekwowania. Czy tworzyć nowe ustawy? Cóż, o tym podobno właśnie radzi sobie Rada…

Na marginesie – bardzo Ci dziękuję Jacku, że zechciałeś przybliżyć nam, szaraczkom co się tam dzieje na górze. Może i wśród mas ruszy jakaś dyskusja? Może ktoś interesuje się przyszłością weterynarii? A może, okaże się, gdzie my to wszystko tak naprawdę …

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.