Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Najnowsze osiągnięcia w zwalczaniu włośnicy - W.S.

2010/02/15 17:34:29


Woda. Doskonały rozpuszczalnik. Ciecz o ściśliwości bardzo odmiennej niż inne. Ciekawe, czemu tak nie lubię, jak mi ktoś robi wodę z mózgu? A może to tylko objaw tego, że cos zrozumiałem, że wkraczam na nowy podest świadomości?

Zaczęło się to już dawno. Tak dawno, że praktycznie nie pamiętam. Byłem kiedyś malutkim, młodziutkim weterynarzykiem. W lecznicy urzędował doktor Wisłocki, zajmował się także badaniem próbek na włośnie. Pamiętam, pamiętam, szczególnie przed świętami te miednice pełne skrawków. Już wtedy była to praca wykonywana na zlecenie, dodatkowo płatna, a extra płacili za znalezione włośnie. Szczególnie podczas stanu wojennego popularne było to badanie. Mięso na kartki, a Naród jeść potrzebował. Wówczas jeszcze pokutowało przekonanie, że wszelkie zmiany ustrojowe da się oprzeć o chłopa i – jakoś to pójdzie. No i szło, jakoś.

Z czasem badanie próbek zaczęło chodzić własnymi drogami. Do nas, szaraczków docierały wyłącznie wielkie decyzje: badać, nie badać. Wiadomo, badać było trzeba, bo była taka potrzeba rynkowa. Problem był tylko z opisem tego badania. Były czasy, kiedy można było oficjalnie zbadać wyłącznie próbkę, a następnie wpisać – „próbka właściwa, wolna od włośni, czy wynik dotyczy próby” Potem okazało się, że badanie samej próbki jest nielegalne. Wszedł obowiązek W związku z tym jakiś czas wpisywaliśmy, że zbadany został cały świniak. Na szczęście krótko to trwało, bo nikt nie chciał podpisywać się pod tego rodzaju oświadczeniem.

Zmieniały się czasy, powstały rozliczne ubojnie i drastycznie spadła ilość próbek do badania. Do Dziennika Badania Poubojowego wpisywaliśmy tylko losowo wybrane sztuki. Niektóry klienci przeznaczali zwierzęta do żywienia zbiorowego i trzeba to było potwierdzić. Na krótki też czas wróciła możliwość wpisywania, że zostało wykonane samo badanie na włośnie, ale jakoś nikt się już tym nie przejmował, bo po co pisać, jak można nie pisać? Wystarczyło „nabić” badanie „na kasę” i dać paragon. Kolejny ruch związany z badaniem w „obwodach terenowych” polegał na wprowadzeniu rygorów związanych z ubojem. Badanie przed i poubojowe, licencjonowany zabójca czy tez ubojca, zgłaszanie uboju w inspektoracie. Do końca ubiegłego roku, na mocy „szczególnych przepisów” można było badać kompresorowo. Od stycznia takie badanie jest zakazane. I w ten sposób nasze władze weterynaryjne dobiły badania terenowe, choć Prezes Izby apeluje – „Ratujmy małe rzeźnie”.

Oczywiście, pojawiło się wówczas słynne pojęcie badania parazytologicznego, przy pomocy którego – kto chciał omijał gąszcz przepisów i czynności administracyjnych. Klienci stawali się coraz bardziej wygodni, poznikały maleńkie ubojnie, skończyła się sprzedaż mięsa z uboju gospodarczego. Na dzień dzisiejszy do akcji wkraczają akredytowane laboratoria, gdzie są wytrawiane próbki mięsa ze świń, dzików i zwierząt egzotycznych (jeśli chodzi o to badanie). Do takiego punktu trzeba dowieźć próbkę, ale co to jest w dzisiejszych czasach, kiedy prawie każdy ma samochód? Badanie na włośnie zawsze było elementem badania poubojowego, ale do lecznic zwykle dostawaliśmy same próbki i coś z tym trzeba było zrobić.

Szaleństwa toczą się wokół badania tak prostego, że Ministerstwo Rolnictwa dąży do ponownego przekazania go w ręce ludzi przyuczonych. Wokół badania w Polsce toczą się wielkie podchody. A jednocześnie nie przejmują się tym problemem w wielu krajach zachodnich (przykładem jest pozornie purytańska weterynaryjnie Wielka Brytania). W prawie, które powstało w dziewiętnastym wieku i nieomalże do drugiej połowy dwudziestego przetrwało w dość stabilnej i jasnej postaci. Największe zmiany nastąpiły w związku z wstąpieniem Polski do Unii. Nawet włośnie, prawdopodobnie za sprawą niedouczonego tłumacza zmieniły swoją nazwana włosienie.

Mam wrażenie, że badanie na włośnie stanowi doskonały przykład tego, w jaki sposób zmienia się myślenie o badaniu wśród ludzi, którzy tym się nigdy nie zajmują, a bardzo często i nigdy nie zajmowali. Na dzień dzisiejszy kwestia badania próbek z trzody bitej w gospodarstwach chlewnej jest zagadnieniem marginalnym, głównie ze względu na spadek ilości tych ubojów. Problemem z wolna narastającym, wobec powolnego wzrostu ilości dzików strzelanych przez myśliwych pozostaje badanie pochodzących od nich próbek.

Mamy ciekawą sytuację. Inspekcja usilnie wprowadza, gdzie się tylko da i nie – akredytowane laboratoria do wytrawiania próbek mięsa. Zwykłe stacje już przestały wystarczać, stały się przeżytkiem epoki, kiedy na białe mówiło się białe. Ponieważ mamy (jak zwykle) okres przejściowy obowiązuje prawo dopuszczające dla potrzeb własnych zwykłe badanie kompresorowe. Fakt, to badanie zostało znacznie udoskonalone, już nie bada się pod mikroskopem na czternastu, a na pięćdziesięciu sześciu polach. Nie ogląda się więc próbek przez pięć do dziesięciu minut, ale – dwadzieścia – do czterdziestu minut (za tą samą stawkę oczywiście). Wobec dysproporcji jakości badania kompresorowego wykonywanego przez lekarza w stosunku do badania, jakie może zapewnić przyuczony pracownik w akredytowanym zakładzie, wprowadzony został nakaz co najmniej godzinnej obróbki termicznej mięsa zbadanego przez lekarza. Nie od dziś wiadomo nauce, że godzinne przetrzymywanie mięsa w temperaturze 71 stopni Celsjusza – zabija larwy włośni. Amerykanie na ten przykład mrożą mięso przez odpowiednią ilość czasu i, jako że są pragmatyczni – nie badają w tym układzie na włośnie. Mają wprawdzie duży odsetek włośnicy u ludzi, ale nikt się tym nie przejmuje. Ale tak się dzieje na innym kontynencie. U nich wszystko jest inaczej!

Zastanawiam się, skąd wziął się taki galimatias. Oczywiście podstawą całego bałaganu jest to, ze badanie na włośnie jest, zgodnie z ministerialną nomenklaturą – analizą substancji. Dokładniej – jest tą analizą – do celów podatkowych, a tak potocznie, nadal stanowi badanie, do którego Ministerstwo Rolnictwa chce ponownie dopuścić ludzi bez tytułu lekarza weterynarii. Wraca stare w nowych szatkach. Kiedyś przyuczony badacz był zatrudniany z braku lekarzy, dziś – zwyczajnie, taką mamy wolę polityczną naszego ministerstwa. Zresztą poza naszym ministerstwem chyba nigdzie w Europie tak się tymi badaniami nie przejmują. W Polsce chodzi o to, żeby… No właśnie, o co chodzi? Nie wiadomo? Więc – wiadomo! Pieniądze! Weterynaria jest na pasku lobby rolniczego. Sprawna i tania. Wprowadzone są najnowocześniejsze techniki zarządzania, dzięki którym docelowo przy wytrawianiu mięsa można będzie zatrudnić wytresowanego psa. Procedury postępowania podczas tej analizy są ułożone niczym program komputerowy. Wprawdzie są tu jeszcze słabo rozwinięte pętle go - to, ale to dopiero – jak zwykle - wersja beta, ta do testowania.

Nad tymi przepisami, procedurami pracują tęgie głowy. Skąd więc się biorą takie cuda? Spróbowałem na chwilę znaleźć się w portkach takiego demiurga. I co mi z tego wyszło? Więc po pierwsze są przepisy unijne, tak zwane dyrektywy. Dyrektywy w zasadzie tylko „zalecają”, ale to bardzo silne zalecenia. Nasza Inspekcja bardzo wzięła sobie do serca stworzenie w Polsce najnowocześniejszej, najsprawniejszej weterynarii na świecie. Nie da się? Da się! Te akredytowane wytrawialnie to ostatni krzyk światowej mody. Opis procedury wprawdzie zajmuje około stu stron formatu A4. Nowatorska procedura łączy w sobie starą technologię wytrawiania z pomysłami wziętymi z amerykańskich agencji kosmicznych. Tak samo, jak przy starcie samolotu piloci odczytują listy startowe i odznaczają poszczególne punkty, tak i w naszych pracowniach trzeba stawiać ptaszki. Dobrze by było, żeby starczyło na to czasu, ale to już nie jest zmartwienie twórców procedur. W Polsce zawsze mamy wersję beta. Tym razem najwyraźniej ktoś zapomniał o procedurach i kwalifikacjach niezbędnych do dowiezienia próbek!

Czyli nowoczesność – to chęć przypodobania się światowym trendom, a w zasadzie – zapowiedziom tych trendów. Jednocześnie z tymi na wskroś przyszłościowymi technikami wykonywanymi przez osoby przyuczone – lekarze mają prawo (o ile są uprawnieni) wykonywać dużo mniej precyzyjne badanie kompresorowe. Dokładność badania przez osobę przyuczoną wynosi więc powiedzmy 95%, a lekarz bada z dokładnością 70%. To oczywiście nie wszystko. W związku z powyższym mięso badane przez lekarza musi być poddane obróbce termicznej. Czy to uwłacza? Może i trochę. Ale z drugiej strony, dzięki temu zapisowi o obróbce cieplnej – zawsze w przypadku wystąpienia u ludzi włośnicy – znajdzie się współwinny. Kucharz. Tak samo, jak ludzkiemu chirurgowi operacja „nie wyjdzie” i do zwalenia na nie winy jest kilka osób. Począwszy od chirurga, kończąc na sprzątaczce, co nie umyła okien na sali. Faktem jest, że prawodawca zapomniał, co zrobić z „próbkami z terenu”. Znowu nie są do końca opracowane kwestie tego, czy próbka wycięta i dostarczona przez właściciela ma jakąkolwiek moc sprawczą. Czyli są plusy dodatnie i ujemne tej sytuacji. Handryczą się o procedury, o stawki, a chodzi wyłącznie o te akredytowane laboratoria, które wyjdą spod gestii niedouczonych inspektoratów powiatowych, a przejdą pod kontrolę pionu laboratoryjnego. Kompetencje!

Prawem kaduka w tak zmyślnym planie pojawił się kolejny dysonans. Zaawansowana, kosmiczna technologia i cena badania. Cena badania próbki z dzika wynosi 20zł. Policzmy sobie w ten sposób, jak to uczynił mój kolega Krzysztof gdzieś tam z Bieszczad. Otóż Krzysztof mówi tak: trzy godziny wytrawiania to 41zł/h czyli 120zł (trzy, bo i światło w pracowni też trzeba zapalić). Do tego dowóz. Ile dwadzieścia? Sześćdziesiąt kilometrów? A kilometr to 0,85zł (i czas dowożącego). A ile kosztuje tusza dzika? 120 – 180zł? Istnieje w tym wypadku problem związany z wypłatą odszkodowań za szkody uczynione przez zwierzynę leśną w uprawach. Bywa, że odszkodowanie jest płacone w naturze, dzikami. Czy one są badane? Hmm.

Chwilowo gra toczy się o wdrożenie procedur. Po którejś tam nocy zarwanej w laboratorium euforia posiadania pracy minie i zacznie się proza dnia codziennego, konieczność utrzymania się przy życiu. I wtedy odezwą się protesty związane ze stawkami za usługi. Pół biedy, jeżeli te badania będą wykonywać inspektorzy w ramach godzin pracy. Oni od tego są, prawda? Natomiast lekarze wolnej praktyki? O! To jest pytanie! Już teraz dostali do badania kompresorowego próbki czterokrotnie większe za tą samą cenę, co kiedyś. Więc to jest pytanie.

Niemniej odpowiedź jest prosta. Tak, jak funkcje kontrolne (nie decyzyjne) w Inspekcji pełnią ludzie zawodów poza weterynaryjnych, tak samo można wprowadzić i wytrawianie przez kilka godzin dziennie, w dowolnych porach dnia i tygodnia, po 6 – 7zł/h (ministerstwo to umie). Toż tak nowocześnie przygotowane procedury dopuszczają udział sprzątaczek, hydraulików. Wystarczy, że prawidłowo wypełnią druczki i z głowy. Natomiast odpowiedzialność? Odpowiedzialność rozmywa się na tego, co pobierał, tego co wiózł, co przyjmował, co analizował, co podpisał, co przekazał informację do pobierającego i – w końcu na tego, co stemplował. Zupełnie, jak w nowoczesnej klinice chirurgicznej! Odpowiada i salowa, co myje okna! A o to nam wszystkim chodzi, nieprawdaż?

Na dziś nie wiadomo, jak badać skrawki z dzików, ze świń po uboju gospodarczym. Stare przepisy straciły moc sprawczą, nowe dopiero są pisane. Niedawno była mowa, że dziki można badać metodą dowolną. Ale już nie! Już musimy użyć odpowiedniego laboratorium, wyposażonego w specjalne procedury. Brakuje jeszcze procedur na pobranie próbek, dowóz. No i oczywiście, świnie też nie zostały jeszcze zapoznane z nowinkami. Którą metodę wybrać? Z praktycznych metod – Sędzia zapyta jaką metodą badałem, czy tą co daje 70%, czy tą, co daje o niebo wyższe prawdopodobieństwo znalezienia włośnia. Natomiast, jak wyślę próbkę do analizy w akredytowanym laboratorium – winna jest akredytacja, dowóz, i wszyscy inni, tylko nie ja! Warto!

Bałagan w konstrukcji tego opracowania? Celowy! Taki sam bałagan jest w samym badaniu na włośnie! Kto rozumie temat, jakoś tam i bada. Tak samo z tym tekstem. Kto zna zagadnienie – wychwyci przesłanki o których napomykam. A wnioski? Nie będę wyciągał wniosków, bo mi się nie chce. Każdy niech zrobi to sam, albo i nie. Co mówił ze sceny Jerzy Owsiak?

Ministerstwo wprowadza zmiany. Takie i jego prawo. Niestety, nam przychodzi w tym uczestniczyć. Trzeba wypośrodkować pomiędzy możliwościami badawczymi, potrzebami konsumentów i producentów. Nie jest to łatwe. Zmiany są co najmniej dziwne. Żeby wyjaśnić mój tok myślenia posłużę się, jak drzewiej się to robiło – przypowieściami.

Lekarz weterynarii, od dawien dawna wiadomo - ma badanie na włośnie wyssane razem z dyplomem. Gdy przypadkiem któryś potrzebuje jeszcze trochę possać, ma taką możliwość, ale jest ona traktowana jako swoista perwersja. Przebieg badań pozostaje niezmienny od chwili ich wdrożenia w dwudziestym wieku. Ewentualne niektóre czynności powtarza się po cztery razy. Zmienia się wyłącznie otoczka towarzysząca tym badaniom.

Właśnie odebrałem z renowacji stół po dziadku. Stół godny swojej nazwy, konserwator wysoko ceniący swoje kwalifikacje. Usiadłem, postawiłem przed sobą lusterko, elegancki kieliszek i godną poniesionych nakładów wódkę. Wódka w sumie zwyczajna, ot etanol, trochę wody. Wódka, jaka jest, każden wie. Każden umie ją zrobić, wypić, odchorować.
Czasy się zmieniają. Dziś mało kto pije bimber z blaszanej kwarty przystawionej do kranika. Dziś wódka najpierw jest nalewana (z tego samego kranika) do butelki z giętego szkła, z elegancko opracowaną nalepką, zakrętką i – oczywiście – gwizdkiem. To siedzę sobie siedzę, aż podjąłem decyzję. Już! Odkręcam, przechylam, nalewam. Nie leci! Znacie to? Te nowoczesne technologie! Legendy uczą, jak prawidłowo nalewać. Trzeba zakręcić, albo tym wcięciem, co to robią je na dole trzeba ustawić do góry, do dołu, albo jeszcze jakoś inaczej. Technik, procedur jest bez liku. A chodzi tylko o to, żeby napić się i nie rozlać. Najprościej jest pozbyć się gwizdka! Wódka, będzie taka sama!


Ps.
Podobno będzie znowu można robić bimber!

Próbowałem scalić, ujednolicić zagadnienie, niestety nie wyszło. Wszelkie zmiany są w toku. Następują z dnia na dzień.
Niemniej wielkie podziękowania dla:
Zbyszka Kowalskiego,
Stasia Skrobisza,
Krzysia Strawy,
i niewymienionej z nazwiska Pani Inspektor.

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.