Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Czy warto było?" - Włodek Szczerbiak

2010/04/01 00:52:31


Czy warto było?

Na Konferencję zorganizowaną przez „Medicusveterinarius” i Stowarzyszenie Prawa Finansowego „AUREUS” pojechałem niejako z obowiązku. Organicznie nie cierpię wałkowania tematów prawnych, a tu ostatnimi laty weterynaria zamiast zwierzętami nieodmiennie zajmuje się prawem. Prawem wszelakim i lekarze uważają się za ekspertów od tworzenia, modyfikowania i stosowanie wszelakich przepisów o jakie ociera się nasz zawód.

Mam powyżej spławika czytania paragrafów. O, potąd, potąd! Jestem lekarzem weterynarii! A właściwie to powinienem napisać, że tylko w zasadzie jestem lekarzem. Bo chwilami staję się prawnikiem. Chyba większość lekarzy- w tym i ja - na myśl o jakichkolwiek przepisach wstrząsa się jak pies po wyjściu z przerębla. Wstrząsa się, ale nikomu to nie przeszkadza w posiadaniu własnego zdania o prawie. Każdy jeden uważa się za najlepszego prawnika wśród koleżanek lub kolegów. Wsiadałem do samochodu zły, bo myślałem o tej konferencji, że umożliwi ona podreperowanie mojej wiedzy prawnej, a jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że i tak nikt z komilitonów mi nie uwierzy w to, czego się nauczę. Ot, wiedzą swoje.

Po co więc zamiast z żoną wybrać się do kina na „Avatar” lub na jakiś kabaret? Jadę na konferencję podatkową? Uzależnienie? Do pewnego stopnia. Zazwyczaj nasze przepisy, ich powiązania, interpretacje wywołują u mnie ataki śmiechu przechodzącego w kaszel. Wystarczy dość pobieżna znajomość prawa podatkowego dotyczącego naszego zawodu, żeby wyłapywać przerozkoszne lapsusy. A te są niejednokrotnie w swojej naturalności dużo lepsze od wymyślanych przez kabaretowych tekściarzy. A może, a może chodzi o coś innego?

Na dobitkę w wewnętrznej kieszeni marynarki taszczyłem kartkę, na której ZUS wypowiadał się o konieczności odprowadzania opłaty zdrowotnej od kosztów dojazdów samochodem. Jasny parasol! Niech ściągają daninę z tych, co nie płacą, a nie ze stawek niezmienianych od kilku lat!

I kto jest profesjonalistą?
No, tak z zawodu jestem lekarzem, a nie prawnikiem. Na prawie znam się mniej więcej, jak prawnik na weterynarii. I co ciekawsze, na prawie kształtującym nasze życie zawodowe znają się tak naprawdę jedynie wąsko wyspecjalizowani prawnicy. Inni eksperci zajmują się prawem administracyjnym związanym z weterynarią, inni prawem podatkowym, a jeszcze inni – izbowym. Prawie każdy z lekarzy ma swoją specjalizację zawodową. Obecnie ze świeczką w ręku można znaleźć lekarzy weterynarii ogólnej. Niemniej na prawie – znamy się doskonale, tak samo jak wszyscy Polacy znają się na leczeniu ludzi i uczeniu dzieci.

W gronie ekspertów.
Konferencja zdecydowanie potwierdziła moją opinię, że nie jestem specjalistą od prawa. Nie będę cytował żadnych przepisów, bo to czy paragraf - powiedzmy - 16 jest łamany przez „a”, czy prostowany przez kolano nie jest tu najważniejsze. Nie mam zamiaru swojej znajomości przepisów podatkowych dotyczących weterynarii – w konfrontować ze specjalistami prawa finansowego. Gdyby ktoś z Drogich Czytelników chciał koniecznie wiedzieć jak się łamie i prostuje przepisy, to powinien przyjechać do Opola mógł sobie przyjechać do Opola! Ja nie będę poprawiał wykładowców. Mam materiały, ale nie dam!

Co ja robiłem na zebraniu? Ano, przytłoczony przepisami, ich powiązaniami i relacjami usiłowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, co było pierwsze – jajko czy kura. Było to tak, że kura wytworzyła tak zwaną biomasę, a potem zniosła w to swoje jajko! Najciekawsze, że sugestia wyjaśnienia problemu padła podczas konferencji. Otóż w oparciu o konstrukcję przepisów obligujących Lekarzy Powiatowych do takiego, a nie innego traktowania zatrudnianych u siebie lekarzy urzędowych powstała chyba słuszna teoria. Któryś z urzędników, uważających się pewnie za guru w dziedzinie prawa pracy i prawa podatkowego – wyczytał, że można płacić w formie umowy – zlecenia, że można delegować poszczególne uprawnienia inspektorskie na lekarzy niezatrudnionych w inspektoracie. W oparciu o te informacje zostały stworzone na użytek naszego małego grajdołka jakby, Wacynie weterynaryjne przepisy. Prawo ewidentnie nastawione na krótkie uchwycenie w cugle lekarzy wolnej praktyki i zapewnienie niepodzielnego władztwa dla administracji weterynaryjnej.

Jak to powiedzieć, żeby nic nie powiedzieć?
Konstrukcja przepisów, a także ton wszelkich „interpretacji” zmierzają w jednym kierunku. W kierunku maksymalnego pogmatwania prawa. Ideą (fixe) zawodowych prawników jest podobno upraszczanie, ale często to im nie wychodzi. Niemniej po głębszym namyśle są w stanie zrozumieć, zinterpretować prawo stanowione przez zawodowców. Gorzej jest z naszym weterynaryjnym prawem. Eksperci prawa finansowego zrobili dużo, żeby zrozumieć, a następnie wyłożyć nam myśl przyświecającą podczas kodyfikacji „naszych” przepisów.

Swoją drogą, bardzo podziwiam finansistów, którzy zechcieli zgłębić nasze problemy prawne. Wręcz nie rozumiem, jak można babrać się w czymś takim! Ale z drugiej strony – taki mają zawód. Oni tak samo, nie rozumieją, czemu ja mogę wykonać badanie rektalne.

Wstępna konkluzja:
W czasie, kiedy prawo finansowe stara się umożliwić rozmaitym podmiotom gospodarczym jak najbardziej dostosowane do potrzeb podatników przepisy – w weterynarii jest jeden kierunek, jedna linia postępowania - możliwe że obrany chyba pod wpływem końskich klapek na oczy. Tak stworzone prawo miało chyba uprościć i ujednolicić księgowość weterynaryjną w inspektoratach. Ot, może to i fajno, podarować sobie prowadzenie i rozliczanie ewidencji VAT. Niemniej ta księgowość wcale taka trudna nie jest. A stało się, że księgowości weterynaryjnej w interpretacji naszego ministerstwa nie rozumie ono samo, ale i nie są w stanie zrozumieć jej zasad nawet eksperci od prawa podatkowego.

Zastanawiałem się, jak do tego doszło. Może to polegało na tym, że za czasów PRL jakiekolwiek prawo dla lekarzy zatrudnionych w lecznicach nie miało żadnego znaczenia. W tym czasie przepisy były konstruowane pod dyktando potrzeb ministerstwa rolnictwa i nikogo z nas to specjalnie nie obchodziło, a także nikt z nas nie miał na tę twórczość jakiegokolwiek wpływu. Sytuacja zmieniła się z chwilą podjęcia przez nas działalności gospodarczej. Pierwsze lata to była euforia. Każdy robił co chciał i jak chciał. Z czasem Ministerstwo Rolnictwa zaczęło przykręcać nam śrubę „na obraz i podobieństwo swoje”. Wytrzymaliśmy to- bodajże- do chwili wejścia do Unii. Ale dłużej się nie dało. Był protest lekarzy prywatnej praktyki w 2004 roku. Był protest w 2007 roku. Obiecano nas wysłuchać, współpracować z nami przy tworzeniu prawa stanowiącego o nas. I na tym właściwie stanęło.

Czemu się nam to nie podoba?
Kulało to prawo dalej i kuleje niemożliwie. Do tego stopnia, że jedną z ocen naszej sytuacji w prawie podatkowym było stwierdzenie, że przepisy VAT dotyczące weterynarii są skrajnie niespójne. W zasadzie myśleliśmy, że wszystko jest do wyrzucenia, ale pani prelegent coś spójnego. Jednolitymi w swoim wyrazie kazały się interpretacje, wyjaśnienia jakie były sporządzane na wnioski lekarzy. Te dokumenty były niesamowicie spójne. Spójne w tym, że żaden, poza jednym nie dawał odpowiedzi na zadawane pytania. Obrazowo mówiąc – na pytanie czy mleko jest koloru białego – dostawaliśmy odpowiedź, że dzbanek jest pomalowany na czerwono.

To świadczy dobitnie o naszym dyletanctwie w zakresie prawa. Zostaliśmy za to dość ostro zbesztani. Jak to jest, że lekarz stawiający pytanie, ba płacący za odpowiedź na to pytanie ani razu nie zareagował na odpowiedź całkowicie omijającą temat. Raz nastąpiła reakcja – po sławetnej opinii Izby Skarbowej z Torunia na temat możliwości wystawiania faktur za nasze usługi. Sąd Administracyjny w Olsztynie całe opracowanie skarbówki obalił. Ale to nie koniec, bo któreś ministerstwo wniosło o kasację wyroku tego sądu i sprawa jest w toku. A toczyć może się – aż do zapadnięcia rozstrzygnięć.

Jakieś wiążące stanowiska?
Spece od finansów uważają, że wystarczy, aby lekarz weterynarii znał prawo finansowe wyłącznie w niezbędnym zakresie. Gospodarcze znaczenie lekarza to nie przepisy, a praca ze zwierzętami, kontrola żywności. Parafrazując, na dzień dzisiejszy każdy z nas musi wiedzieć, kiedy chce się kobyle, maciorze, czy krowie. Ale ponadto musimy wiedzieć kiedy woła ZUS, VAT, PIT.

Odpowiedź na pytanie, czy można się rozliczać za pomocą faktur brzmi, że można. Niemniej istnieje pismo GLW w tej sprawie. Nie jest to decyzja ani stanowisko, czy jakiekolwiek zgodne z urzędniczą procedurą rozwiązanie. W tym piśmie, powołując się na wybrane przepisy i własną ich interpretację, GLW stwierdza, że w jego ocenie – PLW nie może się rozliczać za pomocą faktury VAT z zakładem leczniczym. Zastosowana formuła stanowi dla finansistów swoiste novum legislacyjne. W zasadzie taka forma urzędowej odpowiedzi oficjalnie nie istnieje. Ale, czy takiej ocenie może się oprzeć jakikolwiek Powiatowy?

Kolejny problem – jaki płacić VAT od usług „z wyznaczenia”, gdyby jednak udało się zawrzeć umowę dla zakładu leczniczego, a nie umowę zlecenia. Lekarz „wyznaczony” ma status urzędnika z wszelkimi konsekwencjami. Według ocen ekspertów – logika wskazywała by na to, że zakład leczniczy wykonujący usługi administracji państwowej, scedowane odpowiednią decyzją powinien być w tym zakresie rozliczany według PKD przysługującego w tym zakresie administracji. Niemniej jest to logika prawno–skarbowa niemająca nic wspólnego z logiką weterynaryjną, która tak samo, jak geometria nieeuklidesowa - może opierać się na całkiem innych przesłankach matematycznych. Nie istnieje wiążąca i jasna interpretacja zagadnienia. Podobno są opracowywane. W zastanych układach najbezpieczniej dla podatnika byłoby płacić ów 7% VAT i czekać na wyjaśnienie kwestii, a wtedy nikt nie oskarży o zaniżanie kwoty podatku należnego.

Kuriozalnym może się wydać pismo skierowane z ministerstwa finansów do naszego departamentu z prośbą o wyjaśnienie, jak powinny wyglądać weterynaryjne przepisy podatkowe. Kto więc co stanowi? Czy to są jedynie takie koleżeńskie pogaduszki między ministerstwami, żeby jeden drugiemu nie zaszkodził? A może tam jest tak samo, jak w moim gabinecie, gdzie wyznajemy starożytną zasadę, że kto raniej wstanie ten rządzi? Wiadomo, na szczeblu rządowym nie można w tak bezczelny sposób dzielić kompetencji. Oj tęgie głowy pracują nad wyjaśnianiem relacji międzyresortowych.

Będąc dyletantami prawnymi, prowadziliśmy negocjacje na tematy nam niezbyt bliskie zawodowo z instytucjami rzeczy też nie zajmującymi się problemami prawa pracy, podatków. W dodatku te instytucje zdecydowanie nie miały za priorytet rozwiązywania naszych problemów. I odsyłano nas od Annasza do Kajfasza. Wyniki są publicznie znane. Konieczne jest podjęcie rozmów z instytucjami, profesjonalistami zajmującymi się prawem pracy i prawem podatkowym. Stowarzyszenie „Aureus” zacznie sprawę naświetlać, dyskutować. „Gazeta Prawna” – też poruszy nasze problemy. Tymczasem w kręgach prawa finansowego pojawiła się opinia (przykra, ale poniekąd korzystna) – że weterynarii nie należy ruszać, bo mają taki bajzel w przepisach, że nikt się nie wyrozumie.

Nadzieja – jak matka. Szanujmy ją, bo co lepszego mamy do roboty?
Pojawił się promyk nadziei, że przepisy jakim podlegamy zaczną w końcu być dla nas trochę bardziej przyjazne. Obecny rozgardiasz powoduje, że działamy metodą „ratuj się kto może”. Próbowaliśmy kontrolerom tłumaczyć jak to jest, kiedy lekarz weterynarii zatrudniony w lecznicy – (bez znaczka)dostaje „wyznaczenie”. Śmiechu było co niemiara. Do tego stopnia, że w pewnym momencie zaczęliśmy się głupio czuć, gdy opisywaliśmy swoje wolty „prawne”. Co przedstawialiśmy jakiś wynalazek eksperci omalże nie staczali się z krzeseł. Może w pierwszej chwili to wygląda fajno, ale gdy tak jest przez cały czas? Tak na marginesie, nikt jednak nie wiedział, czy gdy „samochód będący moją własnością do przejazdów wykazanych na rachunku” – będzie miał wypadek przy pracy – dostanie wsparcie ze środków NFOZ na choćby zwykłe odholowanie na przyczepce niskopodwoziowej do miejsca recyklingu. Nie ma w tym nic śmiesznego!

Płacę te zdrowotne za samochód, to żądam zapewnienia przynajmniej lekarza pierwszego kontaktu! Ba! Płacę kolejny datek, bo co to się stanie, gdy moje probówki zachorują na skręt kiszek lub tuberkulina dostała malarii? Skarbówka na szczęście uważa, że tylko probówki są przychodem (do opodatkowania), a dojazd jest kosztem i się od niego nie płaci się podatku (tylko zdrowotne). Misterna to konstrukcja fiskalna, a dochodzenie w niej logiki – jako żywo przypomina kopanie się z koniem.

Absolutnie nie możemy popadać w minorowy nastrój po relacjach z Opola. Z ekspertami tak jest, że zwykle trzymają stronę tego, z kim aktualnie rozmawiają, takie zjawisko psychologiczne. Tak samo zresztą dzieje się, gdy policjant rozdzieli uliczną burdę. Rację ma ten, kto pierwszy zacznie krzyczeć, że go pobili.

Pisanie przepisów najczęściej odbywa się metodą prób i błędów. Weterynaria nie jest inna, niemniej warto by było, żeby błędy i niedociągnięcia usunąć jak najszybciej. Doskonale się orientujemy jaką „pomocą prawną” darzy nas ministerstwo, któremu bezpośrednio podlegamy. Wiemy też, że interpretacje i opinie wychodzące z tego ministerstwa nie mają wiele wspólnego z upraszczaniem naszej pracy. Wykonujemy dość trudny zawód, musimy sprostać prawu unijnemu, a jeszcze płotek przepisów skarbowych jest nam ustawiany „na sztorc”, niczym ostrokół. Skąd taka sytuacja?

Konflikt interesów.
Nie są to zapewne reakcje czysto behawioralne. Na pewnym etapie liczy się wyłącznie chłodna kalkulacja. Czemu więc w ministerstwie nie chcą policzyć? Sądzę, że w naszym ministerstwie jednak liczą na okrągło. Weterynaria to drobny ułamek rolnictwa i zaspokojenie jej potrzeb musi być oparte o szerszy kontekst. Ot taki decydent ma to do siebie, że jego praca jest oceniana na podstawie słupków sondaży. Nie jest ważne czy podjęte decyzje są ekonomicznie rozsądne, istotne znaczenie ma wyłącznie opinia społeczeństwa, które bardziej lub mniej „lubi”. Każdy decydent, minister poważnie podchodzący do swojej pracy, musi zadbać o to, żeby przynajmniej przez jakiś czas utrzymać się na stołku. Co da ministrowi, że przychyli nieba weterynarii, która dysponuje w najlepszym układzie 12.000 głosów do słupków sondażowych. Uśmiech ministra w naszym kierunku spowoduje zmarszczenie brwi lobby rolniczego, które ostatnimi czasy niezbyt przepada za policją weterynaryjną. Choćby przyjazny gest dla nas był i najbardziej uzasadniony, minister nie uczyni go, żeby nie stracić poparcia społecznego.

W takim układzie jest chyba rozsądne podjęcie rozmów z ministerstwami, w których wykonanie gestów pozytywnych dal naszego zawodu – nie przyniesie wymiernego ruchu w sondażach. Finanse, MSWiA – tego typu ministerstwa nie są tak ostro obserwowane przez producentów rolnych, a przynajmniej tam znaczenie głosów tego sektora nie jest kwestią bytu lub niebytu ministra. Zwykły pragmatyzm kieruje nasze kroki w stronę osób niezainteresowanych żywotnie kwestiami rolnictwa, a jednocześnie skłonnych dostrzegać argumenty naszej strony. Takie tłumaczenie ma pewne podstawy, nie jest wyłącznie gangsterską odzywką, że to nic osobistego, to tylko biznes. Właśnie – to tylko biznes!

Dokąd zmierzamy?
Prezes naszej Izby w comiesięcznym „Komentarzu” zamieszczanym na stronie „Życia Weterynaryjnego” pisze, że najwyższy czas aby zająć się porządkowaniem prawa weterynaryjnego. Z kim to będziemy robić, skoro ministerstwo, które nas zatrudnia nie szanuje osiągnięć prawnych w dziedzinie fiskalnej, jakie mają przedsiębiorcy. Nie można pozwolić, żebyśmy ciągle byli podatnikami stawianymi poza nawiasem ustaw podatkowych. Nauczeni doświadczeniem wiemy z kim nie należy rozmawiać, wiemy kto czyni z prawa instrument służący wyłącznie do realizacji własnych potrzeb. Zmieniły się czasy, nadeszła pora, żeby sięgnąć po przywileje ofiarowane nam przez demokrację. Najwyższy czas skończyć z dyktaturą rodem z feudalizmu. Musimy poszukać sobie prawdziwych, a nie – malowanych przyjaciół!

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.