Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Weterynaria na dziejowym zakręcie- W. Szczerbiak

2010/10/04 20:09:44


Nowoczesna weterynaria.

Co zostało z dawnej weterynarii, "męskiego" niegdyś zawodu? Wspomnienia?
Lwia część absolwentów wydziałów weterynaryjnych podejmuje pracę przy leczeniu "zniewieściałych" zwierząt towarzyszących. Słowo "zniewieściałe" celowo ująłem w cudzysłów, albowiem obecnie jego znaczenie zdaje się zmieniać, wręcz oscyluje w kierunku dawnego pojęcia "męskości". Zdaję sobie sprawę, jak szowinistyczna jest ta klasyfikacja, niemniej jestem jednym z coraz bardziej nielicznych mężczyzn w tym zawodzie. Taki rodzynek lub ? zakalec, jak kto woli.

Społeczeństwo postrzega lekarza weterynarii, jako kogoś, kto szczepi psy przeciwko wściekliźnie, strzyże psy, lub przycina pazurki kotom.
Jednocześnie istnieją kliniki gotowe przeprowadzać najnowocześniejsze badania, leczenia, zabiegi. Takie zakłady lecznicze są dość starannie omijane przez klientów, którzy owszem wiedzą o ich istnieniu, lecz nie są w stanie zapłacić za świadczone tam usługi. W dużych miastach, a szczególnie w miastach będących siedzibami wydziałów weterynaryjnych, gabinety lekarskie rozmnożyły się niczym grzyby po deszczu. Wolna konkurencja święci triumfy powodując obok miłego dla konsumentów oddziaływania na ceny, konieczność permanentnego podnoszenia jakości usług.

Nie jest to takie proste, jak na pozór się wydaje. Nie od dziś wiadomo, że gro dochodów z wszelkich usług przynoszą proste czynności, zabiegi.
Finezja bywa potrzebna w rzadszych wypadkach. To powoduje koegzystencję znakomitych fachowców, rzadko odwiedzanych, drogich ze względu na koszt technologii, jakimi dysponują, jak i ekspertów od zaledwie siedmiu boleści. Fizjologiczne ograniczenia związane z pracą ludzkiego mózgu powodują konieczność specjalizowania się lub bardzo ogólnikowego traktowania tematu. Na wyżyny wspiąć się mogą wyłącznie lekarze pracujący w zespołach, zajmujący się tylko swoją działką. Najlepszy nawet specjalista zmuszony do samodzielnego zajmowania się "przyziemnymi" problemami, w końcu zauważa, że te proste czynności zajmują najwięcej jego czasu i nieuchronnie odwracają uwagę od posiadanej specjalizacji. Mamy zarówno ekspertów "od jednej nogi", jak i lekarzy pierwszego, a często zarazem ostatniego kontaktu.

Rynek potrzeb ludności jest na tyle duży, że co najmniej połowa, jeśli nie większość polskich lekarzy weterynarii zajmuje się obecnie zwierzętami towarzyszącymi. Mimo wewnętrznych problemów ekonomicznych, z jakimi borykają się poszczególni lekarze podczas prowadzenia klinik i gabinetów, ten dział zdaje się mieć pewne perspektywy.

Podczas wykonywania zabiegów lekarskich zaczynają obowiązywać pewne kanony, żeby nie powiedzieć procedury postępowania. Przed operacją zwierzę powinno być możliwie wszechstronnie przebadane, sam zabieg musi wykonywać dwóch lekarzy. Odstępstwa miejscami są traktowane jako błąd w sztuce. Postępowanie lekarskie jest stopniowo wtłaczane w sztywne ramy.
Niemniej to, co się dzieje w klinikach stanowi zaledwie preludium w stosunku do metod działania weterynarii bezpośrednio podległej administracji rządowej.

Ekonomika lecznictwa zwierząt.

Weterynaria zwierząt gospodarskich rządzi się nieco innymi prawami niż u zwierząt towarzyszących. Tu usługa weterynaryjna jest złem koniecznym, stratą. Dzieje się tak, ponieważ mentalność większości hodowców nie dopuszcza innego sposobu klasyfikowania kosztów związanych z weterynarią. Tylko nowocześnie prowadzona hodowla potrafi docenić rolę lekarza weterynarii, a w szczególności rolę profilaktyki, a nawet zarządzania stadem. Na dzień obecny stad drobnotowarowych mamy mnóstwo, a fermy wielkostadne są stosunkowo nieliczne. Powoduje to polaryzację potrzeb związanych z weterynarią. Duże fermy potrzebują usług specjalistycznych, powiązanych bezpośrednio z ekonomiką chowu, a małe gospodarstwa wołają o lekarza do "ostatniego namaszczenia" zdychającego zwierzęcia. Lekarz nowoczesny leczy stado, a lekarz tradycyjny ?
poszczególne zwierzęta.

Koszt leczenia stada jest diametralnie niższy od kosztu leczenia poszczególnych zwierząt. W obecnej strukturze hodowli mamy znaczną przewagę drobnych stad, co daje zatrudnienie sporej ilości lekarzy.
Lekarzy, wbrew temu, co sądzą oni sami, drogich i niezbyt skutecznych choćby ze względu na niedostatek możliwych do zastosowania w terenie metod diagnostycznych. Wyrywkowe badania reprezentacyjnych sztuk z dużego stada, a nawet i nowoczesne, ale masowe badania dodatkowe stosowane dla dużej populacji są proporcjonalnie tańsze.

Do głosu dochodzi ludzkie wygodnictwo, chęć poświęcenia pracy jak najmniejszej ilości czasu. Każde zachorowanie w stadzie generuje niewspółmierne koszty. Koszty w postaci leczenia, specjalnej obsługi chorego zwierzęcia, straty płynące z braku przyrostów, blokowania przez chore sztuki miejsc i angażowanie coraz cenniejszego czasu własnego hodowcy. Parytet cen skłania do podejmowania szybkich, drakońskich decyzji. Warto czy nie warto leczyć, poświęcać czas, ryzykować następne zachorowania. Najprościej i często najskuteczniej jest zastosować rozwiązanie ostateczne. Obejdzie się wtedy bez lekarza.

Rosnący koszt pracy człowieka w stosunku do wartości przedmiotu tej pracy spowodował w niejednym już zawodzie przetasowania. Spójrzmy na sprzęt AGD, komputery. Ich uszkodzenia dzięki odpowiedniej profilaktyce na etapie wytwarzania są coraz rzadsze. Jednocześnie kwestia naprawy zaczyna urastać do problemu ze względu na brak punktów usługowych, na koszty specjalnie sprowadzanych, często unikalnych części. Czy nie łatwiej wyrzucić stare, a kupić nowe? Każdy tak zrobi!

Nowe spojrzenie na dobrostan.

Kiedyś powszechne na wsiach były tak zwane "agronomówki". Domki dla agronomów, specjalistów od uprawy, nawożenia, ochrony roślin. Dziś każdy rolnik gospodarzy po swojemu, jeżeli ma opanowany warsztat pracy, będzie mu się powodziło, w przeciwnym wypadku sprzeda gospodarstwo lepszemu.
Nawozy, środki ochrony roślin są stosowane w oparciu o umiejętność czytania i pisania instrukcji, o wiedzę ze szkoły rolniczej, doświadczenie.

Podobna sytuacja zdaje się zarysowywać i w wiejskiej weterynarii.
Hodowcy wolą kupić i samemu zastosować mniej lub bardziej dobrany lek.
Wolą też coraz częściej kupić paszę leczniczą na kaszel albo na biegunkę, zamiast szukać lekarza, zamiast robić zastrzyki. Czas biegnie nieubłaganie, zdaje się biec coraz szybciej. Szkoda marnować tak cenne dobro w sposób nieekonomiczny. Lekarz weterynarii zaczyna się upodabniać do agronoma, przedstawiciela zawodu, który wymarł. Dziś praktycznie każdy, co młodszy hodowca poszuka sobie w Internecie rozwiązań dla swojego problemu, ba za pomocą maila skonsultuje się choćby ze światowej sławy fachowcem i, co ważniejsze ? uzyska sensowną poradę. Po co jeszcze zostajemy na wsiach? Komu z nas przyjdzie ostatniemu zgasić światło? Czy wszystkie lecznice zostaną przerobione na mieszkania dla kombajnistów, traktorzystów?

Ciasny gorset.

Obecnie ster zawodu zdaje się tkwić w rękach urzędników niemających nic wspólnego z leczeniem. Na sukces weterynarii administracyjnej składa się właściwe zarządzanie i egzekwowanie przepisów, procedur. Tak to już jest, że praktycznie każdy aspekt ludzkiej działalności daje się ubrać w koszulki z prawa. Jakość telewizorów, samochodów produkowanych często przez niewykwalifikowanych robotników ? zależy od sprzętu, realizacji procedur, od ich kontroli. Praktyka wskazuje, że jest to stosunkowo tanie i efektywne rozwiązanie. Zanim zostanie wprowadzona jakaś automatyzacja, procedura ? każda czynność podlega przemyśleniu, ostrożnej kalkulacji i stanowi suma sumarum niepowtarzalne dzieło sztuki. Gdy doświadczenie wyeliminuje wątpliwości, gdy procedury nabiorą przejrzystości, myślenie twórcze przestaje być potrzebne. Wystarczy mechanicznie powtarzać wyuczone formułki, ruchy, reszta dzieje się sama.
Na koniec krótka kontrola, taka sama jak kontrola najnowocześniejszych procesorów komputerowych. Element spełnia kryteria z najwyższej półki?
To na najwyższą półkę. Nie spełnia? To położyć na półce, której kryteria spełnia! I już! Po kłopocie! Po co tyle myśleć, pracować?

Modernistyczne podejście do problemów.

Któż zresztą w naszym zwodzie jest nagradzany lub honorowany za sukcesy akcji związanych z unijnymi zadaniami? Czy ci, co wykonują mechaniczne czynności przy zwierzętach? Praktycznie zawsze jest mowa o służbie, o korpusie, który swoimi działaniami wdraża, zwalcza, chroni, kontroluje.
Praca u podstaw jest jedynie marnym artefaktem w krzywej efektów, niewartym wspomnienia rękodziełem. Liczy się wyłącznie dokumentacja, jej prawidłowość, rygorystyczne przestrzeganie procedur. Nie jest to zresztą jakimkolwiek ewenementem i w "Służbie Zdrowia". Na dzień dzisiejszy najistotniejsze okazuje się odpowiednie zarządzanie funduszami NFOZ.
Leczenie wcale nie stanowi podstawy tego zawodu! Lecznictwo to indywidualne przypadki w sumie nieistotne, choć niezmiernie kosztowne dla budżetu. Najistotniejsze są rozwiązania problemów globalnych!

Czasy się zmieniają. Kiedyś, kiedyś, żeby zostać weterynaryjnym inspektorem albo nawet lekarzem oddziałowym, wojewódzkim, trzeba było wejść po schodkach kariery zawodowej zaczynającej się od strzykawki. Ale nie dziś! Zwykle inspektor weterynaryjny jest absolwentem, który ze zwierzętami stykał się przelotnie na studiach, ale i obecnie czasami je widuje. Inspekcja weterynaryjna staje się zawodem samym w sobie, ba mowa jest nawet o powstaniu kierunku studiów kształcących wyłącznie urzędników weterynaryjnych, specjalistów od wdrażania i egzekwowania procedur. Zgadza się, to może być bardzo poszukiwany przez administrację kierunek, bo lekarze kończący podstawowe studia mają szczątkowe pojęcie o współczesnym zawodzie weterynaryjnym, o zarządzaniu sytuacją epizootyczną, o bezpieczeństwie żywności.

Zużyta formuła.

Część lekarzy weterynarii pracuje poza aglomeracjami, zajmując się szeroką gamą usług związanych ze zwierzętami użytkowymi. Celowo nie piszę o tej grupie, że zajmuje się leczeniem czy profilaktyką. Na leczenie składają się takie czynności jak badanie, zabiegi lekarskie.
Tego już właściwie nie robimy. Najwyższy czas zerwać z tym mitem! Teraz lekarz zwierząt hodowlanych w najlepszym wypadku zajmuje się korygowaniem błędów w zarządzaniu produkcją, a ? normalnie, codziennie ?
sprzedażą lekarstw. Trzeba przyznać, że do granic absurdu urosła nasza umiejętność prowadzenia wywiadu z właścicielami zwierząt. Sam wywiad jest najczęściej podstawą do podjęcia decyzji o korektach zarządzania lub sprzedaży konkretnych leków. Z resztą z tymi decyzjami o wyborze leków, to obecnie też tylko teoria. O wyborze leków decyduje klient. On wybiera, czym będzie leczył. Ten niebieski ze świnką poproszę! Klient nasz pan! Podstawowe hasło biznesu! Jak długo będziemy mieć pracę? Od kiedy wystarczą procedury?

Nadszedł czas, kiedy można zrezygnować z hodowcy kilku krów czy świń, a także z hodowcy, którego nie stać na wezwanie lekarza weterynarii, coraz częściej ? specjalisty przygotowanego do obsługi dużych stad zwierząt.
Niszowa hodowla jest nieekonomiczna, stanowi marnowanie potencjału tkwiącego w materiale hodowlanym, niepotrzebnie zajmuje ludziom czas.
Czas, który można poświęcić tylu ciekawym rzeczom. Zresztą już nadszedł moment, kiedy w hodowli liczy się wyłącznie zarządzanie i profilaktyka.
Leczenie stanowi klęskę, nieuzasadnione koszty. Macior nie operują drodzy lekarze z zewnątrz, lecz tańsi zootechnicy zatrudnieni w kombinacie. Zresztą to też atawizm. Najbardziej opłacalnym rozwiązaniem lada dzień staje się eliminacja osobników niespełniających kryteriów.
Zwierzęta, które nie są w stanie z przyczyn zdrowotnych zmieścić się w założeniach "dobrostanu", najprościej jest wyeliminowane, żeby nie generowały kosztów, nie zaburzały homeostazy stada.

Trochę niewdzięczny temat.

Żałosne ruchy ekologiczne gną się pod ciosami ekonomii, pod wyborami klientów pozornie zainteresowanych nawet dobrostanem. Leczenie pojedynczych zwierząt stanowi nieekonomiczną fanaberię. Ponadto weterynaria wprowadza do środowiska ogromne ilości często nieracjonalnie stosowanych antybiotyków, które w ostateczności powodują powstawanie opornych, "szpitalnych" szczepów bakterii. Żeby temu zapobiec zostały na przykład wycofane antybiotykowe stymulatory wzrostu. W ich miejsce wprawdzie wprowadzono "pasze lecznicze". Cóż? profilaktyka chorób wielkostadnych przy pomocy antybiotyków jest podobno postępowaniem niedopuszczalnym. Powstał w to miejsce kierunek, też bardzo ekonomiczny, zwany "metaprofilaktyką". Góry biobójczych preparatów dostarczane są na fermy, serwowane zwierzętom. Kontrolę ma tu w zasadzie weterynaria.
Inspekcja. Niemniej dziś standardowo wybór antybiotyku nie polega na wykonaniu badania wrażliwości, przeanalizowaniu jego farmakodynamiki, farmakokinetyki, lecz na przeczytaniu metki z ceną, sposobem podania.
Dopiero koszty nieskutecznie podanych leków prowokują chęć zmiany kuracji ewentualnie, zgodnie ze wskazówkami lekarza. Lekarz leczący jest doradcą, i dostarczycielem dóbr zakazanych.

Automaty do produkcji zwierząt.

Z głębokim żalem trzeba przyznać, że nie każda forma opieki nad hodowlą wielkostadną została już objęta odpowiednimi procedurami. Cóż, brakuje odpowiednich specjalistów, a i chyba jest prowadzona niewłaściwa polityka kadrowa w tym kierunku. Dokładnie wiadomo, bez pomocy jakichkolwiek kolejnych doświadczeń, ile zwierząt może przebywać na określonej powierzchni, ile i jakiego potrzebują żywienia, leczenia, aby zaznać pełni szczęśliwości oferowanej im przez ludzi. Prawie wszystko zostało ujęte w odpowiednie ramy, przepisy. Na tym polega nowoczesność!
Ocenę stanu zdrowia najłatwiej zrobić administracyjnie. Wystarczy policzyć, ile zwierząt wstawiono i ile odchowano. Za duże upadki? Trzeba zweryfikować procedury! Oczywiście muszą być spełnione zasady cpp-cpp (całe pomieszczenie pełne - całe pomieszczenie puste). Już, już niedługo da się to zrobić. Możliwe, że niuanse tych wyliczeń spowodują nakaz stosowania ściśle określonych prawem preparatów leczniczych. Chwilowo to jeszcze pieśń przyszłości, jednak weterynaria jest niesłychanie nowoczesną, bardzo szybko ewoluującą dziedziną.

Zagrożenia epizootyczne.

Myślałby kto, że diagnostyka chorób zwierząt stanowi jakąś sztukę.
Zupełnie nieprawda! W opinii administracji jest kilka chorób najistotniejszych dla bezpieczeństwa społeczeństwa, dla bezpieczeństwa ekonomicznego hodowli. Niekoniecznie są to choroby stanowiące rzeczywiste zagrożenie na dzień obecny. Ot, utarło się na świecie, że należy urzędowo zwalczać takie, a nie inne choroby i tak już leci. Ot, choroba Aujeszki występująca u świń obecnie nie pojawia się w Polsce w formie klinicznej. Niemniej w oparciu o międzynarodowe porozumienia likwidujemy wszystkie świnie charakteryzujące się posiadaniem określonego miana przeciwciał. Ot, choroba polityczna.

W latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych ubiegłego wieku modne było masowe zwalczanie różycy u świń. Efekt tych działań okazał się praktycznie zerowy. Choroba jak się panoszyła, tak się panoszy, a było o czym pisać w sprawozdaniach, można było "namacalnie" udokumentować pracę służb weterynaryjnych.

Do czego jest lekarz?

Dziś Inspekcja sprawuje nadzór nad badaniem alergicznym bydła w kierunku gruźlicy, nad pobieraniem krwi. Czynności zostały totalnie zautomatyzowane. Procedury postępowania w jednym z punktów przewidują nawet konieczność przedstawienia się hodowcy, wylegitymowania zezwoleniem do przeprowadzenia badań. Lekarz wchodząc do obory dysponuje wykazem wszystkich zwierząt stojących przy żłobach i do jego zadań należy nieomal wyłącznie postawienie znaczków w odpowiednich rubrykach lub wklejenie kodów paskowych. Dobrze, jeżeli przy okazji starczy mu czasu na pobranie krwi i podanie alergenu czy szczepionki. Na koniec rolnik potwierdza w odpowiednim dzienniczku, że skontrolował czynności lekarza. Chciałoby się powiedzieć, "robota głupiego". A owszem, automatyzacja zwalnia od myślenia. Czemu więc czynności te wykonują lekarze? Chyba tylko z tego względu, że przez swoje studia, kształcenie podyplomowe, liczne konferencje i seminaria są indoktrynowani do stosunkowo porządnego wykonywania tej pracy. Po prawdzie zastrzyk, albo pobranie krwi może zrobić każdy człowiek przechodzący akurat ulicą.
Wystarczy piętnaście minut szkolenia. Niemniej ów przechodzień może być niewystarczająco sumienny. Cała nadzieja dla lekarzy tkwi chyba tylko w tym, że wiedzą, czym grożą zaniedbania przy wykonywaniu prostych w sumie, a ściśle zaprogramowanych czynności. Tu ujawnia się ta osławiona przewaga ducha nad ciałem, ostatnia nadzieja zawodu.

Co będzie dalej?

Dokąd zmierzamy? Czy nadeszły czasy przełomu? Weterynaria obrastająca w zadania, możliwości znalazła się w punkcie, który może spowodować pączkowanie, fragmentację, a może inny mechanizm rozwojowy. Kryteria społecznych zapotrzebowań są bezwzględne. Nie ma miejsca na błędy, choroby, jakiekolwiek odstępstwa od rozporządzeń i dyrektyw. Wszelkie postępowania naprawcze są niesłychanie kosztowne, poważnie zaburzają produkcję. Depopulacja stanowi, mimo swojej pozornej kosztowności, dość rozsądne rozwiązanie. Czy do czegoś takiego są jeszcze potrzebni lekarze?

Owszem, lekarz weterynarii, przeżytek epoki bywa potrzebny. Ludzie są dosyć powolni w zetknięciu z nowymi prądami. Abnegatowi wydaje się, że kiedy eksterminacja zwierząt będzie się odbywać pod kontrolą smutnego lekarza ? będzie etyczna, moralna. Istnieje też kolejny ważny element, zawsze jest na kogo zwalić niezgodność procedury ze społecznymi wyobrażeniami o dobrostanie. A to ? zdaje się ? uspokaja sumienie.
Czyżby jednak zmierzch weterynarii?

Nadzieja zstąpi z gwiazd?

Pewna szansa hodowli tkwi w genetyce, w możliwości klonowania, kształtowania genomu w sposób uniemożliwiający występowanie chorób. Ta pieśń to zdaje się, dosyć daleka przyszłość. Jednak w tym wypadku społeczeństwo stawia jakiś irracjonalny opór. Wystarczy spojrzeć, jak długo ekolodzy przekonywali się do idei elektrowni atomowych, jako niezanieczyszczających środowiska. Ponad pół wieku. Genetyka też kiedyś będzie miała swój wielki dzień!

Lekarz ostatniego kontaktu.

Zawód lekarza weterynarii to nie samo lecznictwo i profilaktyka.
Weterynaria nadzoruje żywność zwierzęcego pochodzenia na każdym etapie produkcji. Zaczyna się od kontroli żywienia zwierząt, od kontroli składu pasz czy aby są zachowane właściwe proporcje, jakość. Dziś nie można zmieszać łopatą na klepisku składników przeznaczonych do koryta.
Konieczne są określone procedury, zezwolenie. Trzeba też wiedzieć czy w paszach nie są stosowane substancje szkodliwe, zabronione. Bywa, że analiza paszy powoduje postawienie zastrzeżeń odnośnie sposobu uprawy roślin używanych do karmienia zwierząt. Czyli kontrola weterynaryjna zaczyna się jeszcze na polu, nawet i przed siewem. Proces produkcji kotleta, sera, jajka jest opatrzony mnóstwem przepisów, procedur. Ich właściwa realizacja stanowi podstawę do uznania żywności za bezpieczną.
Kontrola, kontrola i jeszcze raz kontrola. Zwierzęta i po śmierci nie są wolne od opieki, jaką świadczy przy nich weterynaria. Ostatni stempelek lekarza jest przybijany na opakowaniu z półproduktem lub gotowym wsadem do mikrofalówki. Wyrób bezpieczny, bo spełnił rygory weterynaryjne, zachowane zostały procedury.

Każdy proces zachodzący w fabryce żywności jest już opisany przy pomocy odpowiednich przepisów. Zostaje jedynie egzekwowanie prawa, rozliczanie z realizacji poszczególnych punktów programu. Znacznie dobitniej, niż przy leczeniu i badaniu zwierząt zaznacza się nadrzędna rola dobrze poprowadzonych procedur, prawidłowej kontroli ich wykonania. Niektóre kraje zarzuciły zatrudnianie lekarzy badających przy taśmach z półtuszami. Badanie poubojowe uzyskało nowy status, analizy substancji i Inspekcja zdaje się tylko czekać, kiedy pracę lekarza będzie mógł zastąpić robotnik z miesięcznym kursem oceny substancji. Postęp w procedurach idzie tak szybko i daleko, że stopniowo rezygnuje się z jakiegokolwiek bezpośredniego kontaktu lekarza z badanym materiałem. W zamierzchłych czasach oględziny stanowiły tylko jedną z form badania, lekarz był rozliczany z nacinania węzłów chłonnych. Okazuje się, że przy dzisiejszych uwarunkowaniach, gdzie obowiązuje stały nadzór weterynaryjny lub oświadczenie hodowcy o zachowaniu procedur ? nacinanie jest przeżytkiem. Stosuje się je w ostateczności, kiedy trzeba zweryfikować podejrzenie o chorobę. Tymczasem weryfikacji dokonują lekarze, ale postęp stale idzie do przodu, jest nadzieja na rychłe wyeliminowania i tego elementu. Zresztą doskonale widzą to ci z naszych lekarzy, którzy pojechali badać zwierzęta na taśmach krajów "Starej Unii". Kim tam byli? Lekarzami? Nie, na tyle nikt im nie zaufał. Zostali najwyżej zwykłymi oglądaczami, wprawdzie odrobinę chętniej zatrudnianymi, niż osoby przysposobione z ulicy. Bądźmy szczerzy, czyż nie każdy jeden wie, że zieloną i obrośniętą mchem tuszkę należy wyrzucić, bo nikt takiej później nie kupi?

Kto dba o zawód lekarza weterynarii?

Nadzór nad zawodem w zasadzie sprawuje Izba Lekarsko-Weterynaryjna. W zasadzie, gdyż praktyczny jej wpływ na rozwój zawodu jest już żaden.
Jakiekolwiek wnioski mające żywotne znaczenie dla lekarzy są z niezwykłą opieszałością analizowane i zwykle odrzucane przez ministerstwo zawiadujące weterynarią. Z resztą prawo weterynaryjne już jest, a wolą nowocześnie funkcjonującego ministerstwa jest takie kierowanie weterynarią, żeby jak najmniejszym nakładem osiągnąć zamierzone efekty w rolnictwie. Celem jest globalizacja, unifikacja, tworzenie wielkich, tanio i nowocześnie produkujących zakładów. Takie rozwiązania są sprzeczne z rolnictwem ekologicznym, niemniej stanowią kierunek rozwoju.
Izba okazuje się być przystawką, cierniem w oku wizjonerów, organizacją starającą się o jak najdłuższe przeżycie skostniałych, wyeksploatowanych struktur.

Czy dziś potrzebni są profesjonaliści?

Nie tylko w weterynarii czai się jakiś regres zawodu. Ot, telewizja ze swoimi mydlanymi operami wcale się nie ogląda za fachowcami do obsadzenia ról. Chodzi wyłącznie o wyraziste osobowości, które mają w miarę atrakcyjny wygląd, a całą resztę da się zrobić samemu. Jeśli chodzi o weterynarię ? profesjonalizm też przestaje być w cenie. W dobie forów internetowych dyskusja sprowadza się do opisywania własnych odczuć, chciejstw. Wtrącenia, jakie robią czasami na takich forach lekarze spotykają się z nieufnością, jeżeli nie z jawna wrogością. Liczy się zdanie większości, a profesjonaliści mogą sobie być, taka ich rola, lecz zbyt wiele głosu nie mają, bo są drodzy i niewiele skuteczniejsi od chłopka-roztropka. Próby tłumaczenia zasad rządzących fizjologią, żywieniem, zdrowiem są z góry skazane na niepowodzenie. Kto będzie chciał tyle czytać? Szkoda czasu!

Czy profesjonalizm jest potrzebny w epoce, kiedy myśli ludzkie są zawieszane nawet nie w sieci, a w chmurach elektronicznych? Czy nie wydaje się być tak, że do głosu dochodzą osoby opierające się bardziej na empatii, niż na naukowej kalkulacji? W jakim świecie żyjemy?
Amatorszczyzna bierze górę na profesjonalizmem?

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.