Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Lawina" - Włodek Szczerbiak

2011/04/12 08:49:50


Pobierz artykuł...>

Minister Marek Sawicki w jednym z wywiadów pokusił się o próbę znalezienia przyczyny naszego protestu:
„- Myślę, że lekarze weterynarii trochę przeszacowali wartość świadectw wystawianych na transport trzody chlewnej z gospodarstwa do rzeźni i skutki zmniejszenie opłat o połowę lub też ich zniesienie dla stad, które są wolne od choroby Aujeszkyego. To miało udział w całych dochodach weterynarii na poziomie 3-4 proc. Nie powinno być więc sygnałem do takiego protestu.
To jest trafna opinia. Z wyjątkiem może ostatniego zdania. Nasz bunt był niczym lawina. Czemu lawina? Do wywołania lawiny potrzebne są dwa warunki; skumulowanie odpowiedniej masy śniegu i czynnik wyzwalający. Takim czynnikiem potrafi być nieopatrzny okrzyk, albo decyzja ministra. Zarówno lawina, jak i strzał następują w wyniku zadziałania nieproporcjonalnego bodźca. Dziś jest stosunkowo bezpiecznie, następnej lawiny w najbliższym czasie raczej nie będzie. Skumulowany przez kilka lat ignorowania naszych potrzeb i oczekiwań potencjał został wyzwolony, znalazł ujście. Lawina zeszła z gór, gdzieniegdzie grupy ratowników przekopują śnieg w poszukiwaniu ofiar. Uszła złość, emocje zostały stłumione.

Kwiecień, zaczęła się wiosna, a weterynaria nadal tkwi w szoku i nie umie się pozbierać po wstrząsie, zaznanym przy próbie upomnienia się o swoje. Klęska zwykle nie ma zbyt wielu ojców, to nie jest sukces, którym każdy się chętnie pochwali. Jeden wskazuje na drugiego, drugi na trzeciego. Każdy postępował jak najlepiej potrafił, każdy chciał naszego dobra. Sami przyjaciele! A psi zająca zjedli.

Dziś okazuje się, że praktycznie wszyscy lekarze terenowi, inspekcyjni są niezmiernie bitnymi wojownikami o nasz zawód. Wielu lekarzy swoje publiczne wystąpienia zaczyna od określenia stanowiska, jakie zajmowali w trakcie protestu. Wystarczy się jednak dokładnie wsłuchać w niektóre deklaracje, określające miejsce takiego kombatanta w proteście. Kiedyś mówiło się o takiej postawie używając określenia „z bronią u nogi”. Najczęściej ci zagorzali dyskutanci w trakcie, kiedy część z nas odstąpiła od podpisywania umów, właśnie wówczas ci, co mają obecnie dużo do powiedzenia – trwali na wysuniętych posterunkach pracujących w ruchu ciągłym. Właśnie oni w naszym imieniu, ba ściągając na siebie społeczne niezadowolenie zmuszeni byli pracować (i zarabiać) w imieniu tych, co rzeczywiście nie podjęli pracy.

Wyznaczenia obejmujące monitoring chorób bydła i świń nie musiały być zrealizowane w grudniu czy styczniu. Mogły spokojnie poczekać do wiosny, kiedy ich wykonywanie, choćby z przyczyn pogodowych stało się łatwiejsze, a momentami wręcz możliwe. Zima tego roku wcale nas nie pieściła i dostęp do wielu gospodarstw był niemożliwy. Ponadto monitoring bydła został przestawiony z cyklu trzyletniego na pięcioletni, co spowodowało, że administracyjne terminy wzięły w łeb i zaczęły biec od nowa, przestały być wymagalne terminy obowiązujące w poprzednim roku. I w ten sposób mamy kolejną grupę starych wiarusów.

Zakłady ubojowe mało gdzie zatrzymały swoją produkcję z powodu naszego protestu. Często mieliśmy do czynienia z przerwami technologicznymi, z koniecznością przeprowadzenia rozmaitych prac wymagających zatrzymania linii produkcyjnych. Oczywiście były i zakłady, które musiały przerwać produkcję z powodu braku, lub osłabionej kontroli weterynaryjnej. Niemniej wszelkie działania lekarzy pracujących „tu i teraz” szły w kierunku minimalizowania strat gospodarczych związanych z protestem. Zresztą, co winni byli właściciele i robotnicy w takich zakładach, żeby w trakcie walki o nasze sprawy pozbawiać ich zarobku?

Nasz protest summa summarum okazał się bardziej papierowym tygrysem niż rzeczywistym zagrożeniem dla gospodarki. Zakłady uboju drobiu „musiały” pozostać w ciągłym ruchu, bo linie produkujące brojlery, mimo że z powodów koniunktury na rynku drobiu - pracujące na „pół gwizdka” – nie mogły zostać zatrzymane. Kurczaki musiały pójść do uboju, bo kończył się im okres tuczu i nie można było pozwolić na dalsze przybieranie na wadze, żeby nie spowodowało to konkretnych, niekorzystnych zmian w tuszkach. Cóż, siłą rzeczy badać drób „musieliśmy”, aby uniknąć ewidentnych strat gospodarczych. Fakt, badanie często odbywało się to zmniejszonymi, „szkieletowymi obsadami”. Nie wszyscy lekarze podjęli badanie, narażając się tym samym na dotkliwe straty finansowe. Szczęśliwi „dyżurni” z pełnymi troski minami opowiadali, z jakimi borykają się trudnościami. Oczywiście, poświęcali się w imieniu ogółu, byli „wydelegowani” do tej niewdzięcznej roli. Kwestia finansów, mimo prób ich ratowania zwykle wyglądała w ten sposób, że lekarze „dyżurni” za swoją pracę otrzymywali normalne wynagrodzenie, a lekarze biorący rzeczywisty udział w proteście – pozostawali bez grosza przy duszy. W zakładach, gdzie udało się wprowadzić swoisty płodozmian, na przykład rotację pomiędzy „dyżurnymi” i protestującymi – straty lekarzy zostały nieco zmniejszone, choć nadal dotkliwe.

Jaki protest, takie efekty. I chyba rzeczywiście skupiliśmy się na działaniach pozornych, owszem nieźle rozpropagowanych, ale nadal niewywołujących istotnych efektów gospodarczych. Zasadnicze znaczenie dla całej idei protestu odegrały podjęte przez Radę Krajową uchwały o odstąpieniu od podpisywania umów. Nawet komilitoni o wątlejszym animuszu dostali do ręki miecz, którym mogli śmiało szermować - Izbowy nakaz odstąpienia od pracy. Cała ta szermierka odbywała się różnorodnie. Jedni walczyli, a inni „stabilizowali” niekorzystne efekty tych poczynań.

Inspekcja weterynaryjna znalazła się w trudnej sytuacji. Może i nie wiązało się to z bezpośrednimi konsekwencjami finansowymi, a raczej z mobbingiem uprawianym wśród lekarzy karmionych z państwowego garnuszka. Owszem, znamy wiele postaw godnych podziwu i uznania, ale i wiele postaw świadczących o konformizmie, asekuranctwie. Łatwo się pisze wielkie słowa, a o wiele trudniej było podejmować konkretne działania. Zarówno wsparcie, jak i przeciwdziałanie protestowi ze strony Inspekcji wymagały zajęcia stanowiska. Lekarze walczący o los weterynarii i lekarze powolni koniunkturalizmowi, płynący z prądem administracyjnych działań znaleźli się pod pręgierzem. Ci pierwsi byli rozliczani przez przełożonych, a lekarze o postawie prorządowej – przez podwładnych, ale chyba już nie koleżanki, kolegów.

Nie poradziliśmy sobie z sytuacją. Zapanował chaos. W dużej mierze przyczyniły się do tego decyzje Rady Krajowej nieskorelowane z działaniami w terenie, ale i nasza chciwość, krótkowzroczność. Owszem, decyzje Rady były owszem motorem działań, ale przypominały jazdę rowerem ze zbyt luźnym łańcuchem. Nacisk na pedały nie przekładał się na pracę koła napędowego. Dzyndzerwajs przeskakiwał, ślizgał się po kołach zębatych. Najgorsze było to, że pedały były kręcone raz do przodu, raz do tyłu. Oczywiście, przy takiej eksploatacji łańcuch miał prawo spaść, lub urwać się. Spadł w najmniej spodziewanym momencie, gdy Rada Krajowa otrzymała od Zjazdu w Proszeniu oddolną legitymizację do reprezentowania naszej społeczności. Rada tej legitymizacji nie przyjęła. Wiadomo, Rada sama wie, co jest najlepsze dla członków Izby! Nie będzie słuchać zwykłych lekarzy, bo ma inne interesy! Zupełnie, jak Jerzy Urban mówiąc, że „Rząd wyżywi się sam”.

Do tej pory odium zła, związanego z nieudanymi próbami naprawy weterynarii zdawało się spływać na działania inspektorów. Do tej pory. Wydarzenia z przełomu roku zdają się jednak mówić o czymś innym. Błędy, wypaczenia, konformizm leży po wszystkich stronach. Każda podgrupa naszej korporacji okazała się jednakowo nieprzygotowana do udziału w wydarzeniach, które miały miejsce. Inspekcja ulegała naciskom, ale miejscami i sama te naciski stosowała, a lekarze urzędowi też się nie popisali.

Ostatnio stery weterynarii starają się przejąć lekarze urzędowi wyznaczeni do badania w rzeźniach. Od czasu wydarzeń z grudnia i stycznia jakoś nie mówi się o nich – „higieniści”. Dziś w użyciu jest coraz częściej słowo – „mięsiarze”. Wystarczy popatrzyć, którzy członkowie Rady głosowali niczym Targowica. Rola hamulcowych, tak zwanych popleczników Prezesa, Tadeusza Jakubowskiego przypadła też przedstawicielom nauk weterynaryjnych. Żaden z nich nie oparł się złotoustym obietnicom padającym z ministerialnych szczebli. Wieść gminna niesie, że uczelnie dostały pieniądze na szkolenie oglądaczy. Czyżby jakąś rację miał Mickiewicz pisząc w „Panu Twardowskim” –
„Na patrona z trybunału,
Co milczkiem wypróżniał rondel,
Zadzwonił kieską pomału,
Z patrona robi się kondel.”
Nie wierzę. Możliwe, że jestem niedoinformowany. Z drugiej strony – może jednak Wielki Adam miał rację?

Teoria o dotacjach zdaje się do pewnego stopnia tłumaczyć dezaprobatę, jaką wobec naszych problemów wykazali naukowcy, którzy weszli w skład Rady Krajowej. A były przecież deklaracje poparcia ze strony środowiska naukowego. Niemniej fakty są nieubłagalne. Stanowisko przedstawicieli nauki zdaje się, wywarło wpływ na opinie Izb Okręgowych w kwestii kształcenia ustawicznego. Mam ciągle przed oczyma tą z Lublina, gdzie koledzy nie zostawiają suchej nitki na pomysłach związanych z kształceniem, certyfikatami, punktacją za obecność na konferencjach, prenumeratę czasopism fachowych.

Przyczepianie łatek to jedno z moich ulubionych zajęć. Tym bardziej, że sam doskonale zdaję sobie sprawę z własnych niedoskonałości. Można użyć sloganu, że jesteśmy po tych samych pieniądzach. I jam ci jest z tej ziemi, dlatego nic co weterynaryjne nie jest mi obce. Czy wiedza o błędach ułatwi nam szukanie rozwiązań? Mam nadzieję, że tak. Udało mi się posegregować przynajmniej niektóre pasywa, a to już pierwszy krok do zrobienia bilansu.

Wypada wspomnieć o aktywach, a i takie były. Wsparcie, czasami mentalne, ale zawsze wsparcie dla naszych działań oferowali lekarze z różnych środowisk niezainteresowanych bezpośrednio tematyką protestu. Do Proszenia przyjechali lekarze z miejskich lecznic, studenci weterynarii. Dostaliśmy też deklaracje ze środowiska akademickiego. Bardzo to miłe wiedzieć, że nie myślimy do końca źle, że są ludzie popierający nas, choć niekoniecznie od razu uczestniczący w zmaganiach. Zdawać by się mogło, że wiemy, czego chcemy, jesteśmy zdeterminowani i pełni nadziei. Pora na podsumowanie? A może czas lizania ran? Chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zwykle. W żaden sposób nie można zwalić winy na czynniki zewnętrzne.

„Na dzień dzisiejszy” mówi się, że „wszystko pozamiatane”. Minister Marek Sawicki chyba zapomniał o obietnicach, które składał żeby powstrzymać nasz narastający radykalizm. Lekarze zrzeszeni w Izbie, a także część ich przedstawicieli w Radzie Krajowej chcą rozliczenia za złe pokierowanie protestem, za sprzeczne polecenia płynące z Rady Krajowej, za samowolne decyzje Prezesa. Czujemy się sprowadzeni do parteru, chcielibyśmy za to rozliczyć „naszych wybrańców”. Kilka Izb zgłosiło votum nieufności, początkowo było ich cztery, potem sześć. Cóż z tego, skoro Rada i jej Prezes posługując się kruczkami prawnymi, „rękami i nogami” trzymają się swoich stanowisk? Po co nam taka Rada? Po co nam „przedstawiciele”, którzy głosują przeciw nam? Czy Prezesem Izby może być ktoś, kto nie rozumie mechanizmów rządzących zawodem? Czy chcemy mieć Prezesa – autokratę, któremu płacimy wysoką pensję za to, że podejmuje decyzje wzbudzające nasz sprzeciw?

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.