Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"A nie mówiłem?" - Włodek Szczerbiak

2011/06/07 08:41:50


Pobierz artykuł...>

A nie mówiłem?

Nie chce mi się pisać tego tekstu. Apatia? Świadomość zmanipulowania? A dzieje się coś złego. To widać, to słychać i czuć. Nie umiem zwerbalizować tego odczucia. To uczucie pojawiło się we mnie jeszcze podczas Zjazdu Nadzwyczajnego w Warszawie. Wówczas wszystko odbyło się kulturalnie, nikt nikogo nie pobił, ale krąży wśród nas jakiś zły duch. Niewidzialny, niemacalny, ale obecny. Byłem na rozmaitych mitingach. Widziałem podczas spotkania w Proszeniu lekarzy zjednoczonych wspólnym celem. W Warszawie było inaczej, pojawił się zupełnie inny przekrój naszej społeczności. Krótko rzecz ujmując - w zasadzie powinniśmy się wzajemnie powyrzynać, lecz jakimś cudem aula nie została zdemolowana, rozjechaliśmy się w zdrowiu. Ba, nawet kuluarowe rozmowy przebiegały bez nadmiernej ekspresji. Normalnie przy takich emocjach z Ursynowa nie zostałby kamień na kamieniu. A tu nic! Wszyscy cacy, cacy, jakoś nikt nikogo nie wyciągnął za łeb na placyk posypany popiołem, lub do bardziej ustronnego zakamarka.

Może więc nic się nie działo? Nie! W swojej stosunkowo krótkiej karierze zebraniowej nauczyłem się pewnych zasad związanych z przebiegiem takich imprez. Na rozpoczęcie przychodzi najwięcej ludzi. Czym dłużej trwa zebranie, tym mniej publiczności na sali. Bywa, ze ktoś się w końcu zdenerwuje i prosi o przeliczenie społeczeństwa. Wówczas zebranie się kończy, bo brakuje quorum. W Warszawie zetknąłem się wręcz z ewenementem w moim dotychczasowym doświadczeniu. Listę obecności o godzinie jedenastej podpisało 228 osób. O godzinie 20,45 podczas głosowania potwierdzono obecność aż 197 osób. Niewiarygodne, ale prawdziwe! Można powiedzieć, że prawie każdy, kto przyjechał na Zjazd – miał coś osobistego do przekazania całej reszcie zgromadzonych! To nie było tak, że ot, pojechali na wycieczkę. Tu chodziło o coś jeszcze. W zasadzie z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że parę minut po 21 zostało na Sali 97 osób i zebranie, z powodu braku quorum zamknięto. Konkretnie odbyło się to w ten sposób, że wyszli delegaci z Izby Łódzkiej prowadzeni przez Krzysztofa Matrasa. Na odchodnym, zamiast trzasnąć drzwiami – zażądali przeliczenia obecnych na Sali. Podziałało to identycznie…

Ale zacznijmy od początku, bo obawiam się, że relacja, która się pojawi na temat Zjazdu w „Życiu Weterynaryjnym” – nie odda atmosfery, będzie słodziutka i wygładzona. Zresztą zastanawiam się wręcz, czy taka relacja się pojawi, bo jakoś w Internecie, na stronie Rady Krajowej uniesposób dopatrzyć się jakiegokolwiek sprawozdania, mimo że minęło już trochę czasu od tamtych dni. Zmagania zaczęły się podczas wyboru Prezydium Zjazdu. Delegaci nie zgodzili się na zaproponowanego przez Tadeusza Jakubowskiego przewodniczącego zebrania. Jawne głosowanie w tej sprawie wyłoniło – Piotra Skrzypczaka. Już w tym momencie stało się jasne, że na Sali jest dość równy rozdział głosów pomiędzy delegatami chcącymi zmian w polityce Rady Krajowej, a zadowolonymi z dotychczasowych jej osiągnięć. Komitet Organizacyjny zebrania został zastąpiony przez Komisję Skrutacyjną wybraną spośród delegatów. Padło hasło o tajności głosowania i okazało się, że Komitet Organizacyjny nie był w przygotowany na taki scenariusz. Trochę czasu zajęło sporządzenie list do głosowania, doręczenie ich delegatom. Nie jestem do końca przekonany, czy tajne głosowanie było na rękę delegatom popierającym dotychczasowe poczynania Rady Krajowej. Niewątpliwym jest, że z tą chwilą skończyła się kontrola jedności głosowania. Wszelkie scenariusze przewidujące takie, lub inne głosowania poszczególnych Izb po części wzięły w łeb. Śmiałości nabrały też osoby z natury nieśmiałe. Sposób usadzenia delegatów na Sali obrad, podobnie, jak w Sejmie, z podziałem na sektory dla poszczególnych Izb - w tym wypadku stracił swoje znaczenie. Kontrola sumień delegatów wzięła w łeb. Najciekawsze, że tej kontroli delegaci też specjalnie nie chcieli. Za utajnieniem było 144 głosy, przeciw – tylko 23, jeden głos był wstrzymujący się.

Przewidziane programem punkty dotyczące rekapitulacji wydarzeń zimowych zostały przeczytane, wywiązała się nawet dyskusja. Myślę jednak, że będę wyrazicielem opinii większości zebranych, jeżeli napiszę, że te sprawozdania, dyskusja były w sumie zbędne. Każdy wiedział, po co przyjechał, wiedział, jak będzie głosował i najgorętsze nawet przemówienie nie były w stanie tego zmienić. Wszyscy czekali na gwóźdź programu w postaci głosowania wotum nieufności wobec Prezesa. W związku z nieubłagalnym upływem czasu zebrani zgodzili się nawet rezygnację z wysłuchania bodajże ośmiu oczekujących w kolejce dyskutantów.

Koniec końców zasadniczy punkt został przegłosowany, a zebrani w poczuciu spełnionego obowiązku rozjechali się do domów. A tak, na zakończenie przemawiał Prezes. Krótko. Stwierdził, że wotum nieufności dało mu dużo do myślenia, czuje się głęboko skruszony i o swoich przemyśleniach powiadomi Radę Krajową podczas następnego zebrania plenarnego.

Głosowanie wotum nieufności, zamiast zwykłego usunięcia ze stanowiska - stanowiło wobec Prezesa Tadeusza Jakubowskiego wyraz pewnego oczekiwania, dawało szansę na samodzielne wycofanie się z zajmowanego stanowiska. Takie przynajmniej były oczekiwania większości zgromadzonych na sali. Minął już tydzień, a Prezes jak do tej pory nie ujawnił swoich przemyśleń, nadal uczestniczy w rozmowach ministerialnych, podpisuje komunikaty. Dalsze działania pozostają w gestii Rady Krajowej. W przypadku wotum nieufności wobec członka rządu dalsza procedura prowadzi do dymisji. Natomiast ustawa o zawodzie lekarza weterynarii nie przewiduje konkretnych rozwiązań w tym zakresie. Owszem, Rada ma teraz podstawę do przegłosowania kwestii dalszego pozostawania Prezesa na stanowisku, ale wśród członków Rady jest inna proporcja lekarzy chcących dymisji Prezesa, niż wśród delegatów na Zjazd Nadzwyczajny. A kto tam będzie się oglądał na ustalenia Zjazdu?

W zasadzie Zjazd powinien być poświęcony kwestii obalenia miłościwie nam panującego Prezesa. Stało się tak, a nie inaczej i Prezes uznał, że dwieście osób przyjechało do Warszawy wyłącznie po to, aby pogrozić Mu paluszkiem za złe sprawowanie. Prezes Tadeusz Jakubowski ukłonił się, obiecał poprawę. W tą poprawę nie bardzo jakoś wierzę, niemniej kolejny Zjazd zwoływany w celu pozbycia się Prezesa raczej nie wchodzi w rachubę. Sprawa wygląda tak, że wotum nieufności zostało przegłosowane stosunkiem głosów prawie pół na pół. Odwołanie Prezesa wymaga, żeby w głosowaniu aż dwie trzecie uprawnionych zechciało tego samego. Wszystko wskazuje, że takiego stosunku głosów jednak nie da się uzyskać. Czy w takim układzie jestem zadowolony, że byłem na Zjeździe, że pokazałem Prezesowi czerwoną kartkę? Niewątpliwie byłbym bardziej zadowolony wiedząc, że Prezes nie jest daltonistą, odróżnia czerwony od żółtego. Wiadomo, daltonizm nie jest wadą specjalnie dyskwalifikującą w życiu, powiem nawet, że daje się z tym żyć.

Muszę sobie przemyśleć sensowność wybierania do ciał decyzyjnych członków Izby, którzy w rzeczywistości nie podlegają jakimkolwiek poleceniom płynącym z Izby. W zasadzie Rada, Zjazd są ciałami kolegialnymi wybranymi przez nas, spośród równych, lecz składają się także z równiejszych lekarzy, niepodlegających prawu przez siebie stanowionemu. Mamy we władzach przedstawicieli nauki, którzy mają swoje profesorskie zdanie o tym, jak lekarze powinni pracować. Mamy też członków Korpusu Cywilnego, podległych zupełnie innym przepisom. Fakt, w chwili osadzaniu na stanowisku muszą się okazać prawem wykonywania zawodu. Wyłącznie wtedy. Poszukawszy, znajdziemy kolejne kwiatki. Co to za demokracja? Co to za władza wybierana spośród ludu, skoro sama nie podlega stanowionym przez siebie prawom? Ci członkowie naszych władz owszem podlegają czasami prawu bardziej rygorystycznemu niż izbowe, ale nie izbowemu. Nie ich dotyczy wygląd zakładu leczniczego, reklama, załatwianie zgłoszeń, kwestia nielegalnego handlu lekami. Niemniej te osoby decydują o nas i za nas. Za nas, bo to my sami wybraliśmy taki skład władz Izby. W związku z tym istnieje możliwość, ba duże prawdopodobieństwo, jak to widać z dotychczasowych poczynań Prezesa Tadeusza Jakubowskiego - takiego procedowania prawa, które będzie niekoniecznie po myśli zwykłych lekarzy, pracujących u podstaw, którzy będą zmuszeni do przestrzegania czegoś narzuconego przez ludzi niepodlegających tym samym procedurom.

Dobrze, że delegaci na Zjazd w większości reprezentowali wolę tych, co podlegają prawu korporacyjnemu, niestety jest to grupa zbyt mała, niewystarczająca do samostanowienia o swoim losie. Delegaci na Zjazd, jak wspomniałem w dużej mierze są wolni od trosk związanych z przestrzeganiem prawa izbowego. Na dodatek Rada Krajowa w swoim składzie ma większość niewykonującą zawodu lekarza weterynarii. Nauczyciel pływania, co daje polecenia, a sam nie wejdzie popływać, sprawdzić choćby czy aby woda dość wilgotna, a i nie za zimna? Czemu profesorowie, urzędnicy decydują za nas o tym, co jest dla nas dobre?

Profesor Krzysztof Anusz mówiąc o powodach, dla których Prezes Tadeusz Jakubowski dowolnie manipulował naszymi działaniami protestacyjnymi – powoływał się na chęć ratowania niektórych członków Izby, mogących ponieść nadmierne koszty osobiste związane z protestem. Jakie koszty osobiste, albo materialne poniósł nasz Prezes w związku z ogłoszonymi działaniami? Jakie koszty poniosła kadra naukowa? Skąd ten wielki altruizm?

Ja bardzo wysoko cenię pracę profesorów, urzędników. Ale czy cenię ich wystarczająco wysoko, samemu nie będąc naukowcem lub urzędnikiem? Czy przypadkiem nie jestem śmieszny usiłując ich oceniać z zewnątrz? A czemu moje odczucia zawłaszczają sobie inni? Rozumiem, może są lepsi, doskonalsi, szlachetniejsi i mądrzejsi. Ale to ja wiem, jak śmierdzi gnój, jak boli odbite żebro, skręcona noga. I to ja wiem, kiedy i za co jestem gotów pójść na konkretne ryzyko, ponieść koszty, wycenić przychody. Wybrałem i uprawiam zawód lekarza weterynarii. Leczę zwierzęta. Wyznaczam zwierzętom, jak mają żyć. Nie twierdzę, że jestem dla zwierząt dobry, że staram się je rozumieć. Czy przypadkiem nie jest tak, że podobnie, jak ja – staram się rozumieć potrzeby zwierząt - moje potrzeby rozumieją demokratycznie wybrani lekarze, którzy nie uprawiają zawodu. Czyżbyśmy rzeczywiście stanowili aż tak bezmyślną masę? Czy za nas i o nas powinni myśleć inni?

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.