Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Publiczne zaufanie-Włodek Szczerbiak

2011/09/28 09:20:20


Pobierz artykuł...>

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze pracowałem „na etacie”, nie patrzyłem na swoją pracę pod tym kątem, co dziś. Praca była prawem i obowiązkiem. Teraz przy pracy trzeba się umieć utrzymać. Nawet drobne potknięcia, zaniedbania mogą się skończyć tragicznie. Mam wrażenie, jakby ludzkość wracała do korzeni plemion zbieracko – łowieckich. Wiedzieć, umieć, to jedno, a znaleźć możliwość zastosowania tych umiejętności – to drugie. Kto wie, czy wkrótce w weterynarii nie nadejdzie czas, kiedy warto będzie zatrudnić sobie menagera martwiącego się wyłącznie o front robót. Są już wprawdzie lecznice zorganizowane właśnie w ten sposób, ale na dzień dzisiejszy stanowią one zaledwie pojedyncze perełki.

Skończyły się wakacje, działacze niwy zawodowej wracają do codzienności, a tymczasem okres kanikuły przyniósł sporo zmian. Nie są to może jeszcze zmiany drastyczne, przełomowe. Oceniałbym to, co się dzieje wokół naszego zawodu jako pracę spokojnego nurtu rzeki. Wolno i wytrwale, bez przerw wakacyjnych, bo wiadomo od czasów Heraklita że, panta rei (wszystko płynie). Z tego też powodu po wakacjach nie wejdziemy do tej samej rzeki, co wcześniej.

W lipcu lobby mięsne przypuściło bardzo silny szturm na Ministerstwo Rolnictwa. można obrazowo powiedzieć, że przedstawiciele Ministerstwa wręcz słaniali się pod ogniem ciosów miotanych pod wodzą Witolda Choińskiego, a z naszej strony w tym czasie jakoś nie dostali żadnego wsparcia. Wiadomo, urlopy…

Strategia antyweterynaryjna jest niesamowicie prosta. Mediom wystarczy rzucić jakiekolwiek hasło, byle głośne i nośne. „Polskie Mięso” działając oczywiście w interesie konsumentów zaproponowało, żeby badanie próbek w kierunku BSE, lub jak się teraz mówi – TSE zakłady mięsne będą robić za granicami Polski, bo tam taniej. Niestety, nie było podczas tych konferencji nikogo z naszych, żeby powiedzieć, że oszczędność kosztów w wypadku takiego badania dla zakładów ubojowych, oraz oczywiście dla kochanych konsumentów – jest iluzoryczna. Badanie w kierunku choroby prionowej, choroby szalonych krów, wykonywane w Polsce kosztuje zakłady ubojowe zero złotych. Badanie jest płatne z budżetu. Natomiast młode bydło rzeźne eksportowane do Turcji ma jako jeden z wymogów konieczność badania w kierunku TSE. W Europie obowiązek badania na tą chorobę występuje dopiero od wieku 72 miesięcy. Wcześniej prowadzone badania są płatne przez ubojnię. Czyli ubojnia nie dba o interes polskiego klienta, a tureckiego. W sumie słusznie, ale nikt rewelacji pana Witolda Choińskiego nie sprostował i w kraj poszła informacja o rzekomej trosce rzeźników o konsumenta. Grupa „Polskie Mięso” sobie tylko wiadomymi metodami obliczyła koszt nadzoru weterynaryjnego w przeliczeniu na kilogram mięsa. Wyniósł on ich zdaniem sześćdziesiąt do siedemdziesięciu groszy na kilogram rąbanki. Znowu zabrakło fachowców, żeby skorygowali tą dokładnie dziesięciokrotnie przesadzoną kwotę.

Wydźwięk medialny jest jeden – weterynaria dobija przemysł mięsny. Tak naprawdę jest to kwota od czterech do pięciu groszy za kilogram badanego mięsa. Podwyżka, średnio chyba o niecały grosz nastąpiła po sześciu latach stagnacji stawki. Tymczasem cena skupu żywca zmienia się codziennie w granicach nawet kilkudziesięciu groszy. Podobnie codziennie zmienia się cena mięsa sprzedawanego z magazynu. Kolejna zmienna cena to sklep. Powyższe ceny nie są ze sobą zbyt mocno skorelowane, niemniej przemysł jest dobijany przez groszową podwyżkę za usługi weterynaryjne.

Majowa zmiana cenników opłat i wynagrodzeń pociągnęła za sobą żądania techników weterynarii zatrudnionych przy badaniu mięsa. Domagają się oni podwyżki stawek do wysokości pięciu ósmych wynagrodzenia lekarzy. Te żądania nie będą miały wpływu na wysokość opłat ponoszonych przez zakłady mięsne, ale niosą widmo zmiany sposobu wynagradzania przez Inspekcję oglądaczy. Wynagrodzenia te nie były ustalane jednocześnie z podwyżkami dla lekarzy. Przepisy dotyczące wynagrodzeń dla osób niebędących lekarzami nie uległy zmianom. Ewentualna zmiana tych stawek spowoduje uszczuplenie zarobków lekarzy, wszak naczelną zasadą wynagrodzeń w weterynarii jest to, że nie mogą one być wyższe od opłat pobranych w zakładach mięsnych. Dotychczas technicy, oglądacze byli opłacani godzinowo. Po majowej weryfikacji cenników sposób wynagradzania oglądaczy nie uległ zmianie, a roszczenia ze strony stowarzyszenia „Eskulap” mogą się odbić na dochodach lekarzy, którym w wypadku realizacji żądań może uszczuplić się pula wynagrodzeń. Możliwe, że inaczej by wyglądała sytuacja w przypadku wprowadzenia jednoczesnych zmian w wynagrodzeniach lekarzy i techników. W chwili obecnej ewentualna korekta może się okazać bolesna dla lekarzy. Ostatnie doniesienia mówią, że stanęło na kwocie dwadzieścia pięć złotych za godzinę brutto. Podwyżka ma wynieść pięć złotych.



Bałagan w cennikach.
Władze od dłuższego czasu pracują nad formami ewentualnej etatyzacji zatrudnienia przy badaniu mięsa. Mam wrażenie, że sytuacja jest wysoko zaawansowana, gdyż nasz protest w sprawie braku waloryzacji cennika przyniósł efekty wyłącznie odnośnie kilku pozycji. Nadal zostały w cenniku absurdalne pozycje, a ponadto stosowanie tegoż cennika wynagrodzeń wymaga całkiem zaawansowanej wiedzy księgowej. Są stawki od których odejmuje się siedem procent, a także stawki od których tego obecnie bliżej nieuzasadnionego narzutu się nie odejmuje. Niektóre badania mają stawkę określaną „niemniej niż”, a kolejne czynności są liczone od sztuki. Przy badaniach mięsa wynagrodzenie obecnie jest równe opłacie, ale z kolei przy badaniu bydła przeznaczonego do dalszej hodowli stawka opłaty wynosi 14,25, niemniej niż 45,50. Czyli trzy sztuki po 14,50 to w sumie 45,50. Cennik wynagrodzeń mówi z kolei o kwocie niższej o około 7 procent od ceny usługi. Te siedem procent obecnie stanowi wyłącznie pamiątkę po historii sprzed lat, kiedy oczekiwano, że może zostać wprowadzony podatek VAT na badanie mięsa. od prawie roku nie obowiązuje wspomniana stawka, a zapis w cenniku pozostał, jako wyraz pewnej niefrasobliwości w projektowaniu cen. Nadzór nad spędami to kwota 45,50 opłaty i 41 zł wynagrodzenia. W tym przypadku mówi się o tak zwanym wynagrodzeniu godzinowym. Szczepienie knura przeciwko chorobie Aujeszki wykonywane jest podczas objazdu punktów kopulacyjnych. Jeżeli w danym powiecie tych punktów jest niewiele – rozliczenie za wykonane usługi przyjmuje wartości ujemne! Bierze się to z lapsusu polegającego na opodatkowaniu składką ZUS zakupu szczepionki delecyjnej. Kolejny narzucający się punkt to opłata i wynagrodzenie za pobieranie krwi od ptactwa. Tyle samo kosztuje pobranie próbki od kilogramowego kurczaka i od dwustukilowego strusia! Stawka w tym wypadku jest już zupełnie śmieszna! Wyliczanka poszczególnych paradoksów jest nudna przy czytaniu, dlatego ją pominę. Skąd ten galimatias? Czemu Ministerstwo nie ujednoliciło cen? Rozumiem, że w trakcie negocjacji mogło być pewnym nietaktem grzebanie się obu wysokich układających się stron w szczegółach. Niemniej po przymiarkach na szczycie, można było dokonać pewnych korekt księgowych, dla choćby uporządkowania zasad kalkulacji.

Różne cenniki dotyczące rozmaitych czynności, a stale trwają analizy pracochłonności. Rodzi to spore obawy, że cennik jest wyraźnie nieuporządkowany. Każdy kolejny ruch w tak czułej materii może spowodować całkiem uzasadnione protesty. Ideą administracji rządowej jest wprowadzenie konsolidacji kilku inspekcji, co może się stać zaczynem do wprowadzenia całościowych zmian w cenniku. W obecnym układzie przed zmianami w strukturze Inspekcji drżą więc nie tylko lekarze bezpośrednio w niej zatrudnieni, ale i lekarze pracujący na zasadach outsourcingowych.

Zatrudnienie.
Ostatnio chęć na zatrudnianie techników weterynarii zaczął przejawiać Główny Inspektorat Weterynarii. jest to powiązane z sytuacją płacową w firmach outsourcingowych. Wynagradzanie podmiotów badających mięso jest skonstruowane niejasno i wysokość zarobków w tym sektorze zależy w dużej mierze od dobrej woli powiatowego lekarza weterynarii. Zakład mięsny płaci do budżetu określoną pulę pieniędzy i ta pula na dzień dzisiejszy jest dość dowolnie rozdzielona przez zlecającego. Są inspektoraty, gdzie w oparciu o ministerialne wytyczne zasadą jest liczne zatrudnianie badających, co powoduje podział tej samej puli wynagrodzeń między większą ilość pracowników. Władze weterynaryjne starają się znaleźć jakieś panaceum ujmujące w ramy przepisów sposób dzielenia pieniędzy. Zatrudnianie techników przy badaniu mięsa niesie ryzyko mniejszego profesjonalizmu, lecz za zalety uważa się większą dyspozycyjność, spolegliwość, a także mniejszy koszt zatrudniania takiej kadry. Przy tej samej puli płacowej można zatrudnić więcej osób badających mięso. Sytuacja taka robi wrażenie, jakby lekarze sami swoim kolegom starali się pogorszyć warunki życia, obniżyć apanaże.

Nie tylko szeroki wachlarz obowiązków, ale przede wszystkim niskie płace w Inspekcji Weterynaryjnej doprowadziły do sytuacji, kiedy czynności weterynaryjne są powierzane osobom o wykształceniu pokrewnym. W Inspekcji pracują magistrowie rolnictwa, zootechniki, biologii. Dzieje się tak mimo nadprodukcji lekarzy przez uczelnie. Praca w pionie administracyjnym jest na tyle nieatrakcyjna dla absolwentów weterynarii, że zatrudnianie nowych lekarzy stanowi poważny problem. Relacje pomiędzy wysokością płac administracji weterynaryjnej, nadzorującej podmioty zewnętrzne budzą wśród lekarzy inspekcyjnych bardzo duże kontrowersje. Możliwe, że ten fakt powoduje chęć pauperyzacji wynagrodzeń u kolegów pracujących w terenie. Jednocześnie znamiennym jest, że lekarze zatrudnieni w administracji mimo, żenujących płac – nie przechodzą do niewdzięcznej pracy w ubojniach, do czego są zresztą doskonale przygotowani. Może wpływ na to ma nie tyle blichtr władzy, co pewność pracy „na państwowym garnuszku”.

Uczelnie.
Podjęcie przez lekarza satysfakcjonującej pracy nie jest łatwe ze względu na brak miejsc. Niemniej w niczym to nie przeszkadza uniwersytetom produkować coraz to nowych i nowych absolwentów weterynarii. Istniejące wydziały obecnie nie spełniają unijnych standardów, absolwenci mają problemy z podjęciem pracy za granicą. Mimo wszystko naukowcy tworzą coraz to nowe wydziały. Powstał wydział weterynarii w Poznaniu, Wrocław wprowadził pielęgniarstwo weterynaryjne, lada chwila Kraków otworzy swój wydział. Ta ilość niestety nie przeradza się w jakość. Dzieje się podobnie, jak z technikami weterynaryjnymi, które powstają jak grzyby po deszczu, lecz ich poziom nie gwarantuje zatrudnienia w lecznicach weterynaryjnych. Lecznice wolą zatrudniać zootechników, biologów, byle nie techników weterynarii, których wykształcenie jest uważane w lecznicach za niewystarczające. Rozumiem pęd kadry dydaktycznej do kształcenia, a czasami i zapewnienia sobie dochodów. Niemniej dla zawodu nie jest to najlepsze rozwiązanie, gdy tylu absolwentów nie może znaleźć się w pracy.

Kształcenie podyplomowe, kształcenie ustawiczne.
Najwyraźniej uczelnie, szkolnictwo na dobre zabrało się do realizacji zasad ekonomiki obowiązujących przy kształceniu. Wiedza pompowana jest w każdego chętnego w dowolnej ilości, jakości przez dowolną ilość czasu. Pójdźcie się uczyć. Studiujcie, mamy dla was i kształcenie podyplomowe, a może uda się i wdrożyć kształcenie ustawiczne? Nie ważne, co w przyszłości zrobicie z tą wiedzą, ważne żebyście zapewnili pracę kadrze dydaktycznej.

Struktura rolnictwa.
A tymczasem rolnictwo w Polsce znajduje się w fazie regresu. Nie powiększył się eksport świń dzięki wprowadzeniu pracochłonnej i kosztownej eliminacji choroby Aujeszki. Eksport z innych działów hodowli, mimo że Polska jest krajem wolnym od chorób zaraźliwych – mocno kuleje. Tłumaczy się to kosztami produkcji żywca, dość ekstensywną i rozdrobnioną hodowlą. Potencjał, jakim dysponuje w Polsce nasz zawód, w związku z postępującą komercjalizacją, uprzemysłowieniem hodowli zaczyna być zbędny. Malejąca ilość zagród, rosnąca obsada ferm składają się na spadek zapotrzebowania na usługi lekarzy terenowych. Kształcenie lekarzy obejmuje przygotowanie do obsługi ferm, na temat obsługi małych gospodarstw lekarze muszą się uczyć w oparciu o własne doświadczenia. Mimo, że tyle się mówi o gospodarstwach ekologicznych, jaka alternatywie dla hodowli wielkostadnej – brakuje lekarzy wyspecjalizowanych w ich obsłudze.

O czyje interesy dba ministerstwo?
Weterynaria stanowi bardzo niewielką grupę zawodową. Podobno jest grupą bardzo ważną, o której można powiedzieć, jak Churchil podczas Bitwy o Anglię – że tak niewielu tak wiele może znaczyć. Od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia ciągle są projektowane zmiany dotyczące naszego zawodu, często te projekty są nieskonsultowane, albo źle skonsultowane z najbardziej zainteresowanymi. Parę lat temu z rąk lekarzy została wytrącona potężna broń do stosowania w walce z chorobami zwierząt. Mowa o antybiotykach, które znalazły się w gestii przemysłu paszowego. Wiadomo, takie rozwiązanie jest tańsze, prostsze. Nie jest istotne, że szeroko otwarte zostały wrota do produkcji bakterii antybiotykoopornych, ważna są koszty. Wyeliminowanie z pośrednictwa lekarzy to podobno zysk klientów. Klientów, którzy wprawdzie dużo dyskutują o zdrowej żywności, ale głosują na konkretne rozwiązania przy pomocy węża z kieszeni. Wybierane są rozwiązania nieekologiczne, na bakier z dobrostanem, groźne dla zdrowia poprzez unieczynnienie antybiotyków.

Ministerialne decyzje.
Lekarze weterynarii, często prowadzą samochody. Cały czas są jednak ogarnięci strachem przed zaskakującymi ruchami demiurgów rzeczywistości. Są to kreatorzy nieumiejący się zdecydować, czy weterynaria ma być instytucją kontrolującą, czy podległą przemysłowi mięsnemu. Możliwości stosowania zmian w obowiązującej rzeczywistości przyrównałbym do wyboru biegu w samochodzie. Jadąc na trzecim biegu mam do dyspozycji pewne widełki prawne. W każdej chwili mogę wrzucić dwójkę, lub czwórkę. Istnieje też możliwość wrzucenia jedynki lub piątki, ale tu potrzebna jest już decyzja polityczna. Rutyniarze doskonale wiedzą o istnieniu biegu oznaczonego literką „R” - jak racja stanu. Taki ruch to już naprawdę poważna decyzja. Skoro jest jakieś rozwiązanie, ktoś go na pewno kiedyś użyje. Kto włączy rewers? A może już jedziemy na wstecznym?

Straż zwierząt.
W prasie ogólnopolskiej w związku z nową ustawą o ochronie zwierząt pojawiają się artykuły związane z tym tematem. Mówi się o nowych ministerialnych komórkach zajmujących się zagadnieniem. Weterynaria jest automatycznie wykluczana z wszelkich rozmów na ten temat, jako jednostka podległa Ministerstwu Rolnictwa i bezpośrednio zależna, bo opłacana przez hodowców. Lekarze z racji zainteresowań i wykształcenia, okazują się być niekoniecznie najbardziej predysponowani do zainteresowania się dobrem zwierząt. Wśród przyjaciół zwierząt panuje opinia, że lekarze są skorumpowani wynagrodzeniami za milczenie na temat dobrostanu. Nie wypada robić takiego porównania, ale dawno, dawno temu wyprawy krzyżowe do Ziemi Świętej odbywały się pod auspicjami kleru. Dziś ubój, hodowla są nadzorowane przez lekarzy podległych ministerstwu rolnictwa…

Zawód zaufania społecznego?
Takich profesji żaden rząd ani samorząd nie chce. Dysponują zbyt dużą autonomią. Różne są zagrożenia dla weterynarii, ale, kto wie, czy nie największym jest utrata wiarygodności. O to zdają się walczyć wszystkie nacje, z jakimi styka się weterynaria. Pierwszym jest ministerstwo sprawujące władze nad zawodem, kolejnymi – przemysł mięsny, przetwórczy, hodowlany. Na samym końcu łańcuszka znajduje się konsument promujący każdą drogę na skróty, byle tańszą.

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.