Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Jubileusz - Jacek Sośnicki

2011/11/07 12:32:31


Pobierz artykuł...>

„JUBILEUSZ”

To już dwadzieścia lat odrodzonego samorządu lekarsko-weterynaryjnego i zapewne czas dziś na głęboką refleksję nad tym jak wielkie były i są oczekiwania a , jak niewiele udało się zrobić w zakresie wykonywania wolnego zawodu lekarza weterynarii. W końcu lat osiemdziesiątych gdy powstawało w Poznaniu Towarzystwo Wspierania Inicjatyw Zawodowych usłyszałem z ust ówczesnego wojewódzkiego Ś.P. Tadeusza Majewicza, że „Izba Weterynaryjna to będzie taki bacik na prywaciarzy”. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że po dwudziestu latach ta instytucja rzeczywiście potrafi tylko „smagać” swoich członków za różnorakie przewinienia ale bardzo niewiele zrobiła i robi dla ochrony zawodu oraz rynku pracy lekarzy weterynarii. To prorocze zdanie skądinąd zasłużonego dla zawodu inspektora, było wynikiem mocnego przekonania, że każda wolność musi mieć swoje granice a każdy robotnik swojego majstra. Jednak młodsze pokolenia lekarzy weterynarii nie skażone już „siermiężną komuną” nie rozumieją takiej roli samorządu a tym bardziej konieczności wspierania jego działań czy raczej ich braku, swoimi składkami. Od 2004 roku bezskutecznie próbowałem z tak zwaną „grupą Namysłowską” zreformować tego „kolosa na glinianych nogach” jakim stała się Izba pod rządami pracowników Inspekcji Weterynaryjnej, ale szybko okazało się, że wylansowany przez nas „ etatowy prezes” nie chce „uszczęśliwiać„ wolnego zawodu a woli walczyć o kształcenie lekarzy, urzędowe cenniki i wynagrodzenia w Inspekcji. To paradoks, że etatowy pracownik Izby nie chce słuchać jej ustawowych organów czyli Krajowego Zjazdu i Krajowej Rady. Zręcznie manipulując ludźmi nadal trwa mimo, iż jego moralny mandat do sprawowania tej funkcji dawno wygasł. I właśnie dlatego, pomimo zaproszenia na niedzielne obchody dwudziestolecia samorządu postanowiłem je spędzić w domu i samodzielnie zmusić się do refleksji nad teraźniejszością i przyszłością tego pięknego zawodu. Zawód lekarza weterynarii był moim świadomym i dorosłym wyborem więc tym bardziej boli mnie postępująca jego pauperyzacja i mroczne perspektywy w najbliższym czasie. Jednak największym problemem jest zupełna bezsilność tych osób w samorządzie, które rozumieją jego właściwe zadania wobec lekarzy weterynarii ale od lat nie mogą zbudować odpowiedniego klimatu do przeprowadzenia niezbędnych reform. Nie przekonują mnie twierdzenia urzędników „różnej maści”, że jedynym czynnikiem regulującym sposób wykonywania wolnego zawodu lekarza weterynarii miałby być wolny rynek usług. Jeśli jest to zawód regulowany to Izba nie może ograniczać się tylko do potwierdzenia prawa wykonywania zawodu, wpisania do rejestru praktyk i ściągania składek. To przecież brak właściwego nadzoru Izby powoduje powszechny dziś handel produktem leczniczym a nie usługą weterynaryjną co już niebawem doprowadzi do wyginięcia terenowych zakładów leczniczych do obsługi małych gospodarstw hodowlanych. Za każdym lekiem docierającym do rolnika stoi przecież jakiś lekarz weterynarii, który w tej czy innej formie sprzedaje swoje kwalifikacje. Studiowanie weterynarii stało się dziś modą za którą nadążają uczelnie zwiększając nabór i tworząc nowe kierunki, nawet w ramach wydziałów biologii i hodowli zwierząt bez zaplecza klinicznego. Brak instytucji stażu klinicznego a tym bardziej egzaminu praktycznego typu LEP, przed przyznaniem prawa wykonywania zawodu powoduje praktykowanie metodą prób i błędów, za którą idzie cierpienie zwierząt i przekonanie klientów o zupełnym braku fachowości. Jest to efekt „ dywagacji różnych profesorów” aby gabinet weterynaryjny był na każdej ulicy i w każdej wsi. Młodzi lekarze wynoszą z takiego masowego kształcenia „bazarową filozofię promocji i programów opieki” w których podstawą jest niska cena jednostkowa usługi bo tylko ona jest w stanie zwrócić uwagę klienta na tego właśnie lekarza. Agresywny „marketing”, przy zupełnym braku szacunku dla starszych kolegów powoduje liczne konflikty z którymi nie radzą sobie Rzecznicy Odpowiedzialności Zawodowej skutecznie tropiący zwykle tylko przewinienia „urzędowe”. Brak standardów wykonywania usług weterynaryjnych prowadzi do przekonania, że dla zadowolenia klienta i niskiej ceny usługi „cesarkę” psa czy kota wykonuje się na kuchennym stole lub w „gabinecie”, którego częścią jest poczekalnia. Tak zwane „cięcie kosztów” promuje zakupy w Internecie „używanych” materiałów chirurgicznych, leków anestetycznych czy 100% substancji farmaceutycznych. Nie funkcjonuje usługa wzajemnych konsultacji specjalistycznych w trosce o zdrowie pacjenta z powodu chęci „rynkowego wyciśnięcia klienta jak cytryny”. Od wielu lat w ochronie rynku usług lekarsko-weterynaryjnych nie pomaga nam Inspekcja tolerując kłamstwa rolników w drukach łańcucha żywieniowego czy Spiwet-ach odnośnie stosowanych leków u zwierząt i sprawowanej podstawowej opieki weterynaryjnej lekarza tzw „pierwszego kontaktu”, który byłby również ostatnim ogniwem nadzoru epizootycznego. Egzekwowanie takiego obowiązku podstawowego nadzoru nad gospodarstwami w których hodowane są zwierzęta konsumpcyjne stworzyło by czytelne perspektywy do istnienia i rozwoju „wiejskich lecznic”. Zła kondycja tych zakładów leczniczych ujawnia się przy zwalczaniu enzootii chorób zakaźnych, do których ściąga się posiłki z odległych województw aby wykonać proste czynności, których nie ma już kto zrobić na miejscu. Ta „kampanijność” i „kopanie studni gdy chałupa stoi w ogniu” to specjalność poszczególnych szefów w Inspekcji. Największym jednak problemem jest brak perspektyw dla kolejnych roczników kończących studia nad czym nie zastanawiają się zwykle ich nauczyciele a brak realnego wpływu Izby na ilość otwieranych praktyk rodzi bardzo niepewną przyszłość dla istniejących zakładów leczniczych. Inspekcja widząc wysokie zarobki niektórych wyznaczonych próbuje administracyjnie zwiększyć ilość lekarzy urzędowych aby rozłożyć przychody z badania zwierząt rzeźnych na więcej osób. Może to chwilowo stworzyć nowe miejsca pracy kosztem obniżenia wynagrodzeń pozostałych ale co dalej? Kto zatrudni kolejne roczniki lekarzy weterynarii. Komu tak bardzo zależy na tym żeby ten piękny zawód stał się powszechny, masowy czyli nijaki. Powszechny dziś w szkolnictwie tzw. „wyścig szczurów” przeniesie się więc z uczelni na niwę zawodową , prowadząc do wyeliminowania tych mniej odpornych, mniej ”zaradnych”, nie posiadających zasobów finansowych pozwalających przetrwać w nierentownym zakładzie leczniczym. „ Ludożercy wszystkich krajów zżerajcie się” wrzeszczano kiedyś w kabaretach parodiując komunę. Czyżby było to hasło dla niczym nie ograniczonej „konkurencji” o być albo nie być lekarzy wolnej praktyki? Gdzie jest Izba, po co ją powołano? Kto nią kieruje? Dlaczego tak niewiele robi? Kto mu płaci?

Z okazji „jubileuszu” życzę wszystkim koleżankom i kolegom członkom samorządu zawodowego lekarzy weterynarii abyśmy doczekali czasów kiedy Izba będzie miała mądrych szefów, którzy zajmą się tym do czegośmy ich powołali.

Jacek Sośnicki

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.