Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Primum supersunt! - Włodek Szczerbiak

2012/02/08 22:14:31


Pobierz artykuł...>

Primum supersunt!

Niniejszy tekst stanowi próbę odpowiedzi na artykuł dyskusyjny autorstwa dr Jana Kołacza „Primum non nocere” z „Życia Weterynaryjnego” 87(1), str 9. Odpowiedź zamieszczam na portalu Medicusveterinarius.pl, ze względu na długi okres edycyjny miesięcznika Życie weterynaryjne.

Szanowny Panie doktorze!

Zaszczytem dla lekarza jest móc wymienić poglądy z nestorem zawodu, jakim jest dr Jan Kołacz. Doktor Kołacz, jak pisze – większość życia zawodowego przepracował w centralnej administracji weterynaryjnej. Zaszczyt, a jednocześnie okazja do porównania sposobu patrzenia na weterynarię. Spojrzenie z najwyższych szczytów zawodu, skonfrontowane z kimś pracującym u samych podstaw. Już pobieżna lektura tekstu pozwoliła mi zauważyć, że tematykę roli izby weterynaryjnej rozumiem inaczej niż nestor. Doktor Jan Kołacz ma poważny zarzut do działalności Krajowej Rady Lekarsko-Weterynaryjnej, odnoszący się do nakłaniania (w oparciu o ustawę o zawodzie i izbach) – państwowych lekarzy weterynarii do łamania prawa. Taka działalność zdaniem Doktora, szkodzi korporacji podważając jej wspólnotę i kreując negatywną opinię o zawodzie w oczach obywateli. Jest też asumptem do ograniczenia uprawnień posiadanych przez zawody zaufania społecznego. Moim zaś zdaniem i zdaniem wielu moich kolegów żaden minister nie powinien ze względu na swój stan ducha represjonować jakiegokolwiek zawodu. Ale to na marginesie, zacznijmy od początku.

Różnice w pojmowaniu funkcji Izby.
Pan doktor Kołacz, jak wspomniałem – sugeruje że Izba zachęca inspektorów do łamania prawa. Z mojego punktu widzenia jest odwrotnie – staje w obronie korporacji, pomaga inspektorom znaleźć szansę na przetrwanie w zawodzie. Walka o zarobki nie jest niczym złym, a jej formę determinują okoliczności, sytuacja gospodarcza i polityczna. Każdy chce wykonywać pracę, za godziwe wynagrodzenie. Niezadowolenie pojawia się, kiedy warunki płacy i pracy przestają być satysfakcjonujące. Stanowi to asumpt do zmiany pracy, czasami nawet emigracji. Od wejścia do Unii dość modne stały się twierdzenia różnych menadżerów o konieczności wypracowania sobie umiejętności przekwalifikowywania się. Pewnie mają rację, ale sądzę, że nie dotyczy to osób po studiach trwających jedenaście semestrów plus cztero – sześcio semestralnej specjalizacji. Rolą samorządu zawodowego jest dbanie o należyte wykonywanie zawodu. Warunki pracy i płacy są zaś jednym z czynników determinujących jakość pracy i pozyskanie pracowników.

Myślę, że na temat funkcji Izby Lekarsko-weterynaryjnej należy też spojrzeć w znacznie szerszym kontekście, niż proponuje doktor Jan Kołacz. Od lat przyjęło się, że patent na nieomylność ma wyłącznie władza, a podmioty zobowiązane do akceptacji narzucanego prawa siłą rzeczy nie dysponują wystarczająco szerokim obrazem rzeczywistości, żeby wyrażać miarodajne opinie. Od z górą dwudziestu lat w Polsce panuje ustrój dopuszczający do głosu szarego obywatela. Niestety, w miarę jak krzepnie administracja powołana unijnymi dyrektywami, demokracja zaczyna być coraz częściej podporządkowywana potrzebom władzy. Cóż w takiej sytuacji mają począć grupy zawodowe, które globalna wioska może nakryć czapką? I są potrzebne i można je zastąpić. Nas, lekarzy weterynarii też można zastąpić, jak twierdzą osoby z „grupy trzymającej władzę”. Odczuliśmy to szczególnie mocno, będąc w styczniu ubiegłego roku manipulowani przez Ministerstwo Rolnictwa, Prezesa własnej Izby i zaangażowaną w to część kadry dydaktycznej.

Nowe widzenie weterynarii.
Nowa idea ministerialna, Inspekcja Bezpieczeństwa Żywności, praktycznie nic nie zmieni w nadzorze produkcji i dystrybucji żywności. Ewentualne zyski związane z komasacją laboratoriów, biur są iluzoryczne. Jedynymi istotnymi – z mojego punktu widzenia – zmianami jest dezawuacja znaczenia weterynarii w tym nadzorze. Pod hasłami konsolidacji, następuje rozbijanie zawodu. W inspektoratach otrzymali pracę kontrolerzy niebędący lekarzami. Po pierwszej euforii związanej z wejściem unijnych przepisów czyniących weterynarię odpowiedzialną za żywność zwierzęcego pochodzenia, nagle okazuje się, że to był błąd, z którego nasz rząd wycofuje się rakiem.

Odebrano nam kontrolę antybiotyków stosowanych w chowie wielkostadnym, na rzecz koncernów paszowych. Teraz mamy do czynienia z kolejnym zamachem na nasz zawód. Wystarczy zastanowić się chwilę, co ministrowi da zmiana bez zmiany, czyżby tylko wprowadzenie potężnej grupy „swoich” popleczników? Opanowanie przez swoich ważnego sektora w rolnictwie – daje władzę pewniejszą niż nawet rządowy fotel. Zdaniem Ministra Sawickiego – bezpieczeństwo żywności jest zbyt istotne, żeby powierzać je osobom bez nominacji politycznej. Nadrzędna rola w nowej inspekcji przypadnie osobom spolegliwym politycznie. Jest to niezwykle wygodne rozwiązanie dla kadencyjnej władzy. Możliwe, że jako element tego ruchu powstaje nowy kierunek studiów, mający w ciągu siedmiu semestrów wykształcić inżynierów bezpieczeństwa żywności. Obecnie taki inżynier nie ma uprawnień lekarza weterynarii, aby stanąć na taśmie w zakładach ubojowych, ale wystarczy odpowiednio dostosować ustawę, co zresztą nie jest niczym trudnym dla zmotywowanego partyjnie i politycznie ministra.

Ministerialna reforma weterynarii w świetle etyki zwodu.
Etyka jest czymś trudnym do stosowania, albowiem nie pomogą żadne kodeksy, kiedy ktoś zechce forsować własne rozwiązania. Nie twierdzę, że jest to całkiem nieetyczne, lecz niezgodne z etyką zawodu. Rozwiązania szkodliwe dla zawodu mogą polegać zarówno na promowaniu dzieci prominentów, jak i na odbieraniu dotychczasowych uprawnień poprzez tworzenie nowych kierunków kształcenia na doraźne potrzeby administracji. Szkodą dla zawodu jest gwarantowanie kadr dla nowo kreowanej inspekcji. Działania są wielowątkowe. Niekiedy odbywają się i metodą znaną z „Pana Twardowskiego” – „potrząsnął kiesą pomału”. Etyka zawodu, czyli kwestia nadprodukcji kadr weterynaryjnych, zderza się z etyką dydaktyków, pragnących realizować swoją wizję szkolnictwa wyższego poprzez kształcenie jak największej ilości osób, a kosztem ich możliwości pracy, godziwego wykształcenia. Czy to jest interes społeczny, czy partykularyzm grup partyjnych i zawodowych?

Zawody zaufania społecznego pod pręgieżem.
Samorząd, Panie doktorze, ma historię pełną walki. Były czasy, kiedy był doceniany, hołubiony. Przykładem są lata 45 – 50 ubiegłego wieku. Później demokracja ludowa w swojej pryncypialności uznała za zbędne konsultowanie działań z osobami niebędącymi ekspertami od partyjnej futurologii. Lata dziewięćdziesiąte przyniosły ponowny rozkwit idei samorządności zawodowej, a już w pierwszym dziesięcioleciu bieżącego wieku nastąpił ponowny regres. Zresztą był Pan świadkiem tej historii. Strona rządowa z powodów konstytucyjnych toleruje istnienie izb, mimo że są one solą w oku. Rząd tak naprawdę chce zlikwidować większość zawodów koncesjonowanych, bo mamy ich w Polsce aż 380, co podobno stanowi rekord Europy. Podobno, bo zastanawia mnie, jak to jest, że w Niemczech, gdzie tych koncesji jest niby mniej – osobny ekspert montuje gniazdko w ścianie, a osobny żyrandol na suficie – nagle taką furorę zrobił interdyscyplinarny „polski hydraulik”.

Na szczęście dla zawodów, żadna izba nie traktuje literalnie konstytucyjnego zapisu o samorządzie. Może nawet i na prostej zasadzie przekładającej się w przysłowie – daj kurze grzędę. Im bardziej obrasta w piórka administracja postsolidarnościowa, tym mocniej chwyta władzę w swoje ręce. Natomiast izba lekarska - zdaniem Autora artykułu – zamiast walczyć o byt – ma się zajmować wręcz wyłącznie dokształcaniem, szczególnie w kwestii stosowania produktów leczniczych, zwalczania chorób zwierząt, dobrostanem, ochroną środowiska. Do dyskusji o ocenie potrzeb kształcenia lekarzy dopuszcza Pan doktor wyłącznie trzystu lekarzy powiatowych. Oni jednak nie są jedynymi przedstawicielami zawodu. Moim zdaniem – stanowią Korpus Służby Cywilnej niemający nic wspólnego z samorządem!

Rządowe widzenie rozwoju rolnictwa.
Nie jest dla rządu istotne, ilu rolników straci ojcowizny wraz z wprowadzeniem gospodarki wielkotowarowej, mimo że jest to populacja liczona w milionach. A czy wobec tego ważne jest ilu inspektorów weterynaryjnych, lekarzy wyznaczonych straci pracę po rządowej reorganizacji naszego zawodu? Stracimy nie tylko te kilka kierowniczych etatów. To tylko wierzchołek góry lodowej! Stracimy na rzecz innych nacji zawodowych znacznie więcej! Poprzetykani ludźmi rządzącej partii, staniemy się jej wasalem! Czemu więc nasza korporacja stosuje mechanizmy obronne? To w tym układzie – pytanie retoryczne.

Swoich priorytetów władza w odniesieniu do lekarzy weterynarii nie realizuje zgodnie z zasadą „primum non nocere”! Tej zasady rząd nie uznaje! Rząd, ministerstwo ma własne, wyższe wizje i wprowadza je - za wszelką cenę – „at nulla” – jakby powiedział Hipokrates.

Polityczne znaczenie weterynarii.
Doktorze, ministerstwo oddane w samowładzę „przystawkowej partii” niczym warząchwią obraca w korporacyjnym kotle, wytycza wśród nas „ścieżki władzy”, a my mamy się zajmować wyłącznie samokształceniem? A którym dydaktykom możemy zaufać? Tym, co nas zdradzili dla nowych idei? A może oni tylko uciekają z tonącego okrętu? Marzeniem naszej izby jest wdrożenie sloganu: „Nihil de nobis sine nobis”, aż wstyd to przetłumaczyć w demokratycznym kraju – „nic o nas bez nas”. To takie marzenie…

Cieszy mnie natomiast, że mimo tylu lat pracy w departamencie, nadal pozostał Pan lekarzem. Najwyraźniej – wypadł Pan, Doktorze z głównej linii departamentu. Pisząc o roli Izby – wspomniał Pan o samokształceniu w dziedzinie bezpieczeństwa żywności. Błąd! Teraz ministerialnie „trendy” jest nowy kierunek studiów – bezpieczeństwo żywności, a nie specjalizowanie w tym zakresie lekarzy weterynarii.

Co planuje Izba?
Ostatnie rozdanie kart, jakie miało miejsce podczas lutowej sesji Rady Krajowej zdaje się być przełomowe w historii tej organizacji. Nawet nie tylko dlatego, że Rada bardzo wyraźnie wyartykułowała bieżące potrzeby zawodu. Novum zdaje się być tajność postępowania. Po raz pierwszy od lat nie mamy z góry przecieków na temat tego, co konkretnie ma się dziać. Może to jest jedyna rozsądna metoda walki o nasze? Czemu nie uczyć się niektórych rzeczy od wrogów?

Czy Izba rzeczywiście szkodzi korporacji?
Primum non nocere? Ależ, my nic nie psujemy chcąc zapewnić sobie godziwe życie. Władza dała przed paru laty w nasze ręce ważne zadania, a którymi doskonale sobie radzimy, ale ta sama władza i odbiera, bo jej tak jest wygodnie z powodów politycznych. Zdalne sterowanie za pomocą podstawionych osób istotną grupą nadzorującą ogromną część sektora spożywczego to władza! Władza spoza jej oficjalnych struktur! Stanowimy zwartą maszynerię predysponowaną zawodowo do wykonywania zadań, jakimi się nas obciąża. Stanowiska dla politycznych wasali kładą nasz zawód pod topór ministra, który ma w głębokiej pogardzie nasz zawód. Wystarczy spojrzeć, jakie metody, ujawnione w Gazecie Wyborczej – zastosował aby uzyskać tytuł lekarza weterynarii dla swego syna. Wystarczy też spojrzeć na zachowania naszych liderów mamionych blichtrem stanowisk, władzy.

Nikt nie neguje pięknych słów Hipokratesa odnoszących się do naszych pacjentów, a nie, jak momentami sugeruje artykuł Doktora Jana Kołacza – także do naszej korporacji zawodowej. Izba lekarsko-weterynaryjna jest tworem skrajnie pragmatycznym, dlatego zanim powie – „primum non nocere” – zgodnie z „piramidą potrzeb” musi przetrwać; „primum supersunt”!

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.