Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

TRUDNE RELACJE W ZAWODZIE J.Sośnicki

2012/12/18 10:08:12


Pobierz artykuł...>

TRUDNE RELACJE W ZAWODZIE

Rynek usług weterynaryjnych z roku na rok kurczy się w zastraszającym tempie, a funkcjonowanie na nim wymaga coraz większej specjalizacji, usprzętowienia i wyposażenia praktyki. Te wymogi rodzą konieczność nieustannych inwestycji w nowoczesny sprzęt oraz szkolenia personelu, co z kolei wiąże się z dużymi nakładami finansowymi. Aby im sprostać, część kolegów zaciąga kredyty bankowe, aby utrzymać konkurencyjność praktyki, a inni próbują uciekać w wyznaczenia PLW licząc na dodatkowe dochody. To ostatnie wyjście jest obecnie trudne do pogodzenia z dyspozycyjnością dla klientów, bo wyznaczenia, zwłaszcza rzeźniane, pochłaniają coraz więcej czasu na prowadzenie dokumentacji, szkolenia, kontrole, audyty - co skutkuje ciągłą nieobecnością w gabinecie. Wielu z nas wyznaczenia pochłonęły już tak bardzo, że nawet bezwiednie sami stali się higienistami, których powrót do praktyki klinicznej wymagałby dziś gruntownego szkolenia w kwestii stosowania nowoczesnych leków i obsługi sprzętu diagnostycznego. Stoimy więc przed trudnymi wyborami co do przyszłości w zawodzie:
1. Czy pozostać w przestarzałej praktyce starając się do emerytury wycisnąć z niej ile się da?
2. Czy brnąć w inwestycje zadłużając się w bankach na wiele lat nie mając pewności czy damy kiedyś radę obsługiwać te zobowiązania?
3. Czy ryzykować specjalizację higieniczną wiążąc swą przyszłość z wyznaczeniami PLW, licząc na ich powtarzalność?
Każda z tych możliwości ma swoje wady i zalety. Do niedawna można było z powodzeniem łączyć praktykę z wyznaczeniami czy pracą w inspekcji. Dziś ten sprytny wybieg to już archaizm, bo specjalizacja w każdej z tych dziedzin wymaga wielu szkoleń, znajomości przepisów urzędowych, stosowania specjalistycznych leków i przyrządów diagnostycznych oraz ciągłej dyspozycyjności dla PLW lub klientów w praktyce. W związku z realizacją instrukcji nr 500 GLW, wyznaczenia znacznie się rozdrobniły, a przez to często nie są już tak atrakcyjne finansowo, aby zapewnić lekarzom godziwe życie na lata. Płynące z Unii Europejskiej dążenia do znacznego rozszerzenia sfery nadzoru właścicielskiego spowodują rychłe zmniejszenie się rynku pracy lekarzy w tym sektorze. Wolna praktyka kliniczna to też nie jest worek bez dna i stopniowo zagęszcza się sieć zakładów leczniczych powodując już dziś stan nasycenia tymi usługami w wielu regionach kraju. Oczywiście klienci dalej szukają tych, co świadczą usługi taniej i przez całą dobę, ale w jednoosobowych gabinetach trudno czuwać 24 godziny przez 7 dni w tygodniu. Jeśli nawet młodym lekarzom wydaje się dziś, że to możliwe, to z góry zakładają zmianę takiego stanu rzeczy po jakimś czasie, ale to złudne oczekiwanie, bo przyjdą następne roczniki i będą jeszcze bardziej dyspozycyjne i konkurencyjne cenowo. Po co więc uczelnie czy jak ostatnio tylko wydziały lub katedry weterynarii przyjmują coraz więcej studentów, skoro rynek pracy się już nasycił? Myślę, że władze uczelni i pracownicy dydaktyczni wcale nie interesują się perspektywami dla absolwentów, ważne tylko, by chcieli się uczyć, bo od tego są dla nich pieniądze. Tylko czy stać nas wszystkich na trwonienie publicznych środków, aby kolejne pokolenia marnowały sobie życie na sen o leczeniu zwierzątek. Jałowe dyskusje na forum samorządu również w tej kadencji nie doprowadziły do jakiegokolwiek postępu w kwestii ochrony rynku pracy lekarzy weterynarii. Nie udało się podnieść progu dostępu do zawodu choćby poprzez wymóg obowiązkowego stażu klinicznego przed uruchomieniem własnej praktyki. Młodzi lekarze bez wiedzy o realiach panujących na tym rynku usług są łatwym kąskiem dla firm i organizacji, gdzie taki „lekarz pieczątka” zapewnia łatwy dostęp do leków oraz samodzielnego leczenia w zamian za niewielką pensyjkę. Kurczący się rynek usług pogarsza kondycje istniejących wieloosobowych zakładów leczniczych, których właściciele uciekają z kosztów, zatrudniając lekarzy na lipnych kontraktach bez żadnych świadczeń. Ci z kolei próbując dorabiać na boku, sprzedają leki i usługi za pół ceny i koło się zamyka. Podobnie jak w innych krajach Unia próbuje pozbawić klinicystów obrotu produktem leczniczym na rzecz aptek. Jeśli miałoby do tego dojść, to status lekarza w terenie, gdzie konsultacja-wiedza nie ma ciągle żadnej wartości, a hodowca w swoim przekonaniu płaci tylko lekarzowi marżę za stosowane leki, będzie bardzo kiepski. Do dziś nie powstało w Izbie zestawienie stosowanych cen na usługi weterynaryjne w poszczególnych regionach, co umożliwiłoby Rzecznikom Odpowiedzialności Zawodowej zwalczanie wśród lekarzy, nieuczciwego pozyskiwania klientów i dochodów poprzez dumping cenowy, nie zapewniający właściwego poziomu świadczonych usług. Dotychczas nie pokuszono się w Izbie o opracowanie właściwych standardów wykonywania poszczególnych usług weterynaryjnych, co leży przecież w interesie konsumenta. Jak więc Izba miałaby sprawować pieczę nad właściwym wykonywaniem zawodu, jeśli brak dziś elementarnych mechanizmów pozwalających obiektywnie ocenić jakość świadczonych usług, poziom przygotowania personelu czy rentowność danej praktyki co daje podstawy bytu pracujących tam lekarzy. Kto jednak miałby wypracować te mechanizmy w Radach zdominowanych przez lekarzy urzędowych-higienistów, lekarzy państwowych czy pracowników uczelni. Te „wspólnoty interesów” w zawodzie, skutecznie od lat forsują własne, żywotne interesy, traktując problemy praktyki klinicznej jako „nieznaną ziemię”, na której nie należy nic zmieniać, bo oni doskonale dają sobie radę. Otóż koleżanki i koledzy, coraz trudniej dać sobie radę w małym zakładzie leczniczym bez wyznaczeń , na wsi czy w mieście, zwłaszcza gdy ma się do spłacania kredyty, a wokół co roku powstają nowe praktyki. Biorąc po uwagę, że nowe rzesze absolwentów w sposób nieskrępowany wtargną niebawem na rynek pracy, to czeka nas naprawdę duży kryzys, który przetrwają tylko najlepsi i najbardziej zdeterminowani. Co w tej sprawie robi Izba? Ano zaleca nam dobrowolnie-przymusowe, ustawiczne szkolenia podnoszące nasze kwalifikacje, co miałoby zwiększyć szanse na rynku pracy w starciu z młodymi lekarzami, świeżo po studiach. Zapomina jednak, że podobnie jak lekarze medycyny każdy klinicysta potrafi wyszukać sobie interesujące szkolenia, z których przywozi jakieś wymierne korzyści dla funkcjonowania własnej praktyki. Oczywiście Izba mogłaby pomóc w dostępie do wykładów i warsztatów prowadzonych przez najlepszych praktyków w danej dziedzinie i po przystępnych cenach, ale jeśli miałoby to wyglądać jak z finansowaniem VetForum przez Krajową Radę to może lepiej niech nie robi nic, bo wtedy zaoszczędzi pieniądze z naszych składek. Choć z drugiej strony Izba to nie „AmberGold”, który miałby gromadzić i inwestować nasze obowiązkowe składki w nieruchomości, wycieczki Prezesa do Chile czy w „mityczne jachty na Adriatyku”. Po 22 latach istnienia nasz samorząd nie robi pozytywnego wrażenia na członkach zarówno oglądany z zewnątrz jak i od środka. Targany przez różne „grupy interesu” zajmuje się tylko „gaszeniem coraz to nowych pożarów” i zagrożeń, zapominając o żmudnej zespołowej pracy całych Rad Okręgowych nad egzekwowaniem choćby istniejących przepisów dotyczących wykonywania praktyki, ochrony rynku usług i ich standaryzacji. Brak również długofalowej strategii działania samorządu, którą realizowałyby poszczególne kadencje niezależnie od ich składu. Działalność Okręgowych Rad skupia się głównie na osobie Prezesa, a reszta Rady- niedoinformowana, aktywizuje się tylko na posiedzeniach. A przecież samorząd to gra zespołowa, gdzie o efektach i wizerunku decyduje wspólna praca całej Rady, jej organów i komisji oraz przejrzyste gospodarowanie powierzonym mieniem i finansami. To skupianie władzy w jednym ręku, bądź wąskiej grupie przy prezesie, powoduje instrumentalne traktowanie pozostałej części rady, która firmuje przecież Izbę w terenie przed jej członkami. Najlepszy dowód na słabość Izby to tradycyjne przeprowadzanie wyborów delegatów na Zjazd Okręgowy w oparciu o lokale i dane od pracowników Powiatowych Inspektoratów. Ci ostatni muszą nierzadko wydzwaniać po zakładach leczniczych sprawdzając, kto kogo zatrudnia i na jakich zasadach. Wygląda to tak, jakby członkowie Rady czy dotychczasowi delegaci nie potrafili zweryfikować list wyborczych i zorganizować zebrania, nawet we własnych powiatach- rejonach wyborczych. Takie to smutne refleksje nasuwają się po ośmiu latach intensywnej pracy na rzecz samorządu, która dalej nie przynosi wymiernych efektów, jakie można by zaliczyć do sukcesów poprawiających warunki funkcjonowania lekarzy w inspekcji czy wolnej praktyce. Życzę więc wszystkim, aby nowe wybory wyłoniły Rady Okręgowe i Krajową, które zmienią wreszcie ten nikły bilans osiągnięć samorządu na rzecz poprawy bytu wszystkich jego członków.

Jacek Sośnicki

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.