Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Nostradamus i weterynaria" - Włodek Szczerbiak

2013/02/18 13:50:07


Pobierz artykuł...>

Szezlong z natury nie jest sprzętem weterynaryjnym. To wynalazek z bodajże osiemnastego wieku, takie połączenie fotela z leżanką. Fotel dla leniwych, którym sprzed telewizora nawet do łóżka nie chce się zawlec. Niemniej w moim przypadku ta fotelo-kanapa stanowi doskonałe rozwiązanie. Siedząc, leżę i obserwuję kolejne stadia choroby określanej jako SIV. Inna sprawa, że nasuwają się niewesołe myśli. Choć grypa, z natury swojej za czynnik etiologiczny posiada wirus z rodziny Influenzavirus, to działanie tego patogenu jest wspomagane przez rozliczne czynniki wikłające. Może to być Pasterella multocida, Actinobacillus pleuropneumoniae i cała masa temu podobnych patogenów. Oczywiście dochodzą tu jeszcze rozmaite niezoptymalizowane czynniki środowiskowe. Niemniej siąkając nos w kolejny kartonik chusteczek higienicznych, zastanawiam się, czy pewien, dość mityczny przedstawiciel Herpesviridae, oskarżany o wywoływanie Choroby Aujeszky – nie jest cokolwiek zamieszany w etiologię mojej grypy. Zwyczajnie, wirus ten atakuje mnóstwo gatunków zwierząt, czemu nie oskarżyć go o to, że jest czynnikiem zooantrpoponotycznym?

Sam wirus, jak wynika z naszych badań terenowych jest najwyraźniej czynnikiem mitologicznym, albowiem diagnozujemy jedynie obecność przeciwciał skierowanych przeciwko niemu i na tej podstawie – stwierdzamy, czy gospodarstwo jest wolne, lub nie – jeśli chodzi o wirus Choroby Aujeszky. Nie próbujemy stwierdzić obecności samego wirusa, a wierzymy w jego obecność lub nieobecność wyłącznie na podstawie przekazów pochodzących z układów immunologicznych u świń. Wirusa nikt nie szuka! Na podstawie zaledwie pośrednich przesłanek, wpisujemy do świadectw opinię, że stado jest wolne od wirusa AD. Czemu więc nie przyjąć, że moja grypa została zaindukowana przez wirusa Choroby Aujeszky? Ot, „na wiarę”. Przecież wszystkie czynniki inicjujące są jak na tacy. Za urzędowo uznanym bóstwem AD zjeździłem wiele wiosek. Warunki środowiskowe w styczniu, czy lutym też zrobiły swoje. Wniosek nasuwa się prosty – wirus AD jest jak najbardziej zooantroponozą! Przynajmniej dla lekarzy weterynarii.

Może by uznać go za przyczynę choroby zawodowej wywołanej z próbobraniem w warunkach urągających optimum środowiskowemu dla zwierząt? Toż, gdybym spróbował w takich warunkach pogodowych wypędzić świnie na dwór, albo psa z budy – zaraz doczepią się „zieloni”, a nawet Inspekcja. Człowiek, a szczególnie wiejski lekarz weterynarii jest niby prymatem, więc warunki dobrostanu go nie dotyczą! Ale mitologiczny wirus? Może by się dało jakoś w to wkręcić Chorobę Aujeszki? Wirusa – oczywiście nigdzie nie ma, to wyłącznie kwestia religijna, ale objawy chorobowe – są już jak najbardziej namacalne. Wystarczy spojrzeć na typowe symptomy – pozycję siedzącego psa przed telewizorem, duszność, mokrą śluzawicę, niechęć do krycia i zagrzebywanie się w ściółkę!

No, ale dosyć naukowych dywagacji, pora popolitykować. Myślę, że nie pora skupiać się na zjawiskach naturalnych jakimi są obskakujące się jałówki, albo knurki z uporem godnym lepszej sprawy próbujące zapłodnić partnerów ze swojego biotopu. Są to doskonale znane wszystkim hodowcom elementy folkloru, jako takie niewchodzące w sferę polityki. Zresztą, kogo aż tak bardzo interesuje intymny behawior kojców czy obór wolnostanowiskowych, żeby aż do nich wchodzić?

Niemniej nasuwają mi się wspomnienia związane z pierwszym rokiem studiów, kiedy od Lecha dowiedziałem się o Nostradmusie, który przewidział losy świata daleko, daleko naprzód. Niektóre z tych przepowiedni zaczynają się spełniać! Polska, rzeczywiście jest od morza do morza. Od góry mapy – Bałtyk. Z dołu – Śródziemne, z lewa – Północne, Celtyckie, Zatoka Biskajska, nie wspominając o Atlantyku! Jeśli chodzi o Papieża – też się zgadza! Ma ponoć być czarny, a zdaniem posła Biedronia, może to nawet być lesbijka! Zaczyna się zazębiać! Zastanawiam się nad jeszcze jednym, co mi wtedy powiedział Lechu; – że ludzie będą się szanować. Muszę powiedzieć, że to ostatnie wcale nie pasuje do koncepcji Nostradmusa.

Mnie nie szanuje administracja, szczególnie – ta z najwyższych półek. Jestem dla nich wyłącznie zasobem osobowym, jak to teraz się naukowo mówi. Cóż, powiem szczerze, ja ich szanuję tak samo, jak oni mnie! A niby za co? Może za to, że administracyjny termin pobrania próbek jest ważniejszy od mojego zdrowia? Może za to, że termin jest ważniejszy od przejezdności drogi przez Popowiczki, albo Gęsin? Niby wiem, że władza miesza ludziom w głowach. Byli tacy, co uważali się za słońce, albo za bogów. I co? – nie potwierdziło się. tak przynajmniej mówi historia. Wiadomo, że historia to tylko taka stara baba, co biada i biada, a żyć trzeba… Administracja nie szanuje mnie, bo nie umiem się wywiązać z najprostszych nawet rzeczy. Wpisuję cyferki, literki do niewłaściwych rubryczek, naciskam byle jakie klawisze w klawiaturze i ciągle mam roszczenia. Administracja szczebla centralnego jest wzorem cnót, nie posiada jakichkolwiek roszczeń! Inaczej ma się z administracją niższych szczebli, ci mogą sobie na nieco więcej pozwolić, ale nimi – nikt się z kolei nie przejmuje. Stanowią Korpus, albo – co najczęściej – tabory. Ci ułani pogonią wszędzie, gdzie im zagra trąbka z Warszawy.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że sam się też nie szanuję! Gdybym się szanował, nigdy bym nie zapadł na dzisiejszą zoonozę, a w każdym bądź razie – nie na warunkach ustalanych zza biurka w stolicy. Czy pociesza mnie to, że inni też się nie szanują? Nie, wcale nie pociesza mnie to, że praktycznie nikt nie zareagował na apel Komisji Lekarzy Wolnej Praktyki w sprawie wstrzymania się z kolczykowaniem. Nikt nie uszanował przemyśleń naszych wybrańców, a ci myśleli jak najbardziej, po właściwej linii politycznej.

Z mojego szezlonga, gnuśnym wzrokiem obserwuję wybory do Izby. Oj, idzie to to, jak krew z nosa (nie obrażając krwi z nosa, która idzie całkiem wartko). Quorum udaje się uzyskać, ale z biedą. Do władz podążają osoby z bardzo rozmaitymi wizjami zawodu. Dla jednych zawodem jest przysłowiowe już „deptanie gnoju”, dla innych – prowadzenie „deptaczy” w cuglach. Nie piszę tu o tych, co zajmują się leczeniem w oparciu o najnowsze technologie. To są lekarze niemający jakichkolwiek problemów z zawodem, co zresztą widać po ich frekwencji wyborczej.

Od zarania dziejów, od chwili, kiedy nastąpiło zróżnicowanie masy i czasu – jest tak, że trudno pogodzić wodę z ogniem, a władzę z prostym ludem. Niemniej daje się. Wprawdzie odbywa się to w inżynieryjnie sprecyzowanych warunkach, jak na przykład w silniku samochodowym. Woda i ogień współpracują ze sobą, ale do czasu. Wtedy wszystko idzie w dym! Czy z ludźmi jest tak samo, jak z żywiołami?

Popatrzmy na weterynarię od strony czysto biznesowej. Teoria biznesu mówi, że sukces w tej dziedzinie można osiągnąć, gdy się uzmysłowi jedno – regułę Pareto. Jest to zasada opisująca wiele zjawisk, w których dwadzieścia procent badanych obiektów związanych jest z osiemdziesięcioma procentami pewnych zasobów.
- 20% klientów przynosi 80% zysków,
- 20% kierowców powoduje 80% wypadków,
- 20% powierzchni dywanu przypada na 80% zużycia.
I tak dalej, dalej. W związku z tym doktrynerzy biznesu doszli do wniosku, że dla osiągnięcia sukcesu w pracy zawodowej – trzeba czynić wyłącznie rzeczy właściwe, a niekoniecznie – właściwie. Tu właśnie jest koń pogrzebany! Żeby utrzymać się w wiejskiej weterynarii, musimy iść nieco na skróty, ale żeby wszystko miało ręce i nogi. Inaczej na to patrzy administracja. Ich droga na skróty absolutnie nie interesuje, ba gorszy nawet! Nie jest najważniejsze uzyskanie wyniku, a prawidłowe wykonanie procedur. Czy tak jest do końca? W serialu „Ojciec Mateusz” natrafiłem na taki dialog inspektora Możejki z aspirantem Nocurem:
- I co już wiadomo w tej sprawie? – spytał Możejko.
- Przeprowadziliśmy badania daktyloskopijne, mamy opinie biegłych i zeznania świadków, czekamy na wyniki z laboratorium. – odparł Nocur.
- Komendanta z Kielc nie interesuje, co zrobiliśmy! On chce wiedzieć, kto zabił!
Aspirant Nocur, jak to on, obrócił się nieco w bok, aby w milczeniu wyrazić swoje głębokie przemyślenia. Była to myśl dość prymitywna i prosta. Bowiem, dopóki w śledztwo nie wtrąci się Ojciec Mateusz, wyników nie będzie, a postępowanie zgodne z procedurami spowoduje, że aspirant Nocur nie zostanie zdegradowany. Inna sprawa, że gdyby aspirantowi udało się znaleźć mordercę – komendant z Kielc, nawet nie patrząc na niedobory proceduralne przyznałby nagrodę, a może nawet i awans. Niemniej, zanim nastąpi interwencja nadprzyrodzona ze strony Ojca Mateusza, na chwilę obecną aspirant musi chronić swoje prywatne miejsce siedzenia.

Ogień i woda. Właściwie i właściwe. Żywioły znoszą się od zarania świata. Czy ludzie też są materią nieorganiczną, bez pomyślunku? Rozpisałem się aż nadto, najwyraźniej nadszedł czas, żebym wstał z szezlonga i zrobił kilka rzeczy właściwych, w sposób właściwy. Zobaczymy, co z tego wyniknie, czy da się pogodzić plazmę w komorze spalania z glikolem w chłodnicy samochodowej. Pytaniem jest, czy wytrzyma uszczelka, czy nie pęknie głowica.

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.