Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Co ma ewolucja do weterynarii" - Włodka Szczerbia

2014/01/28 10:35:05


Pobierz artykuł...>

Co ma ewolucja do weterynarii

Gabinetów rozliczne są rodzaje. Bywają z pozłacanymi klamkami, ale są i niskobudżetowe. istnieją gabinety ogrzewane, a można też znaleźć niskokaloryczne. Można powiedzieć, że weterynaria to wcale nie McDonald, albo KFC, czy Starbucks, lecz zbieranina maści wszelakiej. Ale to dobrze, bo różnorodność jest podobno miła wyższym istotom, lecz chyba nie do końca. Niemniej działania Izby idą w kierunku unifikacji zakładów leczniczych, nawet mimo tego, że został wprowadzony urzędowy podział na gabinety, przychodnie, lecznice i kliniki. Są organy zajmujące się kontrolą tych zakładów, spełnianiem przez nie wymogów zapisanych w przepisach. W praktyce okazuje się, że zakłady nie zawsze mieszczą się w przypisanych im ramach. Powiedziałbym, że częściej się nie mieszczą… Są więc takie, które a’prori nie spełniają zakładanych kryteriów, ale i takie które zdecydowanie je przekraczają nawet in plus.

Dla wszelkich instancji kontrolnych każde odchylenie od zakładanej normy wydaje się być błędem, bezprawiem nieomalże. Weźmy sobie na tapetę taki nominalny gabinet, który w rzeczywistości spełnia wymogi kliniki. Takie przekroczenie standardu swoją drogą jest dosyć wygodne, bo taki zakład przy każdej kontroli jest rozliczany z wymogów stawianych o kilka oczek niżej. I wymogi takie – spełnia choćby niechcący. Gorzej, gdyby był rozliczany w swojej faktycznej klasie, wtedy pewnie coś na niego by się znalazło…
Skąd się bierze taka sytuacja? Ano zwyczajnie, z niechęci do dyskutowania o parametrach zakładanych przez przepisy. Po co dyskutować z osobami kontrolującymi o niespełnieniu jakiegoś warunku, kiedy można wszystkie granice niechcący przekroczyć i każdą próbę dyskusji ucinać krótko: - nas to nie dotyczy. Wszystko by było dobrze, gdyby tego typu gabinet nie używał na wszelakich szyldach w ramach "nazwy własnej" - określenia na przykład - klinika. Okazuje się, że odnośnie nazw własnych – przepisy weterynaryjne nic nie mówią i kontrolujący mają pasztet do zjedzenia. Jak widać, skromność zewsząd popłaca! Niespełnienie norm skutkuje wnioskami pokontrolnymi, które trzeba wypełnić i raportować kontrolującemu.

Drugi biegun, czyli na ten przykład duże zakłady lecznicze pełniące de facto funkcje hurtowni leków, to już znacznie poważniejszy problem. I nie jest to problem złej rejestracji, tylko ewidentne łamanie zasad. Bezkarność takich praktyk pociąga za sobą naśladowców. Nie będę próbował tworzyć jakichkolwiek statystyk w tym zakresie, bo wtajemniczeni w arkana zawodu te statystyki doskonale znają. Ból to jest nasz powszechny i jakoś nikt z tym nie potrafi z nim poradzić. Kontrole, sądy izbowe i powszechne nic nie dają, zjawisko rozprzestrzeniła się szczególnie mocno wśród lecznic wiejskich i małomiasteczkowych.

Oczywiście, zakłady z większych miast także mają swoje przywary, zarzuca się im na przykład prowadzenie sklepików z konfekcją wszelaką dla zwierząt towarzyszących. Niektórzy co bardziej purytańscy kontrolerzy twierdzą, że przejście psa przez sklep dla tychże psów przeznaczony powoduje skażenie pomieszczenia, a o dekontaminacji jakoś nikt nie myśli. Poza tym, kto to widział, żeby lekarz sprzedawał sianko dla chomików? Cóż, w każdej religii istnieją ortodoksyjne odłamy, tak samo i w naszym zawodzie mamy do czynienia z mniejszym, lub większym ostracyzmem względem odchyleń od światłej linii przepisów. Osoby reprezentujące ten nurt twierdzą, że w przypadku odchyleń od ideału - mogą się do nas przyczepić choćby i media. Media mają bardzo wysoką lepkość, nigdy nie wahają się przed odbrązawianiem pomników, czy mieszaniem z błotem najbardziej nawet praworządnych osób. Niemniej pojawiła się jaskółka wieszcząca wiosnę w przepisach weterynaryjnych. Wiosnę z wszelkimi szykanami aury, wiosnę, która pewnie ruszy w posadach całą prywatną weterynarię.

Dotychczas administracja weterynaryjna nie zajmowała się zakładami leczniczymi z braku odpowiednich przepisów. Może to zresztą dzięki temu Janusz Korwin Mike stawia nas za wzór do naśladowania przez medycynę ludzi. Czasy się jednak zmieniają i w oddali słychać gromy. Grzmi w całej Unii, a dzieje się to z powodu lekooporności wśród bakterii. Weterynaria została obarczona częścią winy za kształtowanie tego zjawiska. Niektóre państwa podjęły już działania prewencyjne, inne są w trakcie organizowania się do walki z ewolucjonizmem wśród bakterii. Najwidoczniejsze, najszerzej propagowane w mediach są działania rządowe polegające na zacieśnianiu rygorów w stosowaniu antybiotyków. Polska nie jest może, jak przed laty państwem ogólnie przodującym na świecie i w Europie, ale ma przynajmniej ambicję żeby nie wlec się w ogonie.

Dobrze się składa, bo ministerstwo zajmujące się między innymi hodowlą zwierząt niejako przy okazji realizowania unijnych wytycznych - dokona małej rewolucji w naszych skromnych zakładzikach leczniczych, będących (jak się okazuje) kamieniem węgielnym w ewolucji bakterii. Zmiany, jakich już dokonały niektóre państwa zdają się sugerować też kierunek rewolucji w naszym kraju. Niemcy na ten przykład zdecydowali się na szeroką akcję przypominającą lekarzom weterynarii zasady antybiotykoterapii. Metoda zewsząd godna przyklaśnięcia i szacunku, niemniej w oczach unijnych urzędników nie znalazła uznania. Ów brak uznania wywodzi się z faktu, że jedynym urzędowo policzalnym kryterium ograniczenia ekspansji antybiotykoopornych szczepów bakterii wydaje się być ograniczenie ilości stosowanych antybiotyków. Od 2010 roku. po dziś dzień uczeni niemieccy kłócą się, czy obniżenie spożycia antybiotyków przez zwierzęta mieści się, czy przekroczyło wartość błędu statystycznego. Dużo lepsze efekty mają za to w Danii. Tam zużycie antybiotyków spadło o 50%. Wiąże się to z wprowadzeniem systemu kartkowego. Tak, tak, w Polsce swego czasu też przerabialiśmy kartki na cukier i dorobiliśmy się upadku cukrownictwa. Niemniej duński system polega na przyznawaniu kolorowych kartek (forma mandatów karnych) hodowcom przekraczającym odgórnie ustalone progi zużycia antybiotyków. Jak na złość właścicielom ferm, te normy rokrocznie są zmniejszane!

Co by tu nie mówić, jednak widoczne i możliwe do przedstawienia żarłocznym na afery mediom efekty mają w Danii. Nie jest w tej chwili ważne, czy spada populacja szczepów opornych, bo tych bakterii jest niczym gwiazd na niebie i policzyć się ich nie da. Wychodząc ze ściśle teoretycznego założenia, że bakterie niemające kontaktu z antybiotykami – oporności nabierać nie będą. Wobec powyższego zrobiony został pierwszy krok polegający na widocznym dla wszystkich, a szczególnie dla laików - ograniczeniu zużycia antybiotyków. Bruksela woła wszystkie swoje kraje o przedstawienie, jeśli nie efektów, to przynajmniej programów poszanowania dla antybiotyków. Przyjmuje się, skądinąd całkiem słusznie, że racjonalizm w stosowaniu antybiotyków jest pierwszym krokiem do wyhamowania niekorzystnego dla ludzkości kierunku ewolucji.

Polska administracja szturmem wejdzie w ogólnoeuropejski program, a przy okazji prawdopodobnie ukróci dziką swobodę nader mocno skapitalizowanych zakładów leczniczych dla zwierząt. Może nawet uda się doprowadzić do sytuacji podobne j jak w ludzkiej służbie zdrowia? Są państwa, które zarzuciły, jako nieefektywny kapralski dryl, ale są i takie w których społeczeństwo, zdaniem ich najbardziej wyeksponowanych przedstawicieli jednak wymaga wojskowych metod. Polska najwyraźniej zalicza się do jednej z tych grup. Do której? Nie mi to oceniać, mam za małą wiedzę w tej materii.

Pomówmy teraz o roli państwa w ewolucji bakterii. Wysoko postawiona hodowla w dużych duńskich fermach, koncentracja zwierząt, wąska specjalizacja właścicieli tych ferm spowodowały pewien zgrzyt. Dania ma bowiem od lat pewien problem z lecznictwem, tam oficjalnie lekarze prowadzą działalność nieco przypominającą pracę komiwojażera, mało który zajmuje się wykonywaniem jakichkolwiek zabiegów. Wszyscy tylko diagnozują i piszą recepty. Mówią, że sprzedają wyłącznie wiedzę, a nie parają się sklepikarstwem. W związku z taką sytuacją kontrola zużycia antybiotyków została w Duńskim państwie opuszczona na poziom ferm. To ferma musi się rozliczać z ilości zakupionych antybiotyków, z przestrzegania limitów. Informacje o ilości tych preparatów są przekazywane do centrali przez niektórych lekarzy który jako przykład archaizmu jednak sprzedają leki, apteki i młyny paszowe. Porównanie tych wartości z bazą danych o pogłowiu w danej fermie umożliwia wyliczenie miesięcznego zużycia w każdej z ferm. Przekroczenie limitu, już wspomniałem skutkuje konsekwencjami.

Polska administracja wobec Brukseli musi wykazać się następującymi działaniami - wdrożeniem odpowiedniego programu i efektami w postaci spadku ilości stosowanych antybiotyków. Pewien szkopuł tkwi w tym, że nie posiadamy jeszcze umiejętności policzenia zużycia antybiotyków. Dotychczasowe działania w tym zakresie mówią wprawdzie, że mieścimy się w europejskich normach, nasze standardy matematyczne są niestety niewystarczające dla unijnej biurokracji. Powoduje to konieczność wprowadzenia nowoczesnych, zrozumiałych dla urzędników unijnych metod miareczkowania problemu.

Wprawdzie mamy wspaniałe i inteligentnie rozbudowane przepisy farmaceutyczne ale, właśnie ale - te przepisy, tak naprawdę znają prawie wyłącznie organy kontrolujące, reszta lekarzy leczy, jak się da... Należy jednak przyznać, że w naszym kraju raczej nikt nie szafuje bakteriocydami, bo są drogie. O wprowadzeniu niemieckich zasad raczej nie będziemy mówić, gdyż nasze podejście do wszelkich odgórnych nakazów i zarządzeń jest niezwykle liberalne. Co w tym układzie ma zrobić biedne ministerstwo?

Logika działań jest ukierunkowana wielotorowo ze względu na konieczność wdrożenia niektórych zalecanych schematów. Mamy niby policzone zwierzęta, są one w tajnej bazie danych ARiMR. Nie będę rozwijał tematu. Specjaliści wiedzą o co chodzi. Jest też baza danych o lekach sprzedanych przez hurtownie, ale te dane są niezbyt spójne. Jeden lek może na przykład nosić kilka nazw, może być rozmaicie konfekcjonowany. Kolejnym zadaniem jest uwiarygodnienie informacji pochodzących od lekarzy. W takiej osławionej Danii lekarzy leczących świnie jest 80 (słownie – tyle samo co cyframi). W Polsce - deczko więcej. Główny Inspektorat chce to skontrolować. Tymczasem kontrolerów na kraj jest coś około dwudziestu, bodajże po jednym na województwo. Kontrolerzy muszą więc zejść pod strzechy, miało by ich być według planów GLW - 300. Statystycznie po jednym na powiat. Dodatkową atrakcją mają być kolejne zmiany ustawowe polegające na przesunięciu kompetencji w dziele rejestracji lecznic. W miejsce dotychczasowych, niekompetentnych działań Izb mają wejść Lekarze Powiatowi, ich kompetencją ma się stać wydawanie decyzji ustanawiających i - likwidujących zakład. Aż strach się bać, co to się może porobić!

Do tego unijnego zamieszania dochodzi nasze piekiełko związane ze sprawami gospodarczymi. Solidarność zażądała likwidacji umów śmieciowych, premier przystał na te żądania. Oj, co to będzie, co to będzie. A Inspekcja planuje przechwycić kierowanie zakładami leczniczymi nie tylko poprzez szczegółową kontrolę leków, ale i poprzez odpowiednie wpisanie się w przepisy gospodarcze. Przez kilka ostatnich lat dzięki działaniom Izby udało się wprowadzić trochę swobody w sposobie rozliczania podatków, a tu masz ci babo placek, znowu wszystko zostanie postawione na głowie – czytaj poprawione przez ministerstwo. Nie napiszę, czy nowe regulacje będą wynikały z potrzeb lekarzy wolnej praktyki, czy z chęci pełnego nadzoru, jaki chce sprawować Inspekcja. Nie, nie śmiem nawet myśleć, czyja opcja przeważy. Mój strach bierze się między innymi ze wspomnień o działaniach Rady Krajowej, która jako jeden z pierwszych kroków wysłała do ministra Rostkowskiego prośbę o przywrócenie konta specjalnego obciążającego lekarzy wyznaczonych haraczem w wysokości 7%. Na szczęście – nie udało się! O Błogosławiony Panie Ministrze! Tylko Tyś nam Panem! Tylko Twoja (w tym wypadku) wola niechaj nam się dzieje. Niechaj marnie sczeźnie Rada Krajowa, co to takie głupie pomysły ma!

Chwilowo, tak na kolanie udało mi się zestawić tylko tyle faktów. Co będzie - pokaże niedaleka przyszłość. 31 stycznia odbędzie się w Min. Rol. spotkanie robocze dla władz inspekcyjnych i izbowych, poświęcone ograniczeniu zużycia antybiotyków w lecznictwie weterynaryjnym. Zacznie się to od przedstawienia wyników kontroli lecznic, które jak przypuszczam okażą się porażające, później zostanie przedstawiony program działań naprawczych. Aż strach się bać! Tym bardziej, że jako jeden z podpunktów jest przewidziane wystąpienie rzecznika odpowiedzialności zawodowej, mówiące o jego roli i możliwościach działania w zakresie zapewnienia zgodnego z prawem obrotu produktami leczniczymi.

Włodzimierz Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.