Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

"Zawód publicznej nieufności ?" - Jacek Sośnicki

2014/02/05 13:23:40


Pobierz artykuł...>

ZAWÓD PUBLICZNEJ NIEUFNOŚCI ?

Ubiegłoroczna nagonka medialna na weterynarię sprawiła, że społeczeństwo zaczęło się zastanawiać, co jest nie tak z leczeniem zwierząt i nadzorem nad bezpieczeństwem żywności. Oczywiście sposób przedstawienia sprawy w mediach jednoznacznie sugerował, że to „weterynarze” są winni bo są nieuczciwi i źle nadzorują produkcję żywności. Wszyscy jakby zapominają o świadomej i całkowitej odpowiedzialności producenta za jakość wytwarzanych produktów. Przecież gołym okiem widać, że „sól odpadowa”, „proszek bezjajeczny”, „uzdatnianie” zwrotów z hipermarketów , mieszanie wołowiny z koniną czy wreszcie „ubój leżaków – przerób padliny” to ewidentne przewinienia pazernych i bezwzględnych producentów, których weterynaria nie była w stanie powstrzymać gdy „naszła ich grzeszna pokusa” tzw. zafałszowania żywności czy też zagospodarowania „świeżej padliny”. Gorzej dla nas jeśli jakiś powiatowy czy urzędowi wiedzieli coś o procederze ale w trosce o relacje z właścicielem – „łaskawie przymknęli oko”. Kontrowersyjna Instrukcja nr 500 czy „program zero tolerancji” miały po niewczasie zdyscyplinować Inspekcję i pracujących w jej imieniu urzędowych ale w rzeczywistości były tylko „markowaniem pod publiczkę”, że wszystko da się jeszcze uzdrowić zwiększeniem częstotliwości kontroli zakładów i nadzorujących je urzędowych lekarzy. Tyle tylko, że trudno w dobie liberalizmu gospodarczego walczyć z producentem, któremu wolno wszystko a Inspekcja z urzędowymi w „kagańcu unijnych przepisów”, może jedynie „ujadać zza płota na przejeżdżającą karawanę”. W praktyce inspektorzy mieli „drobiazgowo” kontrolować zakłady i pracę urzędowych i raportować jakie konsekwencje wobec nich wyciągnęli ( w podtekście dlaczego ich jeszcze nie wyrzucili). Przypomina to jako żywo „walki buldogów pod dywanem”. Myślę, że wiele spraw łatwiej byłoby wyeliminować stwarzając bardziej szczegółowe przepisy dotyczące składu i jakości komponentów do produkcji żywności – standaryzacja surowców i dostawców, sposobu zagospodarowania przeterminowanych produktów a nie tylko utylizacja czy też możliwe do zrealizowania przepisy odnośnie uboju zwierząt pourazowych, bo istniejące po prostu nie działają. Kuriozum było zwłaszcza wymaganie od lekarzy praktyków dokonywania eutanazji bydła „leżącego”- do czego mieliby zużywać jednorazowo roczny lub dwuletni limit Morbitalu. Jednak w opinii Głównego Inspektoratu to właśnie urzędowi lekarze czyli „prywaciarze” są winni bo niekompetentni, nieodpowiedzialni i podatni na lobbing właścicieli nadzorowanych zakładów, stąd dalsze rozdrobnienie wyznaczeń i pomysł rotacji lekarzy urzędowych, który gdzieniegdzie wprowadza Inspekcja. Nie jestem wcale przekonany, czy Inspekcję uzdrowiłaby dziś rotacja inspektorów lub Powiatowych, ale kadencyjność organów mogłaby dać choć szansę zaistnienia innym co w końcu przypominałoby im, że później pozostaną jeszcze lekarzami więc może nie warto „palić wszystkich zawodowych mostów”. Niestety proces autodestrukcji zawodu postępuje nadal i obecnie wpycha nas w „korkociąg wzajemnej nieufności”, z którego nie widać już wyjścia. Ostatnio lekarze urzędowi w Wielkopolsce stali się z dnia na dzień- niewiarygodni dla Inspekcji i nie mogą już wystawiać świadectw zdrowia dla świnek w swojej gminie, gdzie prowadzą własne praktyki weterynaryjne bo zachodzi podejrzenie o konflikt interesów między działalnością leczniczą a czynnościami urzędowymi ( art. 24 KPA). Wynika z tego, że Inspekcja uważa nas za potencjalnych przestępców, którzy nie potrafią już oddzielić prywatnego interesu klinicysty od działalności w imieniu PLW. Co się więc stało w 2013 roku, że po 23 latach od likwidacji PZLZ-tów nagle zupełnie przestaliśmy sobie ufać? Dziwne, że dalej wiarygodny jest dla Inspekcji hodowca zwierząt wypisujący różne bzdury w druku łańcucha żywieniowego, gdzie często „rozmija się z prawdą” – czyli kłamie we własnej sprawie. Idąc dalej tym tropem za chwilę urzędowi lekarze prowadzący własne praktyki przestaną wydawać wiarygodne oceny mięsa w rzeźni, która potencjalnie może ubijać leczone przez nich kiedyś zwierzęta ale wiarygodni będą „pracownicy pomocniczy” na etacie u rzeźnika. Również wyniki badań monitoringowych w nadzorowanych stadach przestają już dziś być potencjalnie uczciwe bo zachodzi „konflikt interesów”. Jak więc społecznie wiarygodna ma być w ogóle Inspekcja chroniąca zdrowie publiczne, mając takich „nieuczciwych pracowników” i będąca w dodatku od dwudziestu już lat nadzorowana i finansowana przez Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi, który nie jest przecież zainteresowany „rzucaniem kłód pod nogi” rolnikom i producentom rolnym?

Ta przesadna wzajemna podejrzliwość to nowa wszechogarniająca nas zawodowa paranoja. GIW od lat nagłaśnia pojedyncze przypadki nieuczciwości urzędowych lekarzy czyniąc uogólnienia do pracy tysięcy pozostałych wyznaczonych, którzy starają się na co dzień rzetelnie wywiązywać z powierzonych im zadań mimo kolejnych „doraźnych kampanii” wprowadzanych a następnie wycofywanych przez Inspekcję. Przypomnę tylko, że to naszymi „niegodnymi zaufania” rękami Inspekcja zakolczykowała i zidentyfikowała bydło, konie i trzodę co umożliwiło ARiMR stworzenie systemu rejestracji i identyfikacji zwierząt. To potencjalnie nieuczciwi „prywaciarze” przez lata zwalczali gruźlicę, brucelozę i białaczkę bydła oraz chorobę Aujeszkyego u trzody aby dr Związek mógł w końcu ogłosić ich likwidację jako sukces kierowanej przez niego Inspekcji. To urzędowi lekarze mieli wykonywać kontrole IRZ w ramach systemu wzajemnej zgodności ale nie byliśmy godni zaufania więc wykonują to często ludzie spoza zawodu na etatach w Inspekcji. To my „krnąbrni i fałszywi” ze spokojem znosiliśmy organizowanie akredytowanych laboratoriów badania mięsa tworząc stosy ciągle zmieniającej się dokumentacji aby dziś dowiedzieć się, że Unia wycofuje się z tego pomysłu a nawet w ogóle z samego badania na włośnie. Był to więc jak się okazuje daremny wysiłek bo GIW, ogarnięty dziś widmem bezrobocia zaczyna wyszukiwać zagrożenia dla zdrowia publicznego w pracy samych lekarzy. Po czerwcowych rewelacjach TVN Uwaga dotyczących handlu lekami i surowcami farmaceutycznymi niewiadomego pochodzenia, Główny Lekarz zalecił kontrolę farmaceutyczną około 200 wytypowanych lecznic, które prowadzą największy obrót lekami. Jak nieoficjalnie przekazano w 80% tych skontrolowanych zakładów stwierdzono nieprawidłowości w obrocie i dokumentacji stosowania produktów leczniczych weterynaryjnych. W wyniku tych działań skierowano 20 wniosków do organów ścigania w związku z naruszeniem istniejących przepisów. Wnioski pokontrolne można jednak interpretować co najmniej dwojako:

- po pierwsze – jeśli w wyniku „celowanej” kontroli 200 wytypowanych lecznic tylko 10% z nich można było skierować do Prokuratury w związku ze stwierdzonymi nieprawidłowościami to albo nie jest aż tak źle albo metodologia kontroli nie była „odpowiednio dopracowana”,
-po drugie – jeżeli dokumentacja stosowania i obrotu produktem leczniczym weterynaryjnym była w 80% nieprawidłowo wypełniona to znaczy, że jest ona źle skonstruowana i nie pozwala na właściwe rejestrowanie obrotu lekami w zakładach leczniczych. Jednak jak wieść gminna niesie Główny Lekarz jest innego zdania i najpierw usiłował zdobyć ok. 300 nowych etatów dla Powiatowych Inspektorów Farmaceutycznych, którzy mieliby na bieżąco kontrolować głównie lecznice a nie fermy zwierząt w swoich powiatach. Dotychczas ten pomysł nie znalazł jeszcze aprobaty u rządzących, wymyślono więc konieczność przejęcia przez Inspekcję kompetencji samorządu w kwestii nadzorowania zakładów leczniczych tj. rejestracji i wykreślania z rejestru zakładów leczniczych gdzie lekarze nie potrafią prawidłowo prowadzić wymaganej dokumentacji leczenia. Temu właśnie celowi miało służyć duże spotkanie w GIW-ie na koniec stycznia na którym zaproszeni goście mieli poprzeć Głównego Lekarza aby zmienić prawo i ograniczyć kompetencje samorządu. Faktem jest, że Izba ma pewien problem z kontrolami zakładów ale wynika on z braku odpowiednio przeszkolonych zespołów kontrolno-wizytacyjnych oraz udziału państwa w finansowaniu tych działań. Jednak póki co samorząd lekarsko-weterynaryjny nie uzyskał jeszcze z budżetu ani centa na kontrole więc siłą rzeczy są one zdawkowe. Brak również długofalowej strategii rozwoju zawodu tj. propagowania bądź eliminowania pewnych zjawisk jakie pojawiają się współcześnie np. powszechne stosowanie „metafilaktyki” w wielkostadnej hodowli drobiu i trzody. Wygląda więc na to, że będziemy dalej „kąsać się wzajemnie i publicznie obnażać swoje przywary” a chłopi będą leczyć sami kupując leki od handlarzy lub wędrujące po Polsce „beczki z chloramfenikolem” o których od 10 lat wie Inspekcja a jednak nic z tym nie robi. W wielu krajach europy trwa obecnie kampania zmniejszania zużycia antybiotyków przy hodowli zwierząt konsumpcyjnych aby ograniczyć antybiotykooporność drobnoustrojów chorobotwórczych. Podejście rządów poszczególnych państw do problemu jest jednak różne ale tylko w Polsce wymyślono aby odsunąć niewiarygodnych prywaciarzy od dostępu do leków bo w opinii GIW-u nie potrafią ich stosować a właściwie udokumentować zużycie wg wzorca wymyślonego przez Inspekcję. Dziwnym trafem najwięksi lekarze -handlarze leków mają zwykle „wypieszczoną dokumentację”, czyli z punktu widzenia Inspekcji wszystko jest w porządku i mogą służyć za wzór do naśladowania. Przemożna chęć Głównego Lekarza do stosowania drakońskich kar za przewinienia w prowadzeniu dokumentacji leczniczej tj stosowania produktów leczniczych weterynaryjnych jest próbą zastraszenia lekarzy praktyków i wymuszenia określonych zachowań wynikających z dość swobodnej interpretacji prawa farmaceutycznego. Doszukiwanie się obrotu detalicznego- handlu lekami w każdym zastosowaniu leku nie bezpośrednio choć z przypisu i pod nadzorem lekarza weterynarii jest w opinii praktyków nadinterpretacją istniejących ustaw i rozporządzeń. Podczas gdy liberalna Europa skazuje fanatycznego mordercę Andersa Breivika za zabicie 69 osób, na zaledwie 21 lat więzienia, Weterynaryjni Inspektorzy Farmaceutyczni, chcieliby z powodów uchybień dokumentacyjnych skazywać nas na „zawodową śmierć” skreślając zakłady z rejestru lub wstrzymując ich działalność. Zachowajmy więc jakąś miarę i dystans w „bezwzględnym egzekwowaniu prawa”, które w dodatku bywa często ułomne i trudno czasem dopatrzyć się w nim ducha działań w interesie publicznym czemu winno przede wszystkim służyć.

Jacek Sośnicki

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.