Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Milczenie owiec - Jacek Sośnicki

2014/07/25 09:51:23


Pobierz artykuł...>

Milczenie owiec

Dawno temu kol. Robert Czarnecki pracujący kiedyś jako meat inspektor, a następnie lekarz urzędowy w rzeźni bydła w RPA opowiedział mi ciekawą historię dotyczącą specyfiki uboju owiec w Afryce. Otóż, według niego 5-8 tysięcy owiec ubijanych dziennie to duży problem organizacyjny, ponieważ stada oczekiwały w zagrodach na wolnym powietrzu i w obliczu zagrożenia zbijały się w tzw. „kupy”. Tak stłoczone zwierzęta nie dawały się nigdzie ruszyć i do uboju trzeba by było przenosić je pojedynczo, co strasznie spowolniłoby pracę. Jednak zauważono, że owce te podążają za hałaśliwymi kozłami jednej z miejscowych ras i wykorzystano ten fakt do przeprowadzenia tych zbitych stad pod samą rampę ubojową. W ostatniej chwili kozioł tzw. „Judasz” wyskakiwał z kolejki na rampie i podążał po następne stado. Tym sposobem ubój przebiegał nadzwyczaj sprawnie i bez zakłóceń.
Wielokrotnie na stronie „Medicusa” i poza nią zwracałem uwagę, że od dziesięciu lat trwa planowe i podstępne rozmontowywanie nadzoru weterynaryjnego i „rugowanie” lekarzy weterynarii z miejsc pracy przy produkcji żywności, zwalczaniu chorób zakaźnych, jak również leczeniu zwierząt. W przepisach unijnych i krajowych zaczęła się pojawiać dziwna terminologia: „urzędowa kontrola” zamiast „badanie zwierząt w miejscu ich przebywania”, „stosowne dokumenty” zamiast „świadectwa zdrowia” czy „upoważniony – pomocniczy pracownik” zamiast „urzędowy lekarz weterynarii”. Komu tak bardzo zależy, aby nasze wyjątkowe kwalifikacje stały się nijakie i nikomu nie potrzebne ? W imię wolności gospodarczej i wolności wyboru hodowca zwierząt konsumpcyjnych nie musi korzystać z usług żadnego lekarza weterynarii, może leczyć sam swoje zwierzęta zakupując szczepionki i leki na tzw. „wolnym rynku”. Może również bezkarnie kłamać w druku łańcucha żywieniowego, iż nie stosował żadnych środków. Druki łańcucha żywieniowego dla drobiu czy trzody, które w Unii są głównym dokumentem identyfikującym zwierzęta rzeźne, w Polsce w przeważającej części nie zawierają żadnych danych o podawanych lekach i karencji przed ubojem. Wszyscy jednak wiemy, że to wierutna bzdura i próba traktowania hodowcy jako osoby zaufania publicznego. Dotychczas ujawnione afery medialne nie były przecież wynikiem zupełnego braku nadzoru weterynaryjnego tylko efektem pazerności i nieuczciwości hodowców i producentów żywności, których nie byli w stanie „upilnować” urzędowi lekarze. Współcześnie hodowane rasy drobiu i trzody nie są w stanie wyrosnąć na czas bez „metafilaktycznego” stosowania antybiotyków w oparciu o analizę ryzyka na fermie. Jeśli ktoś tego nie rozumie to znaczy, że nie wie co się wokół dzieje. Oczywiście pozostaje kwestia karencji przed ubojem, bo jej długość zależy głównie od wskazań producenta danego specyfiku – chemioterapeutyku. Mam jednak spore wątpliwości czy deklarowana 1 lub 3 dniowa karencja to sprawdzony fakt czy tylko domniemanie. Polski nie stać dziś na laboratoryjne badania każdej partii ubijanych zwierząt z danej fermy chociaż właśnie one trzymałyby w ryzach hodowców. Lekarze Urzędowi i nadzorujący ich Inspektorzy nie mogą tolerować takiego stanu rzeczy bo kwestionowaliby nie tylko potrzebę stałego, sformalizowanego i odpowiedzialnego nadzoru lekarskiego nad fermami zwierząt konsumpcyjnych ale również sens ograniczania stosowania antybiotyków i leków hamujących w mięsie. Powszechna dziś metafilaktyka w chowie fermowym winna być ściśle nadzorowana przez lekarza opiekującego się danym gospodarstwem i to on mógłby w końcu odpowiedzialnie weryfikować i potwierdzać informacje zawarte w łańcuchu żywnościowym. Oczywiście winien on być w kontakcie z lekarzem urzędowym badającym poubojowo te zwierzęta w rzeźni. Leży to w interesie zarówno zawodu lekarsko-weterynaryjnego jak i przede wszystkim konsumenta.
Znowelizowane rozporządzenia tzw. Pakietu higienicznego, zawierają treści, których wprowadzenie zniszczy dotychczasowy spokój i dostatek lekarzy higienistów. Odejście od nacinania węzłów jest pierwszym krokiem ograniczającym rolę lekarza urzędowego w badaniu poubojowym ponieważ ono samo stało się już tylko „oglądaniem poubojowym”. Spodziewaliśmy się, że GIW, mając do dyspozycji aparat prawny i merytoryczny , po wprowadzeniu „Pakietu”, wyda szczegółową instrukcję jak wdrażać i interpretować nowe przepisy, „nie wypuszczając urzędowych na głęboką wodę” . Kolejny niezrozumiały krok to pisma kierowane przez PLW, do rolników aby ci ostatni składali wnioski o wydanie decyzji PLW na wyrażenie zgody aby badanie przed ubojowe było wykonywane bezpośrednio na ich fermach. W Wielkopolsce ten proces już się odbywa na szeroką skalę w stosunku do hodowców drobiu, ale niebawem ogarnie również fermy trzody chlewnej. Rolnicy nie bardzo wiedzą o co chodzi ale jak Powiatowy prosi to mu się nie odmawia. W podobny sposób może odbyć się już wkrótce nakłanianie hodowców do składania wniosków do PLW o uznanie ich gospodarstwa jako fermy stosującej kontrolowane warunki chowu co wyklucza już potrzebę poubojowego badania hodowanych tam świń na występowanie włośnicy. Nie wiadomo jeszcze jakie będą te „kontrolowane warunki” w takich fermach ale znając realia życia w Polsce wystarczy „trutka na szczury” i szczelne drzwi. Bez badania na włośnie, „oglądanie poubojowe” będzie mógł wreszcie przejąć pracownik pomocniczy – uprawniony pracownik na etacie rzeźnika. Nie mamy co liczyć na derogację czy translację wprowadzania tych planów bo Inspekcja jest tylko od wdrażania i egzekwowania istniejących przepisów a nie od ich interpretacji. Kiedy w marcu tego roku grupa Polskich lekarzy spotkała się z Zarządem Europejskiej Federacji Praktyków w Uniejowie wydawało się, że trwa jeszcze dyskusja nad sensem wprowadzania takich zmian zwłaszcza w Europie Wschodniej i być może uda się odwlec w czasie urzeczywistnienie tych pomysłów. Izba Weterynaryjna podjęła również pewne kroki ale ponieważ prawo tworzy się dziś w Brukseli więc nie potrafiła dać odporu dla zmasowanej ofensywy lobbystów producenckich, która doprowadzi wkrótce do przejęcia odpowiedzialności za jakość żywności wyłącznie przez jej wytwórców. Pozostaje nam dziś tylko przyglądać się jak znikają miejsca pracy dla lekarzy urzędowych zwłaszcza, że niebawem Minister Rolnictwa pod naporem producentów zapewne obniży stawki w cenniku urzędowym z powodu likwidacji badania przed ubojowego w rzeźni oraz ograniczenia badania poubojowego tylko do oglądania. Myślę, że to zniechęci część naszych kolegów ale większość odeszła już od praktyki klinicznej tak dalece, że nie mając dokąd wrócić, będą godzić się na każde warunki aby przeżyć. I to jest prawdziwy dramat tego zawodu. Czy jednak „milczenie owiec” i bierny opór jest jedynym co nam pozostało w tej sytuacji? Dziwi mnie spokój Izby, Stowarzyszeń i Związków Zawodowych, które mogłyby jeszcze zawalczyć o nasze interesy. Nie pozwalajmy jednak aby „fałszywe kozły- Judasze” podstępnie prowadziły nas „do uboju” licząc , iż w ten sposób sami na krótko uchronią głowy przed ”rzeźnickim toporem”. Los lekarzy na stanowiskach w GIW-ie czy WIW-ach też jest mocno niepewny w związku z powrotem Ministra Sawickiego i jego pomysłów na IBŻ, w której lekarze weterynarii nie będą już mieli decydującego głosu. Myślę, że oni również winni być zdesperowani by zachować „status quo” w nadzorze nad produkcją żywności. Jeśli chcemy jako zawód wpłynąć na bieg wypadków musimy przestać „zbijać się w kupy” oddzielnie Inspekcja, oddzielnie urzędowi i w końcu prywaciarze, bo jesteśmy dalej jednym zawodem choć sposób myślenia o przyszłości bardzo nas różni.
Skończmy szemranie po kątach i wspólnie poszukajmy sojuszników w tej walce o przeżycie bo sami nie jesteśmy w stanie przeciwstawić się ogromnym interesom producentów i polityków. I nie chodzi tu wcale o wielkie pieniądze „weterynarzy”, bo chociaż wynagrodzenia za badanie mięsa stanowią rocznie ok. 200 mln złotych to jednak udział tego badania w koszcie kilograma mięsa wieprzowego to tylko około 5 groszy. Chodzi więc o pozbycie się niewygodnych świadków „uzdatniania padliny”, odświeżania zwrotów z hipermarketów, pozorowanego uboju „leżaków”, mieszania wołowiny z koniną czy uboju chorych stad w trakcie leczenia. Naszym naturalnym sprzymierzeńcem jest w tej walce opinia publiczna, jednak dziennikarze, którzy „nią kręcą” szukają głównie skandali i sensacji a dopóki nie umierają ludzie po „trefnej kiełbasie”, trudno będzie ich zainteresować tematem. Jednak nic nie robiąc i inwestując nasze składki w okazałe siedziby Izby, nie posuwamy się zbytnio w kierunku ochrony zawodu. Nasz PR ukazywany przez komercyjne media jawi się jako „banda przekupnych cwaniaków”, która biorąc publiczne pieniądze nie nadzoruje skutecznie produkcji żywności. Trudno również będzie przekonać społeczeństwo, że grozi nam lekarzom bezrobocie i nędza, skoro dziś jeszcze spora część tzw. „ badaczy mięsa” zarabia na poziomie 5-8 tys. miesięcznie podczas gdy większość budżetówki ma jednak wynagrodzenia po 2-3 tys. Pracownicy Inspekcji mają od wielu lat nie rewaloryzowane wynagrodzenia ale są one i tak wyższe niż w innych „Inspekcjach Rolnych”. Tak więc nie pieniądze są tu argumentem do dyskusji ale zagrożenie dla zdrowia publicznego jakie niesie liberalizacja – czytaj brak fachowego nadzoru nad produkcją żywności pochodzenia zwierzęcego. Żeby jednak zainteresować media należałoby zerwać zasłonę milczenia nad wyczynami naszych „chlebodawców” i pokazać do czego są zdolni aby zarobić swoje „trzydzieści srebrników”. Kto jednak miałby to zrobić – ryzykując z trudem zdobyte wyznaczenie – jakoś nie widzę chętnych. Jeśli do tej pory większość wyznaczonych w codziennych protokołach GHP/GMP wpisuje same pozytywne oceny to trudno będzie nagle wykryć i nagłośnić aferę, która okaże się stałym procederem w danym zakładzie. Jednak społeczeństwo powinno się dowiedzieć jak zwiększy się odsetek patologii w hodowli zwierząt i produkcji żywności jeśli braknie niezależnego i fachowego nadzoru nad fermami i zakładami ubojowymi. Solidarność „rzeźnika i jego nadwornych weterynarzy” należy piętnować i wyplenić bo w rzeczywistości stoimy po dwóch różnych stronach barykady i ta druga strona nie przebiera dziś w środkach aby się nas pozbyć. Społeczeństwo aby nas popierać ma wiedzieć jak wygląda cała prawda o hodowli zwierząt konsumpcyjnych, ich uboju i produkcji żywności zwierzęcego pochodzenia. W kraju o tak niewielkim poszanowaniu u hodowców i przedsiębiorców dla istniejących przepisów sanitarnych , norm etycznych i dobrostanu, poszerzanie sfery nadzoru właścicielskiego poprzez wycofanie lekarzy urzędowych może być społecznie szkodliwe a nawet groźne. Jeśli hodowca dla ratowania swego zysku z chorego zwierzęcia lub stada, pakuje w nie antybiotyk do dnia poprzedzającego odstawę do uboju to niezależnie od opinii producenta leku mamy do czynienia z chorymi zwierzętami i pozostałością chemioterapeutyku w mięsie. Nie jest tak, że musi umrzeć kilka osób, żeby ten proceder zainteresował społeczeństwo i media. Należy powiedzieć publicznie, że długotrwałe spożywanie takiego produktu nawet ze śladowymi poziomami antybiotyku, kokcydiostatyku czy sterydu w mięsie, mleku czy jajach wywołuje u ludzi szereg zmian począwszy od przyspieszenia tempa wzrostu i dojrzewania, zmniejsza odporność poprzez wyjałowienie organizmu i wreszcie sprzyja wyhodowaniu drobnoustrojów nie wrażliwych na ten rodzaj chemioterapeutyku. Dodatkowo skażenie żywności chemioterapeutykami jest również groźne z powodu istnienia „regularnej wojny” w Europie o rynki zbytu na mięso i jego przetwory. Jeden pazerny i nieuczciwy hodowca oddający do uboju chore kurczęta czy tuczniki może „zapaprać” opinię całej branży i nadzorujących ją lekarzy. Dziś jest ostatni moment na dokonanie wyboru czy stoimy po stronie konsumentów czy chcemy być „ukrytym personelem rzeźników”, który z obawy o wyznaczenie miałby tolerować „krzywe jazdy” hodowców i producentów żywności. Czy ci ostatni z wdzięczności i w przypływie łaski mogą zatrudnić nas w przyszłości jako tzw. „pracowników pomocniczych?”.
Dla kolegów z GIW-u czy WIW-ów mam tylko jedną uwagę. Gdy w latach pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych budowano PZLZ-ty i organizowano służbę weterynaryjną, planowano pracę i zadania dla kilku pokoleń lekarzy a dziś, każdy legislator patrzy na długość własnego nosa – „byle do emerytury a po mnie choćby potop”. Co będą robić lekarze, których w związku z reformą trzeba będzie wycofać z rzeźni a zwłaszcza ci, którzy niebawem skończą studia? Jeśli „dobry los” ześle nam jakąś epidemię to może sezonowo znajdą pracę, a jeśli nie?. Jeden „hałaśliwy kozioł” już odszedł w niepamięć, ale jest jeszcze kilku „kozłów-judaszy z gębami w żłobach” odwróconych tyłem do problemu tyle, że oni nam też nie pomogą bo „siano z MinRolu zawsze lepiej smakuje” niż niepewna przyszłość w zawodzie.

Jacek Sośnicki

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.