Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Drodzy komilitoni ! - Włodek Szczerbiak

2015/04/01 14:28:04


Pobierz artykuł...>

Drodzy komilitoni.

Izba Krajowa ma w swoim składzie kilka speckomisji, między innymi i te zajmujące się dobrostanem lekarzy weterynarii. Istnieje komisja ds. rządowej administracji weterynaryjnej, komisja ds. wyznaczonych urzędowych lekarzy weterynarii, oraz komisja ds. lekarzy weterynarii wolnej praktyki i farmacji. Jak zwał, tak zwał. Ta pierwsza i druga komisja w szale pracy twórczej odbyły już nawet pierwsze posiedzenia, pozwalające na ukonstytuowanie się i – spoczęły „z bronią u nogi”, w gotowości do dalszych działań. Trzecia z nich odbyła nieco więcej spotkań, lecz ostatnio i o niej jakoś nie słyszę. Może dlatego, „nie bywam”, że Medicus został odsunięty przez Izbę na dalszy plan wobec prężnego i młodego Ogolnopolskiego Stowarzyszenia Lekarzy Weterynarii Wykonujących Czynności Zlecone? W sumie powody są nieistotne, a liczą się fakty. Z upływem bieżącego roku zbliża się kryska na umowy zlecenia w ich dotychczasowym kształcie i trzeba podjąć satysfakcjonujące rozwiązania. Wypada, żeby lekarze weterynarii, jako dość nieliczna w sumie grupa społeczna wspólnie zawalczyli o swój los. Niestety, niema lekko.
Zanim przystąpimy do konstruowania Utopii, spróbujmy zinwentaryzować status quo. Mamy nadbudowę, mamy też i bazę dla naszego zawodu. Oba elementy zazębiają się ze sobą głęboko. Weterynaria istnieje, żeby zabezpieczać interesy ekonomiczne, zdrowotne, a także i wyższe potrzeby społeczeństwa. Bazą jest konieczność zabezpieczenia jakości zdrowotnej żywności pochodzenia zwierzęcego. Leczenie zwierząt nie jest celem samym w sobie. Pierwociny weterynarii obejmowały także opiekę nad zwierzętami zgoła nie przewidzianymi do konsumpcji, a na przykład do walki. Weterynaria wojskowa niegdyś ściśle powiązana z konnicą, obecnie jest ukierunkowana na nadzór nad żywnością. Istnienie naszego zawodu jest dla społeczeństwa ekonomicznie uzasadnione. Pytaniem jest czy druga strona, ta walcząca o interesy swoich pracodawców czuje się ekonomicznie usatysfakcjonowana? Porównajmy najgłębiej skrywane tajemnice poliszyneli, może dzięki temu da się znaleźć konsensus na przyszłość. Gdy dyskusja o ideach zawodu ulega pogłębieniu, mimochodem pojawia się temat pieniędzy. Może zacznijmy od końca, złapmy byka za rogi.

Intymny obraz administracji weterynaryjnej.
Pracują tu wyłącznie ludzie zatrudnieni przez bardzo bezwzględnego pracodawcę, jakim jest nasz rząd. Tenże rząd jest ciągle strofowany z trybun okupowanych przez wybrańców narodu. Swego rodzaju ciekawostką przyrodniczą jest fakt, że senatorzy i posłowie za swój chyba podstawowy obowiązek wobec wyborców uważają monitorowanie wydatków na administrację rządową. Administracja rozrasta się w postępie chyba logarytmicznym, ciągle przydaje sobie nowych obowiązków, wzrasta zapotrzebowanie na pracowników, a ustawodawca mówi – stop, nie zapłacimy! Z zewnątrz wygląda to na niezwykle skuteczny mechanizm oddziaływania na ten „łeb Gorgony”, ale patrząc od środka – okazuje się, że ludzie tam zatrudnieni są ustawicznie obrzucani coraz to nowymi obowiązkami do wypełnienia przy niezmiennej puli pieniędzy przeznaczonych na realizację tych zadań.
Czy da się wpłynąć na administrację, żeby nie mnożyła sobie zadań? A czy da się być wiecznie pięknym i młodym? Czy można powstrzymać rozwój guza wyłącznie poprzez uciśnięcie naczyń które go dożywiają? Mam wrażenie, że taki guz mimo wszystko będzie rósł i rósł, a w środku powstanie jakaś próżnia wypełniona gorzką ropą. Najgorzej, by było, gdy ta ropa przebije się na zewnątrz. Fakt, aparat administracyjny jest mamiony posłannictwem Służby Cywilnej. Cóż, mam wrażenie, że rozmaite wizje to tylko fatamorgany, którym ulegają niektórzy i do pewnego czasu. Te rozliczne przysięgi, zobowiązania, zakazy jakiegokolwiek protestowania to niezłe sposoby, ale i one w pewnym momencie pewnie puszczą. Każda tama jest obliczona na określony przybór wód. W pewnym momencie trzeba ją otworzyć, albo pęknie powodując ogromne zniszczenia.
Pula przeznaczona na wynagrodzenia weterynaryjnej budżetówki nie ulega zmianom odzwierciedlającym inflację ba, żadnym zmianom! Inspektorzy, aby uzyskać prawnie przysługujące im pieniądze muszą się uciekać do całkiem przedziwnych metod. Na przykład dodatki „za wysługę lat” są pokrywane ze stale jednakowych planów wydatków dzięki wykorzystywaniu są oszczędności z absencji chorobowych. Nagrody jubileuszowe muszą być zaplanowane rok wcześniej. Jeżeli zdarzy się, że ktoś nagle odejdzie na rentę, albo emeryturę – po wypłaceniu takiej osobie należnej odprawy – na jej etat nie można już nikogo zatrudnić w bieżącym roku budżetowym.
Fundusz nagród w wysokości 3% wynagrodzeń – bardzo często nie jest w ogóle tworzony, bo plan finansowy na wynagrodzenia – nie zabezpiecza wydatków na ten cel. Dodatki zadaniowe, mimo że rozliczne też nie są zasilane pieniędzmi. Swego czasu pojawił się problem w związku ze zwiększeniem o 2% wydatków na ubezpieczenie rentowe. Do 2015 roku jednostki budżetowe nie posiadały na ten cel środków, a brakowało także pieniędzy na ubezpieczenia społeczne.
Pracownikom pomocniczym przysługuje fundusz premiowy, który najczęściej jest używany do wyrównania ich płac do poziomu minimalnego wynagrodzenia. Cuda i cudeńka się dzieją w naszych inspektoratach, a wszystko po to, żeby jakoś zapłacić pracownikom za ich pracę z praktycznie takiej samej puli pieniędzy. Pieniądze przesuwane są w lewo i prawo, co tworzy niby ruch w interesie, ale to ciągle ta sama pula. Dawno, dawno temu był, żył mędrzec wielki imieniem Salomon, o którym dziś w inspekcji mówią, że i on nie umiał z pustego nalać. Pracownicy sektora rządowego są powrzucani do szufladek oznakowanych jako poszczególne konta. Są konta których nie daje się ruszyć, są też konta umożliwiające pewne manewry. Natomiast lekarze urzędowi nie są pracownikami stricte rządowymi, siedzą w przegródce dysponującej pewną możliwością manewru. Dzieje się to tak dlatego, że są oni pośrednio zasilaną ze źródeł nieco innych niż płace lekarzy urzędowych. Marzeniem ściętej głowy w dzisiejszej „szuflandii” jest ewentualna rewolucja polegająca na wepchnięciu grupy lekarzy urzędowych do wspólnych segregatorów z lekarzami państwowymi. Cóżby się wówczas stało? Ano nagle wydatnie wzrosłoby zatrudnienie w administracji. Licząc administrację weterynaryjną – mogło by się okazać, że dotychczasowe bodajże dwa tysiące urzędników zostało uzupełnione o kolejnych – sześć tysięcy. Takiej sytuacji nie zdzierżyłaby żadna partia rządząca, nie wspominając nawet o reakcji klubów opozycyjnych. Nagły wzrost wydatków na administrację, po czterokroć zwiększona ilość urzędników państwowych. Takiego wistu nie zdzierży żadna władza. Można taki ruch tłumaczyć grupom posłów czy senatorów, ale niech ktoś spróbuje to wytłumaczyć społeczeństwu, które widzi tylko „po łebkach”, że nagle za dotknięciem różdżki czterokrotnie wzrosła ilość urzędników na weterynaryjnych posadkach.
Tak więc dotychczas stosowana zmyłka w postaci wyznaczeń, outsourcingu – jest nie tylko wygodnym manewrem, rozwiązaniem ekonomicznym, ale i politycznym. Niemniej mieszkańcy szuflad z budżetem rządowym ciągle próbują się doposażyć z kont przewidzianych na działalność outsourcingową prowadzoną przez lekarzy wyznaczonych. Wiadomo, te konta są o całe niebo łatwiejsze do ruszenia i stąd się bierze nadzieja na ruchy między kontami przeznaczonymi na wynagrodzenia dla wyznaczonych i zatrudnionych. Różny jest obraz tych działań. Raz mowa o siedmiu procentach które ongiś były urywane z wynagrodzeń dla wyznaczonych, innym razem mówi się o urywaniu większych kwot. Szuflada lekarzy częściowo wyzwolonych spod rządowej kurateli – oczywiście na takie działania się nie zgadza.

Co dręczy lekarzy „urzędowych”?
W głębi ministerialnych pieczar toczy się bój o kształt słynnego artykułu 16 z Ustawy o Inspekcji Weterynaryjnej. Jest to zaledwie jeden z wielu artykułów, ale mający niesamowite znaczenie dla lekarzy parających się zawodem lekarza weterynarii. Urzędnicy podlegli Ministerstwu Rolnictwa chcą ukształtować ten przepis w sposób maksymalnie optymalny dla siebie, maksymalnie wygodny do rządzenia.
Te działania, niestety godzą w żywotne interesy lekarzy odpowiedzialnych za realizację tych przepisów. Każdy wolnopraktykujący lekarz wypracował sobie własny sposób rozliczania się z fiskusem. Natomiast administracja weterynaryjna życzy sobie zatrudniać „na umowach śmieciowych”, które są dla niej z wielu powodów bardzo wygodne. Są działy wyznaczeni, które inspekcja opłaca w oparciu o faktury zakładów leczniczych, ale są i takie, które mogą być opłacane wyłącznie umowami śmieciowymi. Hm. To już nie te czasy, kiedy wszyscy lekarze pracowali w jednym ogólnopolskim kombinacie o nazwie „Zakład Weterynarii”.
Swego czasu, gdy rozpadał się polski socjalizm – zaistniał w polityce minister Wilczek, który miał głęboką wiarę w zasady ekonomii. Jego cerdo można do pewnego stopnia określić słowami redaktora Jurka Owsiaka – „róbta, co chceta!”. Ostatnie dziesięciolecie dwudziestego wieku w naszym zawodzie można, dokładnie tak określić. Każdy z nas, którzy utraciliśmy miejsca pracy, w państwowych lecznicach – musiał umieć się znaleźć w ruinach socjalizmu. Aż do chwili wejścia do Unii Europejskiej, radziliśmy sobie jak tylko umieliśmy. Każdy sobie rzepkę skrobał, a etaty zachowali wyłącznie lekarze na uprzywilejowanych stanowiskach administracyjnych.

Weterynaria relatywistyczna.
Status lekarza podległego państwowym nakazom, a w szczególności lekarza zajmującego stanowisko w urzędowej hierarchii dawał możliwości do dość dowolnego sterowania własnymi zarobkami. Lekarze na odpowiedzialnych stanowiskach posiadali praktycznie nieograniczoną władzę w swoich powiatach. Całe dobro płynące z określenia „zawód społecznego zaufania” – skoncentrowało się na lekarzach mających prawo do podejmowania w powiatach decyzji zależnych praktycznie tylko i wyłącznie od swojej opinii. Do pewnego stopnia przesadzam, albowiem każdy decydent znajdował się w określonej „tu i teraz” sytuacji, niemniej wolna wola lekarza powiatowego, udzielnego księcia weterynarii odpowiedzialnego jedynie chyba tylko - przed Panem Bogiem – powodowała, że ci lekarze byli chyba najbardziej zapracowani spośród naszej wiary. Pracowali w piątek i świątek, za słoneczka i w księżycowym blasku. Czasami byli żywym dowodem na zakrzywianie się czasoprzestrzeni, bo doba nagle miała sporo więcej godzin, niż w przed Einsteinem.
Najistotniejszym wówczas było chyba badanie na włośnie, aż dziw, że niektórym lekarzom, tym naprawdę odpowiedzialnym za zdrowie społeczeństwa nie powypadały wówczas oczy od nocnego ślipienia za włośniami. Albo za włosieniami, które powstały w „nowoczesnej” terminologii jakiegoś tłumacza. Pospolici lekarze weterynarii badali mięso w rzeźniach, a wyłącznie ci posiadający status prawdziwego zaufania, zbierali próbki z terenu swojego powiatu i prowadzili odpowiedzialne, nocne analizy we własnych domach.
Lekarze, którzy nie „załapali się” wówczas na państwowe posadki prowadzili działalność bardzo rozległą. Wówczas powstały instytucje polegające na zatrudnianiu swoich tatusiów – techników pracujących w niekiedy całkiem odległym województwie, powstały zakłady lecznicze przy koncernach paszowych. Ruszył też z kopyta wraz z „paszami leczniczymi” wolny handel antybiotykami i wszelkimi dostępnymi i niedostępnymi lekami Powstały prywatne hurtownie, oraz „hurtownie” sprzedające wszystkim i wszystko, na co tylko zaistniało zapotrzebowanie.
Lekarze zatrudnieni na państwowych etatach otworzyli własne zakłady lecznicze zajmujące się „po godzinach” świadczeniem najrozmaitszych usług weterynaryjnych zwykle po cenach dumpingowych w stosunku od stawek w zakładach lekarzy żyjących wyłącznie z lecznictwa.

90 – cio lecie Inspekcji Weterynaryjnej.
Weterynaria po latach budowania prestiżu - sięgnęła dna. Społeczeństwo nagle uświadomiło sobie, że ów zawód, któremu zdawali się ufać jest wyłącznie maszynką do robienia pieniędzy. Tak samo, jak zdrowie krowy dawało się przeliczyć na złotówki, tak i zlecenie usługi weterynaryjnej przestało być czymś mierzonym w wymiarze etyki, a stało się wyłącznie zagadnieniem ekonomicznym. Takiej sytuacji w Polsce socjalistycznej – nikt nie przerabiał. Pojawiły się całkiem nowe możliwości zarobkowania, nowe horyzonty ekonomiczne. Nagle okazało się, że nawet padlina jest możliwa do sprzedania, kwestia odpowiedniej obróbki, dystrybucji. Można to przełożyć na nowe perspektywy, możliwości zarobkowania. Szczelny rynek padliny, związany dotychczas z systemem ubezpieczeń – nagle się rozpadł, każde mięso dało się sprzedać, ważne tylko, żeby odbyło się to zgodnie z pewnymi zasadami poufności.
Jakże obciążającym dla wszelkich uregulowań są wojny, katastrofy dziejowe! Jak trudno wprowadzić zasady, które byłyby akceptowalne przez wszystkich. Z jednej strony trzeba to robić z głębokim wyczuciem potrzeb, możliwości, a z drugiej strony – konieczne jest zastosowanie odrobiny siły. Odrobiny? No, o tym właśnie wszyscy mówią. Ile to jest ta odrobina…
Weszliśmy do Unii, a Unia to urząd. Zapanowały nam przepisy zgoła nieprzystające do krajowych reguł. Przepisy poparte pewnymi – powiedzmy „gratisami”, ułatwiającymi ich przełknięcie. Dotacje na takie i inne rzeczy, ale w zamian okowy administracyjne, jakich nigdy nie znaliśmy w naszym wolnym kraju. Lekarze pełniący funkcje biurowe zostali oddelegowani wyłącznie za biurka, a ich uświęconymi przedstawicielami stali się „lekarze wyznaczeni”. Lekarze z „wolnej praktyki” podjęli pracę dla administracji w zakresie pierwszego kontaktu ze zwierzętami, mięsem, przejęli czynności dotychczas wykonywane przez lekarzy powiatowych i zatrudnionych w powiatach. Pozostały wprawdzie pewne możliwości manewru gospodarczego dla bardzo licho opłacanych inspektorów, w postaci zgody na prowadzenie gabinetów weterynaryjnych, ale już bez zgody na czynności zlecane przez urząd, czyli na badanie mięsa, badania monitoringowe. Nagle doba pracy lekarzy zatrudnianych przez państwo – skróciła się do zaledwie ośmiu godzin, a doba lekarzy wolnej praktyki osiągnęła status niewymierności, dotychczas dostępny wyłącznie lekarzom państwowym. Cóż, od dawien dawna powiadają, że fortuna, kołem się toczy. Unijny dobrobyt, który nam nastał związany jest z pewnymi wyrzeczeniami. Każdy się czegoś wyrzeka i każdy czegoś za te wyrzeczenie oczekuje. Wygodne to rozwiązanie, niby prowadzimy wolną, postkomunistyczną gospodarkę opartą o kapitalistyczną ekonomię, ekonomikę, ale cały czas tkwimy w okowach administracji, która wszystko wie lepiej, ba – najlepiej!
Od nieco ponad dziesięciu lat jesteśmy usilnie cywilizowani na modłę zachodnioeuropejską przy pomocy wyznaczeń, dotacji i innych mechanizmów ekonomicznych. Wszechogarniający kapitalizm i wolność gospodarcza wbrew pozorom, intensywnie prowadzą nas do atrofii zawodu. Owe grube tomiszcza praw, jakimi zawiaduje weterynaria wcale nie są ukierunkowane na otwarcie nowych stanowisk pracy dla lawinowo opuszczających uczelnie młodych lekarzy. Nowe przepisy prowadzą, mimo ich ogromnej ilości – do dezawuacji znaczenia naszego zawodu. A może – jest tak samo, jak z agrotechniką, gdzie kiedyś znali się na niej wyłącznie agronomowie, a obecnie – każdy rolnik postępowy sam zapładnia swoje krowy? Ostatecznie w naszym kraju najwięcej jest nauczycieli i lekarzy, więc co za problem? Społeczeństwo nic nie straci, a administracja weterynaryjna, ta sama co potrafiła przetrzymać kataklizmy dziejowe w postaci Drugiej Wojny Światowej, Solidarności – taka administracja, zaufajmy – wyżywi się sama.

Wielcy milczący.
Zupełnie poza stawką są lekarze niezwiązani ze sferą budżetową, niezainteresowani rozgrywkami w rządowej szafie. A jest to coraz większa ilość prawdziwie wolnych lekarzy, nawołujących swoich pobratymców do podjęcia prób utrzymania się z własnego garnuszka. I wśród tych lekarzy występują określone sekty, nie każdy z nich jest bowiem swoim własnym sterem, żeglarzem czy okrętem. Można tu spotkać i właścicieli zakładów, jak i zatrudnionych na zasadzie – „pracuję dla ciebie do czasu, kiedy nie uznam, że samemu lepiej zarobię”. W zasadzie zadaniem Izby jest wtrząśnięcie tego towarzystwa do jednego worka i przewiązanie piękną wstążeczką. Może nie czas i miejsce mówić o tym, czy to właśnie ta Izba ma zrobić, czy jest do tego rzeczywiście powołana, bo ta Izba – jak wiadomo, ma w tej sprawie zdanie niekiedy całkiem odrębne od reszty komilitonów.

Ogień i woda.
Korpus Służby Cywilnej to wcale nie wszystka weterynaria państwowa, ale zastrzeżenie o niemożności dochodzenia swojego drogą protestów, strajków działa na całość. Ci, co mogą protestować – czekają na hasło, którym może się stać likwidacja „umów śmieciowych”, a co za tym idzie nowy sposób rozliczania się z ZUS-em. W zmianach płacowych często określenie „nowy” ma znaczenie pejoratywne. W styczniu weterynaria stanie przed nowymi przepisami. Czy możemy oczekiwać, że z nieba posypie się manna? A może powinniśmy, jak kiedyś razem stanąć, przypomnieć sobie oksymoron; „w szczęściu wszystkiego są wszystkich cele”?

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.