Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>
Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Dura lex - Włodek Szczerbiak

2015/06/09 23:21:32


Pobierz artykuł...>

"Dura lex..."

Prawo ma w sobie wiele bardzo niepraktycznych zapisów. Zapisów, które powodują że część przepisów jest martwa, bo omijana przez wszystkich, kto żyw. Przykładem jest konieczność przeprowadzenia badania klinicznego przed profilaktycznym podaniem preparatu. Ot, taki Expot zawierający permetrynę, tą samą, która jest na przykład składnikiem preparatu sprzedawanego bez symbolu Rp. - Happs. Ta sama substancja czynna, w wypadku Expot-u wymaga recepty, a w preparacie Happs - nie trzeba stosować takich korowodów. Dobrze to wiedzieć, prawda?
Działanie ustawy farmaceutycznej, firmy niejednokrotnie wykorzystują w celu promocji. Tak było z produktami przeciwpchelnymi, opartymi na fipronilu. Najpierw wyłącznie nasze gabinety zrobiły promocję polegającą na sprzedaży przez ekspertów, z pełnym objaśnieniem sposobu działania, skutków ubocznych. Później sprzedażą zajęły się kioski z gazetami, a po fachowej promocji u lekarzy - dealerów - każdy preparat lepiej się sprzedaje. Tylko czemu fachowcy, promujący taki preparat są narażani na retorsje ze strony urzędów? Nie będę specjalnie rozwijał tematu, bo chcę tylko pokazać, że przepisy niekoniecznie są spójne. Niekoniecznie tylko dbają, jak to deklarują - o dobro społeczeństwa. Przepisy najwyraźniej dają się wykorzystać, a nawet skorumpować, gdy tego ktoś oczekuje. Czy to rozwiązanie jest w porządku?
Kolejny punkt to pytanie, czy w chlewni inspektor farmaceutyczny może znaleźć preparat recepturowy przeznaczony do podawania w formie iniekcji. Może. Takie znalezisko niekiedy naraża na poważne konsekwencje zawodowe lekarza, który taki preparat sprzedał, a nie zastosował go osobiście. Według najnowszych zaleceń GIW nie możemy zostawić, do podawania przez właściciela, żadnego leku iniekcyjnego. Zastrzyk może robić tylko lekarz, ewentualnie technik pod bliżej nieokreśloną kuratelą lekarza.
Ciśnie się na usta - a przecież pierwsze zastrzyki, te zastrzyki, które mogli robić wyłączni uczelniani geniusze - to już historia. Dziś praktycznie każdy zastrzyk sobie i koledze zrobić może i umie. Popatrzmy na narkomanów.
Prawo mówiące o pozostawianiu leków jest szalenie niepraktyczne, bo w wypadku gdyby było realizowane, a nie gremialnie omijane - generuje liczne koszty i problemy związane z koniecznością wzywania lekarza do podania leków. Owszem, ideą rozwiązania było chronienie przed szkodliwym oddziaływaniem. Efektem ubocznym, przyznaję - teoretycznie korzystnym dla praktyk terenowych - mogło by się stać zwiększenie zapotrzebowania na nasze usługi. Niestety wydumane w ministerialnych gabinetach sposoby nijak się mają do praktyki, potrzeb hodowli, lecznictwa zwierząt. Dawno to zaakceptowały kraje zachodnie (gdzie wprawdzie weterynaria z tego powodu podupadła), ale - zaakceptowały. Umożliwiło to obniżenie weterynaryjnych kosztów hodowli i sprawdziło się w praktyce.
Polskie rozwiązania promują trącące myszką w dzisiejszym społeczeństwie rozwiązania. Nie jest uwzględniane przygotowanie zawodowe rolników do posługiwania się mnóstwem preparatów współczesnej chemii. Niestety, taki archaizm nie uratuje weterynarii od upadku, nie przyniesie społeczeństwu odczuwalnych korzyści.
Urzędy, jak te konie z klapkami na oczach, chcą uważać, że żyją w świecie wygenerowanym przez swoje przepisy. Tak nie jest! Istniejąca sytuacja powoduje, że prawo farmaceutyczne jest stosowane wybiórczo. Są przepisy doceniane zarówno przez lekarzy praktyków, jak i społeczeństwo, ale są też anachronizmy powodujące poważne problemy. Problemy dotyczą lekarzy praktyków, którzy omijają, a omijają nagminnie - przepisy. Wpadka wiąże się z rozmaitymi konsekwencjami, zależnymi od wielkości i jakości klapek na oczach kontrolera.
Tak, tak. Inspekcja, ba ministerstwo ma dzięki temu udokumentowane sukcesy, którymi w razie konieczności może się pochwalić przed mediami. Czy to są sukcesy? Czy w dobie, gdy każdy może dzięki internetowi dojść prawdy o poszczególnych lekach, sposobie ich stosowania - takie "maskowanie" ze strony urzędników, lekarzy ma sens? Lekarze takiego sensu nie widzą. Dawno temu padła instytucja "tajemnicy lekarskiej" polegająca na niedopuszczaniu profanów do jakiejkolwiek informacji. Wiadomo, łatwiej rządzić, sprzedawać towar ignorantowi, niż komuś będącemu "w temacie". Rynek abnegatów kurczy się w zastraszającym tempie. Dziś na parapetach wielu chlewni walają się "Choroby świń" profesora Pejsaka, niestrudzonego krzewiciela wiedzy weterynaryjnej wśród ludu. Dziś lekarz nie może tak łatwo, jak drzewiej bywało - wcisnąć "kitu" hodowcy. Pytania są konkretne, odwołują się do logiki.
Co ma odpowiedzieć lekarz weterynarii cukrzykowi, kłującemu się kila razy dziennie, a którego pies musi, zgodnie z przepisami (bo hormony może stosować wyłącznie lek. wet.) przychodzić na codzienne zastrzyki do gabinetu? Dura lex, sed lex? Każdy klient puknie się w głowę i poszuka bardziej przyjaznego mu lekarza. Ów "przyjazny" lekarz będzie miał licznych klientów, ale i będzie miał wrogów w inspektorach.
Czy musimy się aż tak mocno oszukiwać? Rozumiem, że tradycja skłania do dziwacznych niekiedy zachowań, ale czasy mamy współczesne i nazbyt ortodoksyjne rozwiązania na dłuższą metę nie mogą się ostać. Czemuż polska weterynaria, jej przepisy mają być takim ostańcem we współczesnym świecie? Czy prawo mogło by być narzędziem dostosowanym do celów, którym służy, a zarazem i ergonomicznym dla swoich użytkowników? Czy prawo musi spowalniać zamiast nadążać?

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.