Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

Gnoza. - Włodek Szczerbiak

2016/07/08 11:33:53


Pobierz artykuł...>

Gnoza.

Bruksela słynie wśród osób niewprowadzonych w administracyjne arkana z rozmaitych standaryzacyjnych pomysłów. Urzędnicy potrafili zunifikować nawet banany nadając im dopuszczalne wymiary czy zakrzywienie. Nie spotkało się to ze zrozumieniem społeczeństw, niemniej kolejne kwiatki wchodzą w życie niekoniecznie z takim samym hukiem, jak osławiona bananowa krzywizna. W pierwszej fazie wprowadzania nowych standardów zdarzają się rozmaite bunty, niemniej administracja jest niespotykanie cierpliwa, a i ma w zanadrzu najrozmaitsze atrybuty służące egzekucji najdziwniejszych nawet standardów.

Polska weterynaria nie oparła się jak do tej pory unijno-europejskim zarządzeniom. Jednym z ciekawszych rozwiązań jest diagnozowanie poziomu dobrostanu w kurnikach przy pomocy bardzo szczególnego wskaźnika. Wyznacznikiem jakości życia kurcząt są bowiem ich łapki, oglądane po śmierci zwierząt. Stany zapalne tkanek stóp ubitych kurcząt, jak tego dowiodły bardzo tęgie głowy – są tożsame z warunkami zoohigienicznymi panującymi w trakcie odchowu zwierząt. Może to dość karkołomne i daleko idące założenie, ale coś w tym jest. A wygoda przy kontroli jaka! Mamy konkretne liczby, nie trzeba gdybać że mniej albo więcej, praktycznie można powiedzieć – O! dokładnie 87 punktów! Wszyscy do więzienia! Inspektorzy weterynaryjni obecnie nie muszą już jeździć na fermy, żeby podjąć podejrzenie o błędach w odchowie. Wystarczy bowiem informacja z ubojni, stwierdzająca - jak mocno jest zaawansowane pododermatitis u kurcząt. Nie jest konieczne ocenianie całych kurczaków, ich najrozmaitszych przymiotów świadczących o dobrobycie. Wystarczy tylko obejrzeć po sto obciętych na taśmie ubojowej łapek, żeby z dużą dozą prawdopodobieństwa wytypować kurniki mogące mieć istotne zaniedbania hodowlane. Tego typu badania czasami określa się czasem jako przesiewowe, dające ogólny obraz sytuacji. Ocena odsetka pododermatitis, w połączeniu z masową skalą badań prowadzi do całkiem nowego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. Wiemy więcej! Dzieje się to dzięki statystyce matematycznej, która – nigdy nie kłamie. W naszym wypadku mamy wsparcie w postaci komputerów z demobilu, które doskonale nadają się do administrowaniem kurzymi łapkami. Zaawansowana technologia coraz odważniej wkraczająca w ambitnie analogowy świat weterynarii. W świat tych, co obiecywali sobie już nigdy nie mieć nic wspólnego z matematyką i informatyką – niesie cuda, cudawianki – przenajdziwniejsze obserwacje, wymagające dalszego opracowania naukowego. Całe szczęście, że (nie umniejszając zasług informatyki) puki co ostateczną ocenę wydaje lekarz weterynarii podczas wizji lokalnej połączonej z negocjacjami z właścicielem fermy.

Zresztą nie tylko badanie łapek, ale wszelkie inne badania związane z pionierskim wykorzystywaniem technologii komputerowej prowadzą do podobnie ciekawych wniosków. Po raz pierwszy zwrócił mi na to uwagę mój uczony kolega - Stanisław, pytając skąd w dokumentacji się bierze duża zmienność wagi kurcząt w zależności od tego, kto waży kurczęta. Otóż inną wagę mają kurczęta ważone „właścicielsko” przez hodowcę, a inną gdy są ważone nota bene – też „właścicielsko” przez ubojnię. Ba, dochodzi do tego jeszcze uśredniona waga sugerowana przez lekarza badającego kurczęta w rzeźni. Trudno się pokusić o tak, ad hoc o wyszukanie korelacji pomiędzy wynikami tych badań, bo mimo, że najczęściej kurczęta ważą więcej przed podróżą do rzeźni, niż w miejscu docelowym – nie jest to żelazną regułą.

Chciałoby się wzorem uczonych prelegentów odpowiadających na pytania podczas wykładu - zacząć odpowiedź od stwierdzenia: - „O! Bardzo ciekawe pytanie”. Niestety nie jestem uczonym prelegentem i więc nie znam poprawnej odpowiedzi. Niemniej głęboka analiza ryzyka podjęcia wiążącej odpowiedzi – tego skłania mnie do przyjęcia kilku opcji;

Po pierwsze – możemy mieć do czynienia z procesami sublimacji, bądź resublimacji badanego materiału.

Drugie tłumaczenie może sugerować zmianę ilości ważonych kurcząt w zależności od rodzaju instrumentów użytych do tego celu.

Jest i trzecie tłumaczenie, które mnie bardzo zaciekawiło, niemniej nie potrafię go bezpośrednio udowodnić. - Albowiem te różnice wagowe mogą wynikać z tego, że mojemu koledze udało się unaocznić pewne nadprzyrodzone zjawisko? Może w trakcie tak stresujących chwil, jakimi jest jazda na ubój – dochodzi do zjawisk paranormalnych, związanych z powtórnymi narodzinami, albo wręcz ze zmartwychwstania kurcząt?

Chwilami zastanawiałem się też nad możliwością pojawienia się zagrywek księgowych zmierzających do „optymalizacji podatkowej” procesu produkcji i przetwórstwa. Niemniej, jako zwykły lekarz, od matury z rachunkami mam niewiele wspólnego i ten temat w zasadzie mnie nie interesuje.

Myślę, że opisane tutaj arcyciekawe zjawisko przyrodnicze zdecydowanie wymaga dalszych badań. I to badań interdyscyplinarnych! Niewątpliwie trzeba zadbać o powtarzalność wyników poprzez zakup identycznych wag, oraz wprowadzenie dokładnego liczenia kurcząt przy załadunki i rozładunku samochodów. Dopiero wtedy będziemy mogli mówić o określonych faktach naukowych. Niemniej obserwacja kolegi Stanisława pozwala potwierdzić fakt, że stare komputery umożliwiły nam całkiem nowe, wcześniej niedostępne spojrzenie na mir domowy kurcząt rzeźnych.

Masowo wprowadzana zaawansowana statystyka matematyczna w połączeniu z użyciem narzędzi w postaci arkuszy kalkulacyjnych pozwoliła mi na własne wnioski związane z możliwościami tej tak nielubianej przez nas nauki. W materiale doświadczalnym, idącym w dziesiątki tysięcy, a chwilami i w miliony sztuk kurcząt poddanych ocenie, na materiale opartym nie tylko o badania własne, ale i o udokumentowane „łańcuchami pokarmowymi” doniesienia odbiorców, dostawców – rzeczywiście dały się zaobserwować prawdopodobnej przypadki rewitalizacji, ba – niekiedy i wręcz zmartwychwstania u kurcząt. Na przykład w „łańcuchu pokarmowym”, własnoręcznym dokumencie dostawcy o nieujawnianym nazwisku (ochrona danych) – w dniu 21.VI. 2016r skumulowany wskaźnik śmiertelności podczas odchowu wyniósł 2,38%, a pięć dni później - tylko1,42%, co może oznaczać (po przeliczeniu) - powrót do życia aż 28,34 kurczaka! Coś niezwykłego! Ze zmartwychwstaniem ludzkość już miała do czynienia, ale żeby odżyło 0,34 kurczaka? Tak – na marginesie, ciekawostka przyrodnicza jest – czy w tych 0,34 też są łapki? Muszę kiedyś znaleźć taki ogryzek i koniecznie go sfotografować! Niemniej w związku z incydentalnością, wymagającą szeregu potwierdzeń z innych źródeł - zjawisko wymaga dalszych badań.

Ostrożność w tego rodzaju badaniach jest niezwykle ważna. Swego czasu naiwnie sądziłem, że odkryłem namacalny dowód „podwójnej osobowości schizofrenicznej” u kurcząt. Proszę tylko sobie przypomnieć znakomity film o słynnym matematyku, laureacie nagrody Nobla, a prywatnie – schizofreniku. Pamiętacie – „Piękny umysł”? Podczas mojej pracy miałem okazję zaobserwować, że w jednym z kurników według danych z „łańcuchów pokarmowych” i świadectw zdrowia – znajdowało się dwa razy tyle kurcząt, ile ten kurnik mógł pomieścić! Każdy kurnik razy dwa! No chyba nie siedziały jeden na plecach drugiego? Po głębszej analizie zjawiska przyjąłem, że może wytłumaczenie może być prostsze, bardziej prozaiczne i mamy do czynienia z piętrowym kurnikiem, a może nawet z podziemiem hodowlanym. Konsultacja z właścicielem hodowli wyjaśniła istotę zjawiska.

- Chyba cóś mi się po…, panie doktorze! – naukowym tonem stwierdził mój interlokutor. Mówiąc po naszemu – dwa osobne kurniki zostały policzone jako jeden. Ot, takie „cóś”, a właściwie – drobna pomyłka księgowa, a już myślałem, że udowodnię tą „podwójną osobowość schizofreniczną”! Temat do doktoratu przemknął mi obok nosa niczym jakaś efemeryda, ale nie zrażam się i dalej uważnie czytam komputerowe tabele.

Główny Lekarz Weterynarii, za którego to wolą przystąpiliśmy do opisywanych badań – chyba nie chce się nadmiernie zgłębiać w statystyczne niuanse kurzych łapek i wprowadzając kolejne modernizacje procesu badawczego spowodował liczne zawirowania w logice maszyn liczących. Mój komputer po ostatnich wyjaśnieniach zastępcy GLW – zawiesił się i dopiero łatka w postaci samowolnie wprowadzonego kryterium umożliwiła dalszą pracę procesora. Szkoda, że jest to wyłącznie łatka mojej produkcji, a nie ogólnokrajowe wyjaśnienie, lecz mocodawca najwyraźniej „nabrał wody w usta” i – „wsłuchuje się w kolejne doniesienia z terenu”, które umożliwią mu podjęcie salomonowych rozwiązań.

Ongiś, podczas szkolenia wojskowego – nasi wykładowcy z uporem wkładali do naszych weterynaryjnych głów podstawową zasadę wojskową – „nie wychylać się”, albo – „nie wychodzić przed szereg”. Nie jestem do końca przekonany o słuszności tej jakże życiowej maksymy, choć wiem, że ci co idą przed szeregiem – jako pierwsi giną skoszeni ogniem ciężkich karabinów maszynowych. Jest też druga prawda mówiąca, że zawsze ktoś musi być pierwszym, bo inaczej tyraliera nie ruszy z miejsca. Ale to była tylko taka żołnierska dygresja. Wróćmy ponownie do zakładów ubojowych.

Prowadzenie innowacyjnych badań kurczęcych łapek niekoniecznie spotkało się z szerokim aplauzem społeczeństwa drobiarskiego. Hodowcy drobiu, jak się okazuje – uprawiają ostrożny agnostycyzm. Prekursorskie trendy, komputerowa analiza danych w celu oceny dobrostanu kurcząt spotkały się nawet – powiedziałbym – z dość mocno akcentowaną niechęcią praktyków. Wprawdzie lekarze powiatowi próbują skłonić hodowców do większego poszanowania dla unijnych ustaleń, jednak idzie to im bardzo opornie. Może jest to związane z tym, że lekarze powiatowi mają dosyć ograniczony zasób zachęt? Nie posługują się nagrodami, a wyłącznie karami, co skutkuje wręcz pewnym ostracyzmem dla naszych badań.

Naukowe nowinki wprowadziły – zdaje się - tylko niektóre województwa. Agnostycy w swojej niechęci do dobrej zmiany, pozwalającej podnieść dobrostan zwierząt – posuwają się do bardzo niemiłych rozwiązań. Polega to na wysyłaniu drobiu do ubojni, które jeszcze nie wprowadziły nowoczesnych metod wpływu na dobrostan brojlerów. Czyli agnostycy robią wszystko, żeby nie poprawiać dobrobytu tuczonych przez siebie kurczaków. Odbija się to nie tylko na prawdzie naukowej, ale i ma daleko głębszy zasięg, bo gospodarczy. Rzeźnie, gdzie badania łapek są prowadzone szczególnie dokładnie, a lekarze są szczególnie ortodoksyjni – zaczynają tracić dostawców na rzecz ubojni technologicznie zacofanych. Ba! Im bardziej zacofana rzeźnia, tym ma większe wzięcie! Wychodzi, że fortuna kołem się toczy, jak już to stwierdził słynny piewca biustów rzymskich matron – Cyceron. W wyniku takiego obrotu stanu rzeczy niewykluczone, że za jakiś czas ostatni staną się pierwszymi, co wiadomo już z biblijnych zapisów.

Podsumowując – nowe nie ma przed sobą łatwej drogi. Metody administracyjne, nawet te oparte o bodźce materialnego zainteresowania jakoś nie znalazły orgastycznego poklasku wśród osób materialnie zainteresowanych. Nie znam się na zawiłościach administracji, ale niektórzy z wybitnych dostawców wysokoopunktowanych łapek rzeczywiście zaczęli wozić drób do rzeźni w drugim końcu Polski. Wszystko w imię ukrycia się przed nader wnikliwymi spojrzeniami lekarzy powiatowych! Dokładne badania i surowa ocena w oparciu o zasadę – sięgaj, gdzie wzrok nie sięga – najwyraźniej mącą spokojną toń fermowej sielanki. Odnoszę ogólne wrażenie, że czysta nauka, jaką wprowadzamy wzorem brukselskich zielononóżków – ma na naszym terenie słabe wzięcie społeczeństwa obywatelskiego. Zresztą – ponownie wróćmy do historii najnowszej – nie przyjęło się mierzenie bananowego łuku, ale łapki – jak najbardziej, mają zdecydowane zagraniczne wsparcie! Może wreszcie, dzięki pewnym dość trudnym do realizacji uregulowaniom – w końcu przestaniemy nie zasłużenie prowadzić stawkę producentów brojlerów?

Zastanawiałem się, czy jednoczesne wprowadzenie restrykcji we wszystkich województwach nie ułatwiłoby drogi ku prawdzie naukowej, ale najwyraźniej jestem w błędzie. Listy, faksy i maile słane do GLW – nie docierają do adresata. Może to znaczyć tylko jedno – są zajęci, szykują nam coś jeszcze bardziej super-extra! A jakiż to sprzęt do tych będziemy musieli obłaskawić? A jakie oprogramowania ogarnąć?

Co do drobiowych ateistów niechętnych powszechnemu dobrostanowi – w ślad za słynnym przedmówcą powiem – niechaj narodowi wżdy postronne znają, że weterynarze nie gęsi i swój fach znają. Cieszy nas niezmiernie pełna wiary z lekarzy pierwszego kontaktu postawa Najwyższej Weterynarii. Wyposażeni w odpowiedni sprzęt, czyli mędrca szkiełko i oko – ochoczo przystępujemy do akcji według procedury; „łam, czego rozum nie złamie”. Cieszy tak zdecydowane przewodnictwo w tym procesie, bo jest ono możliwe wyłącznie wtedy, gdy tam wysoko na górze – wiara w nas, prostych lekarzy jest silna!

PS. Zainteresowanym komputeryzacją w weterynarii polecam tekst...>

Włodek Szczerbiak

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.