Tu może być Twoja reklama
Zapytaj >>

O uczciwość dziennikarską...

2004/08/23 15:46:51


Warszawa dn. 2004-08-22

Barbara Fojut-Pałka
ul. ................... Warszawa

Redakcja "Gazety Wyborczej"
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
Pan Redaktor Naczelny

dot. sensu dziennikarskiego wsłuchiwania się w pisk myszy

Szanowny Panie Redaktorze,

    lubię Pana gazetę z powodów sentymentalnych i merytorycznych. Jest mi bliskie jej dążenie do wspierania wszelkich inicjatyw obywatelskich inspirowanych potrzebą zachowania dobra wspólnego. Cenię ją za unikanie zacietrzewienia oraz poszukiwanie istoty relacjonowanych wydarzeń poprzez zderzanie poglądów recenzujących je z wielu punktów widzenia. Pana Gazeta Wyborcza jest więc moją gazetą. Z tego powodu zamieszczone w niej dwa kolejne doniesienia p. Ewy Siedleckiej dotyczące ogólnopolskiego strajku weterynarzy, wydrukowane 9 i 10 sierpnia br. przeczytałam, jako lekarz zwierząt, z przykrością. Dlaczego? Pani Ewa Siedlecka stawiając w tytule swojego drugiego tekstu "Rzeźnie i weterynarze. Zabijają na akord?" znak równości pomiędzy słowami zabijanie i weterynarz wykroczyła daleko poza zrozumiałe prawo dziennikarza do pewnej subiektywnej przesady we wnioskach z wydarzeń, które poddaje ocenie. Jej sugestia, że lekarz weterynarii wykonujący urzędowe czynności w rzeźni zajmuje się zabijaniem jest równie prawdziwa jak nazywanie oprawcą lekarza nadzorującego egzekucje skazańców. Jest także potwarzą, która, jak sądzę, daje się sklasyfikować przez prawników jako zniesławienie. Dotykające kilku tysięcy osób zajmujących się codziennie przede wszystkim ratowaniem zdrowia i życia zwierząt. To po pierwsze. Po drugie dlatego, że informacje przekazane przez p. Ewę Siedlecką omijają istotę konfliktu, a demonstrując punkt widzenia wyłącznie jednej z jego stron - państwowej administracji weterynaryjnej - są nierzetelne.
       Powszechny strajk weterynarzy, a właściwie próba jego zorganizowania w rzeźniach, to nie był, jak chce p. E. Siedlecka, przejaw roszczeniowego buntu tych, którzy tracąc nieprzysługujące im przywileje pragną zachować istniejący stan rzeczy kosztem dobra publicznego bronionego przez reformatorską administrację. Jest inaczej. Choć w 15 lat po transformacji ustrojowej, która dokonała się w kraju, opinia taka może wydawać się ekscentryczna, czy nawet nonsensowna, chociaż, być może, wielu uczestników strajku oraz demonstracji w Warszawie odżegnałoby się od takiej interpretacji swojej aktywności, to jednak ich strajk był przejawem klasycznego, zorganizowanego oddolnie, obywatelskiego buntu. Przeciwko niesprawiedliwości władzy, w obronie godności osobistej i zawodowej, prawa do swobodnego wypowiadania się, prawa do posiadania własnego przedstawicielstwa itd.
       Zdesperowani lekarze - prywatni przedsiębiorcy - postanowili zaprotestować przeciwko swojemu ubezwłasnowolnieniu dokonanemu w ciągu ostatnich kilku lat przez urzędniczy aparat w interesie jego kierownictwa, a w imieniu państwa i w majestacie prawa. Przeciwko sposobowi tworzenia i stosowania wobec nich przepisów prawa weterynaryjnego. Prawo to, zasady funkcjonowania mojego zawodu, zwłaszcza przepisy wykonawcze do niego, powstają z całkowitym pominięciem w procesie legislacyjnym najliczniejszego środowiska w weterynarii - praktykujących lekarzy zwierząt. W drodze porozumiewania się weterynaryjnych elit urzędniczych ulokowanych w Ministerstwie Rolnictwa oraz w organach całkowicie fikcyjnego jako instytucja obywatelska tzw. samorządu zawodu weterynaryjnego. Prawo to, wystawiające na szwank interes publiczny rozumiany jako prawo wszystkich obywateli do posiadania rozmieszczonej równomiernie na terenie kraju, kompetentnej weterynaryjnej ochrony ich zdrowia, służy nielicznym stanowiąc zagrożenie dla wszystkich, bo przyczynia się do systematycznej destrukcji lecznictwa weterynaryjnego, ograniczając rozwój większości, umożliwiając go najlepiej ustosunkowanym.
       Główny Lekarz Weterynarii uzasadniając niedawno temu w telewizji potrzebę dokonania kolejnych zmian prawa, dotyczących zasad przeprowadzania czynności urzędowych oraz wynagradzania lekarzy wolno praktykujących za wykonywanie tych czynności, zarzucił im, że czynią to źle. Powiedział: "Biuro Kontroli Głównego Lekarza Weterynarii przeprowadzając kontrole w terenie, niestety, praktycznie gdzie tej kontroli nie przeprowadza, stwierdza brak badań albo niewłaściwe ich wykonywanie." Stała się rzecz niesłychana. Urzędnik odpowiedzialny za zdrowie żywności pochodzenia zwierzęcego w Polsce przyznał, że system chroniący je nie działa lecz on nie ma sobie nic do zarzucenia. Wskazał winnych - prywatnie praktykujących lekarzy wykonujących badania. A przecież Państwowa Inspekcja Weterynaryjna posiada wszelkie instrumenty prawne oraz organizacyjne do sprawowania nadzoru nad ich działalnością oraz eliminowania wad systemu. Nikt, żaden dziennikarz, nie zadał pytania:
-Ilu lekarzy w ciągu np. ostatnich 4 lat odsunięto od wykonywania czynności urzędowych za lekceważenie procedur? I na jak długo? Również takiego:
-Ilu powiatowych inspektorów i powiatowych lekarzy weterynarii straciło pracę lub zostało ukaranych w inny sposób za zaniechanie nadzoru? Ani takiego:
-Czy Główny Lekarz Weterynarii uważa, że kierujący nie ponosi odpowiedzialności za postępowanie nadzorowanego, w tym wypadku powiatowy lekarz weterynarii zlecający prace niesumiennemu weterynarzowi? Czemu służą zmodyfikowane przepisy? Bo przecież nie poprawie efektywności działania systemu nadzoru. Czy są tylko zbiorową karą nałożoną na środowisko tych, którzy "utrudniają życie" funkcjonariuszom państwa? Imitującą postępowanie naprawcze zasłoną dymną skrywającą bezradność zwierzchnika wobec zaniedbań jego ludzi? Zaniedbań ujawnionych wcześniej przez NIK i praktycznie dyskwalifikujących działalność Inspekcji Weterynaryjnej na podstawowym polu jej działania, choć z powodów politycznych wtedy nie nagłośnionych.
       Na koniec. Choć nikt nie zadał dotychczas pytania:
-Co skrywa zabieg karania, przez pozbawienie części dochodów za wykonywanie czynności urzędowych, łatwo zidentyfikowanego bo bezbronnego, ofiarnego kozła - lekarskich praktyk weterynaryjnych, to odpowiedź na nie jest już znana.
      Lekarze protestujący 9 sierpnia przed budynkiem Ministerstwa Rolnictwa otwarcie napiętnowali korupcję, która powoduje bezwładność całego systemu zlecania czynności urzędowych oraz nadzoru nad nimi. Pani E. Siedlecka nie usłyszała ich głosu. Nie dostrzegła, że weterynarze strajkujący w rzeźniach oraz ich koledzy manifestujący w Warszawie, przełamując strach przed konsekwencjami ekonomicznego dyktatu urzędu, dali wszystkim obywatelom domagającym się naprawy chorego państwa nadzieję na jego wyleczenie, choćby w tak niewielkiej jego części, która obejmuje swym wpływem ich profesję. Dziennikarka Gazety wolała, chyba nie wychodząc zza biurka, powielić znaną tezę, rozpowszechnianą chętnie również przez urzędniczych "właścicieli" państwa, o nieodpowiedzialności i wątpliwych kwalifikacjach etycznych mojego środowiska. Postanowiła odebrać szansę na zmianę obrazu świata takim osobom jak lekarz, który na forum internetowym Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Lekarzy Weterynarii Wolnej Praktyki "Medicus Veterinarius" z Namysłowa napisał: "Ludzie [weterynarze] boją się tego "swojego" samorządu i tak chyba "swojego" państwa…Nie państwo jest dla nas, ale my dla państwa…Zwłaszcza, że władza na skutek biedy w weterynarii może mieć zupełnie niekontrolowane posunięcia. A biedni ludzie są całkowicie podporządkowani władzy. Czasem to wygląda tak, że prawdziwa władza to odbieranie pieniędzy i zabieranie wolności ekonomicznej…".
      W moim najgłębszym przekonaniu Gazeta Wyborcza, publikując teksty p. E. Siedleckiej, złamała swoje, wielokrotnie deklarowane zasady, które zobowiązywały ją dotychczas do wspierania uzasadnionych dążeń obywatelskich i państwa prawa. Wprowadziła w błąd swoich czytelników zniesławiając przy sposobności kilka tysięcy lekarzy zwierząt. Protestuję. I jako zniesławiony weterynarz, uczestnik warszawskiej manifestacji oraz wierny czytelnik domagam się zadośćuczynienia. Najlepiej w formie zamieszczonej na jej łamach, wnikliwej dziennikarskiej analizy sytuacji w moim zawodzie.

Pozostaję z poważaniem

PS. Z chwilą uzyskania przez nasz kraj członkostwa w Unii Europejskiej weterynaria przestała być istotnym problemem politycznym i… dziennikarskim "tematem". Główny Inspektorat Weterynarii, tłusty i ospały nieco kot, który na wyrost zyskał uznanie mediów, bo przekonał brukselskich fachowców, że nasze rzeźnie są czyste, może już, w zgodzie z własną naturą, pożerać nie należące do niego myszy - prywatne praktyki weterynaryjne, tłumacząc skutecznie wkoło, że dla nich jest to pożyteczne. Tym wszystkim, których wywody kota przekonują doradzam, aby wsłuchali się w pisk wystraszonych gryzoni. Może dowiedzą się wtedy, że kot pożera przy sposobności coś znacznie większego.

Komentarze czytelników:

Brak komentarzy.

Wróć do artykułów

© copyright 2004-2005 by Drag, design by Kokuryu. Wszelkie prawa zastrzeżone.